O wszystkim

Uśmiechy

ANDRZEJ DOBOSZ

 

Jedną z wielkich przyjemności życia w Paryżu jest to, że widuje się tu wyjątkowo wiele osób uśmiechniętych i wyraźnie szczęśliwych. Pewnie nie dotyczy to wszystkich. Gdy czasem jadę metrem, co zdarza mi się rzadko, pasażerowie wracający z pracy lub z zakupów nie wydają się być szczególnie przejęci miejscem, jakie im przypadło na świecie. Wystarczy jednak krótki spacer koło Notre Dame lub dookoła wyspy św. Ludwika, by niezawodnie znaleźć się wśród ludzi cieszących się, że wreszcie znaleźli się tu, albo takich, którzy idąc tędy po raz setny lub tysięczny, nagle podnieśli głowę pod innym niż zazwyczaj kątem i dostrzegli szczegół, który dotąd uchodził ich uwadze.
Jest może lekkomyślnością kategorycznie przesądzać, w jakich okolicznościach sprawiamy wrażenie zadowolonych. Gdy pewnego ranka w lutym 1968 zostałem wprowadzony do pokoju, którego urządzenie składało się z portretów Cyrankiewicza i Gomułki na ścianie, najświeższego numeru „Trybuny Ludu” na niskim stoliku i chyba dwu foteli, słysząc, że mam tam czekać, nie miałem żadnych powodów do radości. Otworzyłem wtedy tom „Esejów” Montaigne’a. W biurze na dole urzędniczka przed wypisaniem przepustki pytała wezwanych, czy są z teczką. Wielu miało teczki, jeden nawet walizkę. Słysząc, że mam książkę, przez krótką chwilę, jakby zdarzyło się jej to po raz pierwszy, zastanawiała się, czy fakt wniesienia książki na Rakowiecką 2 powinien zostać odnotowany.
Przez pierwsze minuty raczej udawałem, że czytam, nie umiejąc się skupić. Wkrótce jednak dotarły do mnie słowa autora: „Dzisiejsze czasy bardzo są sposobne po temu, aby człowieka poprawiać na wspak, odstręczeniem bardziej niż przykładem...” Myślę, że byłem w tym pokoju poddany dyskretnej obserwacji i wyraz przyjemności na mojej twarzy sprawił, że nie dano mi dłużej kontynuować lektury.
Czasem zdarza mi się zabierać głos publicznie. Ponieważ jest moją ambicją opowiadać rzeczy, jeśli nawet nie piekielnie śmieszne, to przynajmniej dość zabawne, mówiąc przybieram bardzo poważny wyraz twarzy, przekonany, że niefortunny wydaje się żartowniś zaśmiewający się z opowiadanych przez siebie żartów. Niestety doszło do tego, że milcząc, mam też taki wyraz twarzy, jakbym mówił, co sprawia, że gdy żona czasem prosi, bym popatrzył na siebie w lustrze, dziwię się, o co chodzi, bo krawat mam zawiązany porządnie i wcale nie wytarłem ubrania o mur.
Wczoraj przeszedłem kawałek niezabudowaną częścią Pól Elizejskich. To najlepsza pora roku na taki spacer, drzewa w świeżej zieleni nierozwiniętych do końca listków wywoływały radość. Doszedłem do domu aukcyjnego Christie’s, by obejrzeć wystawę kolekcji dawnych rysunków należących kiedyś do Pierre’a Decourcelle.
Był to urodzony w roku 1856 powieściopisarz i dramatopisarz, o którym nigdy nie słyszałem. Żyjąc z pióra, wszystkie nadwyżki zarobków poświęcał na zakup dzieł sztuki. W roku 1911 oświadczył, że chce sobie zabezpieczyć starość i sprzedał kolekcję płócien Chardina, Constable’a, Fragonarda, Tiepola, Huberta Roberta i Guardiego, zbieranych dla przyjemności. Włożył w nią 400 tysięcy franków, oceniał na milion. Dostał za nią półtora miliona. I już nazajutrz zaczął na nowo zbierać, tym razem nowsze malarstwo. W roku 1926 sprzedał największy z wystawionych kiedykolwiek na aukcji zbiór Toulouse-Lautreca. Ale parę starszych rysunków sobie zostawił. Stojąc teraz przed rysunkiem Francesca Guardiego „La Scuola San Marco” zachwyciłem się równocześnie Guardim i wyrazem twarzy siwej pani oglądającej go obok mnie. Ale i ona mnie dostrzegła.
Dzień wcześniej przysłuchiwałem się debacie, w której oskarżano o ciężkie przewiny cały naród. Zdziwił mnie wyraz twarzy jednego z siedzących za stołem prezydialnym. Gdy któryś z mówców rozjaśniał mroczny obraz wspominając licznych sprawiedliwych, twarz duchownego stawała się ponura i zacięta. Gdy powracały oskarżenia, rozjaśniał się.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl