Miłość mocniejsza niż śmierć

Ze STANISŁAWĄ GRABSKĄ, teologiem, rozmawia Artur Sporniak

 


ARTUR SPORNIAK: – Kim dla Pani jest Jezus?
STANISŁAWA GRABSKA: – Jest tą najważniejszą Osobą. Wierzę w Niego, bo przekonuje mnie całe Jego życie, śmierć i zmartwychwstanie. Nie ma w historii świata drugiego takiego człowieka, który tak kochał, w taki sposób żył. Dlatego że wierzę Jezusowi, wierzę w Boga Ojca, który jest miłością. Gdyby nie było Pana Jezusa, nie wiem, czy byłabym w ogóle wierząca. On jest dla mnie objawieniem miłości Boga. Jest Tym, który stale pozostaje z nami, w którego obecności można żyć na co dzień. Można powiedzieć: On jest, zanim ja jestem.
Jednak świadectwo Jezusa jest bardzo radykalne. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w kulturze niechrześcijańskiej, nie znamy Jezusa i podchodzi do nas ktoś, mówiąc: ten człowiek jest Bogiem. Czy zdrowy rozsądek nie podpowiadałby co najmniej ostrożności?
– Oczywiście, że normalną reakcją byłaby odpowiedź: nie, to niemożliwe. Bóg nie może być wcielony. Aby w to uwierzyć, potrzeba było aż śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Przecież ci uczniowie, którzy szli za Jezusem, nie uważali Go za Boga. Apostołowie widzieli w nim mesjasza, czyli człowieka natchnionego przez Boga. Dopiero misterium krzyża i zmartwychwstania odsłoniło Bóstwo Chrystusa. Krzyż najpierw był zgorszeniem. Mesjasz powinien być przecież pod szczególną opieką Bożą, tymczasem krzyż wydawał się całkowitą porażką misji Jezusa. Tak jakby Bóg Jezusa opuścił.
Wybitny szwajcarski teolog Hans Urs von Balthasar mówi wręcz o rzeczywistym opuszczeniu Jezusa przez Boga. Jego zdaniem Jezus „umarł z pytaniem o nieobecnego Boga”. W ten sposób najgłębiej solidaryzował się z wszystkimi grzesznikami.
– Podczas swojej męki Pan Jezus przeżywał Boże opuszczenie. Nie znaczy to jednak, że Bóg go opuścił. Nie wyobrażam sobie, żeby Bóg-Ojciec mógł Syna w takiej chwili opuścić. Znaczyłoby to, że opuszcza każdego z nas.
Przekonują mnie te koncepcje teologiczne, które mówią o cierpieniu Boga-Ojca na skutek cierpienia Jezusa Chrystusa. Bóg-Ojciec, współczując, dzieli cierpienie.
Czyli że choć zło i cierpienie są dla nas niezrozumiałe, możemy być pewni, że Bóg solidaryzuje się z nami w ich doświadczaniu?
– Jezus jako wcielony Bóg przyjął całą ludzką kondycję. Przyjął także rolę przegranego proroka. Proroka, który został skazany i zabity. Można powiedzieć, że szatan, który dążył do tego, by ludzie popełnili tak wielki grzech, zabijając wcielonego Boga, liczył, iż w ten sposób ludzkość na zawsze stanie się jego własnością. A tymczasem Pan Jezus swoją modlitwą: „Ojcze! Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”, z czegoś, co było największym złem, uczynił źródło przebaczenia. W tym dostrzegam najgłębszy sens Krzyża: przebaczenie zamiast zemsty, źródło łaski tam, gdzie należała się kara. 
Stary Testament sankcjonował prawo zemsty. Król Dawid przed swoją śmiercią nakazał Salomonowi dopilnować, aby ci, którzy zrobili mu za życia krzywdę, nie umarli naturalną śmiercią. Pomszczenie krzywd było wtedy obowiązkiem. Radykalizm przebaczenia na Krzyżu jest ponadludzki. W Chrystusie także Bóg-Ojciec został potępiony i skazany. I to On przebacza.
Bez zmartwychwstania Chrystusa Krzyż pozostałby klęską. Czym jest zatem zmartwychwstanie?
– Ostatecznym zwycięstwem nad śmiercią. Swoim zmartwychwstaniem Jezus potwierdził, że jest Mesjaszem, i równocześnie dał nam zadatek naszego zmartwychwstania. Św. Paweł mówi, że jeżeli tylko w tym życiu pokładamy nadzieję, jesteśmy najbardziej godni pożałowania.
Pytamy: w jakim ciele zmartwychwstaniemy? I na to św. Paweł odpowiada: w ciele przemienionym, chwalebnym, w takim, w jakim Jezus po zmartwychwstaniu ukazał się uczniom. 
Trudno jest nam w to wierzyć, bo wychowani zostaliśmy w kulturze, wedle której istnieją tylko te rzeczy, które dadzą się zbadać przez nauki przyrodnicze. Nauki te zaś mówią, że każde biologiczne ciało umiera i jest to proces nieodwracalny.
– Swoim zmartwychwstaniem Jezus pokazał nam nasze przeznaczenie – powołanie człowieka wyrastające ponad doczesność. Paradoks zmartwychwstania polega na tym, że odzyskane ciało będzie zarazem inne od naszego doczesnego ciała i tożsame z nim. Życie przyszłe będzie inne, bardziej duchowe, a zarazem tożsame z naszym teraźniejszym życiem. Nie wiemy, jak to jest możliwe, Jezus pokazał jednak, że jest możliwe. W pewnym sensie łatwiej byłoby uwierzyć w czysto duchowe życie po śmierci.
Czy Bóg nie mógł nas stworzyć od razu przemienionymi? Nie byłoby wtedy problemu ze złem, grzechem. Człowiek nie potrzebowałby odkupienia. Chrystus nie musiałby umierać...
– Biblia mówi, że Bóg, stwarzając człowieka, dał mu wolną wolę – możliwość wyboru dobra lub zła. Komentując tę prawdę, Rahner podkreśla, że wolność Adama ze względu na bliskość Boga była pełna, dysponował on swoją wolą w dużo większym zakresie niż my, dlatego jego upadek miał też o wiele poważniejsze konsekwencje niż nasze grzechy. Po upadku pierwszych ludzi nasza wola, choć wolna, pozostaje uwikłana w różne ograniczenia pochodzące od zmysłów, nawyków, obyczajów. Rahner mówi o uwikłaniu w „grzech świata”. Łatwiej przez to upadamy, ale też upadki nasze nie są aż tak radykalne. Nasze złe czyny nigdy nie są dokonywane z użyciem pełnej wolności. Naszym zadaniem jest tę ograniczoną wolność pielęgnować i rozwijać ku dobru.
Nasze życie, pełne trudów i cierpienia, jest więc dojrzewaniem do pełni, którą osiągniemy w niebie. Czy to znaczy, że w niebie nie będziemy mogli grzeszyć?
– Nie będziemy chcieli.
Dlaczego?
– Bo jak mówi św. Paweł w hymnie o miłości, będziemy Boga oglądać twarzą w twarz. W Nowym Testamencie szczególnie często spotykamy metaforę nieba jako uczty Boga z ludźmi. Tyle wiemy z Pisma Świętego, ale jak to będzie wyglądało? Pożyjemy, zobaczymy...
Co w takim razie z piekłem? Czy można radować się w niebie, mając świadomość, że ktoś bliski i kochany został potępiony? 
– Miejmy nadzieję, że takich sytuacji nie będzie. Skoro taka osoba miała kogoś, kto ją kochał, nie mogła żyć w totalnej nienawiści. Żeby się znaleźć w piekle, trzeba nienawidzić do końca...
...być „nieprzemakalnym” na każdą miłość?
– Tak. Bardzo mi się podoba pogląd głoszony przez ks. Wacława Hryniewicza, że co prawda nie mamy pewności powszechnego zbawienia (ta pewność została przez Biblię wykluczona; jeżeli całkowicie odrzucimy Boga, grozi nam piekło), ale można mieć nadzieję, iż Bóg nie dopuści do tego, by ktokolwiek znalazł się w piekle. Można więc modlić się o powszechne zbawienie. Niektórzy prawosławni modlą się nawet o zbawienie szatana.
Pieśń nad Pieśniami mówi o miłości „mocnej jak śmierć”. Czy Nowy Testament, jako Dobra Nowina o zmartwychwstałym Chrystusie, nie mówi czegoś więcej – o miłości mocniejszej niż śmierć?
– W Starym Testamencie śmierć była rozumiana jako koniec, jako miejsce odosobnienia, choć już i tu znajdziemy zapowiedzi wiary w zmartwychwstanie. Dopiero jednak w Nowym Testamencie śmierć staje się bramą do nowego życia. 
Czy należy bać się śmierci?
– Śmierć należy traktować poważnie, ponieważ często jest ona momentem ostatecznej decyzji ludzkiej – opowiedzenia się za miłością lub nienawiścią. Nie znaczy to jednak, że należy się jej bać. Ludzie boją się śmierci, ponieważ albo nie bardzo wierzą w życie przyszłe, albo zostali źle nauczeni. Przez jakiś czas śmierć przedstawiano w Kościele jako surowy sąd Boga. Ludzie nie widzą więc w Bogu miłości, tylko surowego sędziego.
U Mateusza odnajdziemy jednak obraz Jezusa, który osądza: jedni „biorą w posiadanie” królestwo niebieskie, inni zostają wyrzuceni „w ogień wieczny”.
– Według Mateusza w ogień wieczny idą ci, którzy nikomu nigdy nie pomogli w potrzebie. Ktoś, kto całe życie myślał tylko o sobie, rzeczywiście może się bać śmierci.
Jednak chyba w każdym istnieje naturalny lęk przed śmiercią.
– I jest on zrozumiały. Organizm ludzki broni się przed swym końcem. Śmierć jest przecież rozkładem organizmu. Jezus w Ogrójcu także ten lęk przeżywał. Można powiedzieć: razem z nami. Takiego lęku nie trzeba się bać, można go „oswajać”. 
Jak?
– Na przykład modlitwą i wsłuchiwaniem się w Słowo Boże, zwłaszcza we fragmenty mówiące o zmartwychwstaniu Chrystusa. Codzienne czytanie Pisma Świętego bardzo nam Jezusa przybliża. Staje się On kimś bliskim i obecnym w naszym życiu. Nie powinniśmy także uciekać przed prawdziwą rozmową z Bogiem, „klepiąc” jedynie pacierze. Bóg jest Bogiem żywym, Kimś realnym. Możemy zwierzać Mu się z naszych trosk, ale także spierać się z Nim, jak Jakub walczący z Aniołem czy Abraham targujący się o Sodomę i Gomorę. 
Czasem próbujemy uciekać przed Bogiem, jak Jonasz...
– Najważniejsze, by spierać się z Bogiem uczciwie, we własnym sumieniu. A wtedy Bóg na pewno znajdzie sposób, by nasze zatwardziałe serca przemieniać.


Stanisława Grabska – córka Stanisława Grabskiego, wybitnego przedwojennego polityka, podczas wojny łączniczka AK. Studiowała architekturę wnętrz na warszawskiej ASP oraz teologię na KUL-u i w Katolickim Uniwersytecie w Louvain w Belgii. Jako pierwsza w Polsce kobieta uzyskała stopień doktora teologii. Była długoletnim prezesem warszawskiego KIK–u (obecnie jest wiceprezesem). Uczestniczyła w obradach Okrągłego Stołu. Jest stałą współpracowniczką „TP” oraz „Więzi” i „Znaku”. Ostatnio ukazał się wywiad-rzeka „Ciekawość nieba, ciekawość ziemi”, jaki ze Stanisławą Grabską przeprowadziła Irena Stopierzyńska. 20 marca ukończyła 80 lat. 

 



 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl