Miłość Viery

Patrycja Bukalska z Pragi



Viera Szpanová i Vladimir Boudnik: dwoje czeskich artystów, plastyczka i grafik. Los zetknął ich ze sobą, aby przeżyli razem trzy miesiące jako małżeństwo w burzliwym roku 1968. Młodziutka studentka i czterdziestolatek po przejściach, główny bohater „Czułego barbarzyńcy” Bohumila Hrabala. Wkrótce Vladimir odebrał sobie życie. Viera tworzy do dziś. 


„Miałam 21 lat. Vladimir miał kiedyś tyle samo. (...)
Po roku wzięliśmy ślub.
Wmieszały się w to rosyjskie czołgi. Pisał o tym pan Hrabal.
Ale to jest literatura. 
A Boudnik to Boudnik. 
I kochał mnie”.

Od kiedy przeczytałam te słowa na krakowskiej wystawie prac Vladimira Boudnika, nie dawało mi spokoju pytanie, jak potoczyły się losy młodej wdowy. Jak poradziła sobie z tragedią, która zniszczyła jej małżeństwo, zanim naprawdę się zaczęło. 
Spotkanie Viera wyznaczyła w galerii „U Zlateho Prstenu” na ulicy Tyńskiej. To nawet nie ulica, ale przesmyk między słynnym kościołem Świętej Panny Marii, a najstarszym budynkiem w Pradze, domem „U Kamennego Zvonu”. W wąskim przejściu tłoczą się turyści i przekupnie, których kramy z pamiątkami są przylepione do kościoła. 
Tuż po wojnie, w 1949 r., na Tyńskiej nie było straganów ani turystów, chodzili nią zwykli ludzie – do pracy, domu, po dziecko do przedszkola. Tylko niektórzy zauważali niezwykle wysokiego mężczyznę w przykrótkim płaszczu, który bazgrał coś na murach i zaczepiał przechodniów. Jeszcze mniej było tych, którzy zatrzymywali się i obserwowali, jak plama na murze przeistacza się w obraz. Nikt z nich pewnie nie przypuszczał, że stoi twarzą w twarz z Vladimirem Boudnikiem, który miał się stać jednym z najbardziej znaczących artystów w powojennych Czechach, i że bierze udział w jednym z jego słynnych później „zdarzeń ulicznych”, czyli – jak powiedzielibyśmy dziś – happeningów. 
Właśnie na Tyńskiej Boudnik zaczynał karierę: tam miał na poddaszu mieszkanie-pracownię, tam przemieniał odpadające tynki w dzieła sztuki i wygłaszał do obojętnych przechodniów swoje manifesty. Tam, po 50 latach, miałam spotkać się z jego ostatnią miłością.

VIERA ODRZUCA OFERTĘ PARTII

Viera uśmiecha się, kiedy wchodzę. Siadamy przy okrągłym stole, za oknem widać ścianę kościoła. Przyglądam się jej: w łagodnym, jesiennym świetle nie wygląda na swoje lata. Niebieskie oczy, choć otoczone zmarszczkami, spoglądają świeżo. Włosy ostrzyżone na pazia nie posiwiały. Przed 33 laty czesała się tak samo. 
Oglądam zdjęcia. Patrzy z nich młodziutka dziewczyna. Ładna, o delikatnych rysach twarzy, z wrażliwością wypisaną w linii ust i zbyt poważnym, jak na jej lata, spojrzeniem jasnych oczu. 
Samobójstwo męża spadło na nią po zaledwie trzech miesiącach małżeństwa. Następne miesiące były jeszcze gorsze: ludzie obwiniali ją o śmierć „ich Vladimirka”. Nawet nie mogła w spokoju uczestniczyć w pogrzebie. Do Pragi przyjechała w tajemnicy, taksówka czekała przed krematorium. A przecież nikt nie wiedział, co naprawdę stało się tamtego wieczoru. I chyba nikt nie chciał wiedzieć. Fakt, że była dwukrotnie młodsza niż Boudnik, miał tłumaczyć wszystko. Była winna. 
Vladimir był dla Viery ideałem. Był artystą, dla którego życie i twórczość stanowiły jedność. „Po jego śmierci uświadomiłam sobie, że był też pięknym mężczyzną. Wszyscy mówili, że jest przystojny, ale jakoś wtedy nie zwracałam na to uwagi” – mówi Viera z uśmiechem. Takiego męża wymarzyła sobie w dzieciństwie. A od dziecka wiedziała, czego chce. Przede wszystkim: wyrwać się z Czeskiego Krumlova, małego miasteczka na południu Czech, które co prawda jest renesansowym cudem, przycupniętym na brzegu krętej rzeki, ale jednocześnie nieznośną prowincją. 
Nie chciała tam zostać i jak koleżanki, zajmować się dziećmi i patrzeć, jak mężowi rośnie brzuch od piwa. Że z Krumlova wyjedzie, postanowiła mając 10 lat. Wszystko, co stało się potem, było tylko konsekwencją tej decyzji. Mając 14 lat, znalazła sobie pracę: jako przewodniczka na zamku. To dało jej przedsmak niezależności finansowej. A w domu nigdy się nie przelewało i Viera nie chciała być ciężarem dla ojca, który ze skromnej pensji urzędnika utrzymywał schorowaną żonę i trzy córki. 
Jako piętnastolatka wyjechała z domu: dostała się do technikum włókienniczego w Brnie. Rodzice nawet nie starali się jej zatrzymywać. Wiedzieli, że jest uparta.
Uczyła się świetnie, chciała iść na studia. Ale na jej nieszczęście, szkoła chciała się nią pochwalić – i w drodze wyjątku zaledwie siedemnastoletniej uczennicy zaproponowano zapisanie się do partii komunistycznej. Odmówiła. Dlaczego? Mówi, że po prostu tak ją wychowano. Rodzina miała korzenie katolickie, rzadkość w zlaicyzowanych Czechach. „Nie uważam się za wierzącą, ale 10 przykazań było w moim życiu obecnych – mówi. – Już jako dziecko nauczyłam się odróżniać dobro od zła. Nie potrafiłam udawać, że pewnych rzeczy nie widzę. Poza tym wzorem był dla mnie ojciec. Nigdy nie zapisał się do partii, nie wyrzekł się przekonań, nawet gdy po raz kolejny wzywali go po Mszy na rozmowę”. 
Po tej odmowie o studiach nie było już mowy. Po szkole skierowano ją do pracy w Novym Miestie pod Smrkem, w Sudetach, koło granicy z Polską. „To był koniec świata, ostatnia stacja kolejowa, dalej tylko lasy i góry” – wspomina. Dyrektor szkoły pocieszał: „Urządzisz się, dorobisz, kupisz samochód, a jak ci będzie trzeba kultury, to do Pragi do teatru sobie pojedziesz”. 
Na szczęście Vierze udało się załatwić pracę w stolicy. Niedawna prymuska pracowała teraz jako robotnica na praskim Żiżkovie.

VLADIMIR Z KWIATAMI PROSI O RĘKĘ 

Był rok 1967. 
W czasie przerwy obiadowej Viera poszła do gospody, kupić sobie czekoladę z orzechami. 
Zobaczyła wysokiego mężczyznę, który węglem namalował sobie wąsy i przyszedł po piwo z własnym dzbankiem. Zaintrygowana (wąsami, bo z dzbankiem chodzi wielu Czechów) zapytała, kto to. Usłyszała, że malarz, Vladimir Boudnik. Nawet nie spojrzał na szczupłą dziewczynę w roboczym kombinezonie. Więcej go już w tej gospodzie nie widziała. Vladimir chodził zazwyczaj po piwo do knajpy bliżej swego domu; akurat wtedy była zamknięta. 
Wkrótce Viera znów wyjechała do Krumlova. Tam dostała posadę sprzątaczki i – jako sprzątaczka – dostała się na studia, w pobliskich Czeskich Budziejowicach. 
Boudnik został w Pradze. Był już znanym artystą. Trwała odwilż i w końcu pozwolili mu wystawiać w kraju. Od pewnego czasu nie pracował w fabryce – tej, w której przed laty poznał pisarza Bohumila Hrabala. Teraz Boudnik mógł się cieszyć, że uznano go za artystę i pozwolono zapisać się do Związku Plastyków. Brakowało mu chyba jednak kontaktu z kolegami-robotnikami, pierwszymi recenzentami jego prac. W końcu w swojej twórczości jak mało kto korzystał z fabrycznych doświadczeń i umiejętności. Częściej niż pędzla, używał palnika acetylenowego, imadła, magnesu i drutu. To w fabryce wymyślił wiele niezwykłych technik, za pomocą których tworzył grafiki. Rozsypywał na przykład opiłki żelaza na szybko schnącej farbie, a następnie układał je za pomocą magnesu, przesuwanego pod powierzchnią obrazu. Bez względu jednak na to, w jaki sposób tworzył, cel był ten sam: wywołać w widzu reakcję, skojarzenie jedyne w swoim rodzaju. I przez to nowe postrzeganie sztuki zmienić świat. 
Bo Boudnik wierzył w nadejście nowej ery, gdy wszyscy ludzie będą artystami.
Tymczasem Viera spotkała w Krumlovie kolegę z technikum, który pracował teraz w Domu Kultury. Wspólnie wpadli na pomysł zorganizowania w mieście Prooemium: seminarium i warsztatów, na które będą zapraszać znanych czeskich artystów. Jednym z nich był Vladimir Boudnik. 
I tak w rok po spotkaniu w gospodzie na Żiżkowie, ich drogi znów się skrzyżowały. 
Ale tym razem to Vladimir zwrócił na nią uwagę. I to tak, że po trzech dniach gorączkowo spakował rzeczy – i uciekł do Pragi. 
Zakochał się. I nie potrafił poradzić sobie z tym uczuciem. Opowiedział o wszystkim matce. Ta chyba zobaczyła w uczuciu szansę na szczęście syna, pogrążonego od miesięcy w depresji – i kazała mu pierwszym pociągiem wracać do Krumlova. A że Vladimir słuchał matki, więc wrócił. 
Miesiąc później, na początku sierpnia, poprosił rodziców Viery o jej rękę. 
Viera mówi, że – choć ekscentryczny artysta – Vladimir był konwencjonalnym adoratorem. W Krumlovie zjawił się z matką, bukietem kwiatów i zapewnieniami o miłości. 
Viera: „Bałam się małżeństwa, które kojarzyło mi się z ograniczeniem kobiety. Ale Vladimir był inny niż zwykli mężczyźni. Dlatego się nie wahałam. Zresztą zawsze pociągało mnie ryzyko, lubiłam się pakować w kłopoty”. 
Ojciec Viery zgodził się na ślub, ale postawił warunek: córka będzie mogła kontynuować studia, o które tak zabiegała. Bou-dnik uroczyście mu to obiecał. 
Obietnicy nie dotrzymał. 

VIERA I VLADIMIR CHCĄ ZACZĄĆ NOWE ŻYCIE

Ślub wzięli w Czeskim Krumlovie. Był 22 sierpnia 1968 roku. 
Świadkiem miał być Bohumil Hrabal, podobnie jak podczas pierwszego ślubu Boudnika (z Teklą, która porzuciła go po dwóch latach). Ale pisarza zatrzymała w Pradze historia: w noc poprzedzającą ślub granice Czechosłowacji przekroczyły wojska Układu Warszawskiego, wysłane przez Breżniewa do stłumienia „Praskiej Wiosny”. 
W książce Hrabala „Wesela w domu”, gdzie narratorem jest jego żona Eliszka, czytamy: „W powietrzu huczały samoloty i lądowali Rosjanie, a potem wjeżdżały czołgi (...), a mój mąż chciał wyjechać wozem na ślub do Krumlova, lecz na Palmovce zatrzymały go czołgi, zawrócił i chciał jechać samochodem przez plac Strossmayera, ale tam także stały czołgi, mój mąż powoływał się na to, że jedzie na ślub, że jego przyjaciel żeni się, że musi być na ślubie, ale całe miasto było już sparaliżowane”.
Ślub o mały włos by się nie odbył. Kiedy Viera i Vladimir dowiedzieli się, co się dzieje w kraju, chcieli go odwołać. Przekonał ich starosta w Krumlovie. „Musimy im pokazać, że bez względu na czołgi będziemy żyć normalnie. Nie mogą nam tego zabrać” – powiedział. 
Viera wspomina, że w mieście było straszne napięcie. Kiedy szli z Vladimirem, bukiecik chowała pod prochowcem, ubranym specjalnie z tego powodu. „Bałam się, żeby ludzie nie myśleli, że idę witać wkraczających żołnierzy. Kiedy wcześniej kupowałam wino na przyjęcie, zostałam zwymyślana w sklepie od najgorszych” – mówi. 
Uroczystość przebiegła jednak bez problemów. Boudnik napisze potem do Hrabala: „Ślub był jak z bajki. Tak jakby te 15 minut wyznaczył los. I cała atmosfera była wyjątkowa. Żona jest człowiekiem, o którym bałem się marzyć. W porównaniu z przeszłością jest po prostu wspaniale”.
Małżonkowie zamierzali zostać w Krumlovie. Mieli gdzie mieszkać, a starosta obiecał małżeństwu atelier. A na studia Viera miała dojeżdżać do Budziejowic. 
Zamiast tego zamieszkali osobno i jeździli do siebie w kółko, z Pragi do Krumlova i z powrotem. Viera przypuszcza, że Vladimir miał problem z zostawieniem matki: był od niej emocjonalnie uzależniony (potwierdzają to jego przyjaciele; poeta i filozof Egon Bondy mówił, że to był przypadek dla psychoanalityka). 
Tak czy inaczej, Vladimir Pragi nie opuścił. Viera dostawała za to listy od jego praskich znajomych: alarmowali, że Boudnik chodzi głodny i zaniedbany, że potrzebuje opieki. Po zaledwie trzech semestrach rzuciła więc studia, o które walczyła przez tyle lat. Chciała pomóc Vladimirowi. Już wcześniej widziała, że ma zszarpane nerwy, więc w podróż poślubną pojechali... na wykopki. Miała nadzieję, że praca na wsi uspokoi męża. 
Na jakiś czas pomogło. Że Vladimirek ma się dzięki Vierze lepiej, zauważyli również znajomi. W „Weselach w domu” Eliszka Hrabalova relacjonuje: „W owym czasie odwiedził mnie w Surowcach Wtórnych Vladimir, zwycięski jaki bywał przed laty. Dziwiłam się, jak go ta nowa żona odmieniła, jak dobrze mu zrobiło to drugie małżeństwo”. 
Jednak w korespondencji Boudnika widać, że nie udawało mu się wyrwać z depresji. Pisał, że żyje w izolacji, że nie ma już takiej energii jak kiedyś, że pogrąża go fakt, iż „zamiast galerii plastycznych moją twórczością zaczyna interesować się psychiatra”. W jednym z ostatnich listów, do Milana Bubaka i datowanym na 24 września 1968 r., pisał: „Mam wodę z mózgu. Niezmiernie ciężko utrzymać mi chociaż jako taką równowagę. Dzięki ślubowi trochę mi się ruszył mózg. (...) Nie wiem, jak ci dziękować za życzenia ślubne. Byłeś chyba jedynym przyjacielem, który zareagował”.
Jego stan pogarszała sytuacja w kraju. W czasie II wojny światowej Boudnik jako młody chłopak został wywieziony do Niemiec na roboty. Widok żołnierzy na praskich ulicach w 1968 r. przywołał wojenny koszmar. Nikt poza żoną nie wiedział chyba, że polityczna sytuacja tak przygnębia Vladimira. Bo w książce Hrabala Boudnik przedstawiony jest jako człowiek nie tracący poczucia humoru: „Ja to najprzód myślałem, że Rosjanie przyjechali tylko dlatego że dowiedzieli się, że biorę tego dnia ślub, i chcieli mi ten mój ślub zepsuć, że wszystkie te czołgi przyjechały tylko z powodu Vladimirka, ale gdzie tam! Przyjechały przeciw rozpasanym intelektualistom! Co ja się do nich napisałem, co się naposyłałem im petycji, moich manifestów, robili sobie ze mnie w »Gazecie Literackiej« podśmiechujki, odrzucali mój ekspozjonalizm, moje grafiki! Teraz mają za swoje, teraz są wszyscy w pułapce, jak myszy”.

VLADIMIR ZAWIĄZUJE PĘTLĘ NA OKNIE

Ale to Vladimir był w pułapce. Nie pomogła ani miłość żony, ani coraz większe sukcesy artystyczne. Tak naprawdę chyba nigdy nie podniósł się po ciosie, jakim było odejście pierwszej żony i rozwód, podczas którego został uznany za zboczeńca i psychopatę (głównie na podstawie swoich grafik, w których wykorzystywał stosowane w psychiatrii testy na skojarzenia). Rozwód zbiegł się z pierwszą wystawą jego prac w Warszawie, w galerii „Krzywe Koło”: Vladimir miał jechać na jej otwarcie, ale nie był już w stanie zebrać sił. Wystawa okazała się sukcesem, była przedłużona o tydzień, wydano piękny katalog. Vladimir śmiał się, że stał się modny. Ale nawet kolejne wystawy w USA i Portugalii nie wyrwały go z depresji, w której się pogrążał. 
Już pod koniec 1964 roku pisał: „Żyję w tym roku jak we mgle. Nawet nie miałem możliwości nacieszyć się własnymi – tak zwanymi – sukcesami. Jakbym na wszystko patrzył z grobu”.
W grudniu 1968 Viera leżała z grypą w domu rodziców w Krumlovie. Bez grosza przy duszy, zdana na nich – choć przed zamążpójściem upierała się, by płacić im za pokój, w którym mieszkała i nie chciała, aby ją żywili (nieraz siedziała głodna, czując, jak za drzwiami, w kuchni, pachną knedliki z mięsem). 
W tamten grudniowy poranek – zaniepokojona lawiną listów od męża – pożyczyła pieniądze, aby pojechać do Vladimira, do Pragi. 
Finansami Vladimira zarządzała matka, która dawała mu pieniądze na farby i (małe) kieszonkowe. Wtedy jednak nie zostawiła mu pieniędzy; wyjechała do Ołomuńca, pomóc choremu przyjacielowi. Powiesiła na klamce od drzwi pokoju syna jedynie worek ziemniaków. 
Kiedy Viera dotarła do Pragi, po ziemniakach nie było śladu i Vladimir od kilku dni nie miał nic do jedzenia. Źle się czuł, cierpiał z powodu zapalenia woreczka żółciowego. Denerwował się brakiem kontaktu z Hrabalem, który tego dnia miał otworzyć wernisaż jego prac w winiarni „Viola”: kilkakrotnie jeździł do jego mieszkania w Libni, robotniczej dzielnicy, ale Hrabala nie było. 
Viera widziała, że mąż jest rozdrażniony. Przed wyjściem do winiarni postanowili napić się herbaty. Z dużą ilością cukru, aby oszukać głód. Jednak Vladimirowi puściły nerwy: wybuchł i oblał Vierę herbatą. Jedwabna bluzka, pożyczona od ciotki na tę okazję, była zniszczona. Viera włożyła stary sweter. Żeby mieć pieniądze na wieczór, Vladimir zastawił zegarek; dostał za niego 300 koron.
Tego dnia Viera miała jeszcze zaplanowane spotkanie z koleżankami ze szkoły, które czytały w gazecie o wystawie. Tłumaczyła im, że to zamknięty wernisaż, ale były ciekawe jej męża. W końcu umówiły się, że będą w pobliskiej gospodzie, a ona może przyjdzie potem z Vladimirem.
Kiedy nadszedł wieczór i zaczął się wernisaż, spełniły się obawy Boudnika: Hrabal nie przyszedł i nie miał kto otworzyć wystawy. A Vladimirowi tak na tym zależało. 
Kiedy poszli z Vierą do „Patrona” (tam czekali jej szkolni znajomi), Boudnik i jego przyjaciele byli już podpici. Robili się agresywni. Viera znała kompanów męża, dlatego wcześniej poprosiła koleżanki, aby nie siadały przy nich, lecz z tyłu, za murem swoich kolegów ze szkoły. Potem przyjaciele Boudnika powiedzą, że koleżanek nie było, że Viera siedziała sama z kilkunastoma chłopakami, którzy kpili z Vladimira. 
Kto zaczął, nikt już się nie dowie. Faktem jest, że między zgromadzonymi doszło do sprzeczki, a bójka wisiała na włosku. Viera nie wytrzymała i wyszła. Vladimir wybiegł za nią. Kłócili się po drodze do domu, kłócili się w mieszkaniu. W końcu zasnęli, ale po trzeciej w nocy konflikt rozgorzał na nowo. 
Kiedy Vladimir przestał nad sobą panować, Viera uciekła z domu. Usłyszała jeszcze, jak zamyka za nią drzwi na klucz. 
Pobiegła na milicję i poprosiła, aby wyważyli drzwi. Milicjanci byli zajęci. Vierze udało się dopiero nakłonić psychiatrę Vladimira, aby przyjechał do nich, w środku nocy. 
Lekarz z sąsiadem siłą otworzyli drzwi. Vladimir Boudnik wisiał na klamce od okna. Nie żył.

VIERA ZOSTAJE, A LUDZIE WIEDZĄ SWOJE

Opuszczona przez wszystkich, Viera wyjechała do rodziców. Już nigdy nie udało się jej wejść do mieszkania na Żiżkowie, gdzie zostały jej rzeczy i rodzinne pamiątki – nie wpuściła jej matka Vladimira. Podobnie traktowali Vierę znajomi Vladimira. Jego biograf i przyjaciel Vladislav Merhaut tak pisze we wspomnieniach o Boudniku: „Jeszcze w dzień śmierci Vlady zadzwoniłem do doktora Hartmanna, że Vlada ma w domu cenną i bogatą korespondencję i jakieś grafiki i trzeba coś zrobić, aby kobieta, która kto wie czy nie przywiodła Vlady do zguby, nie robiła z tym co chciała”.
Kiedy pytam Vierę, czy nie chciała wytłumaczyć, co się stało, odpowiada, że nikt jej nigdy nie zapytał o przebieg tragicznej nocy – ani dziennikarze, ani przyjaciele Boudnika: „Widać ludzie potrzebują kozła ofiarnego”. I tak kompani Boudnika mogli opowiadać swoją wersję tamtego wieczoru, tak jak zapamiętali wydarzenia przysłonięte oparami alkoholu, tak jak myśleli, że musiało to być: bo ona młoda, a on stary zakochany dureń. 
Dziś, po 32 latach, opowiadają ją nadal. Ostatnio w czeskiej telewizji pokazano dokumentalny film o śmierci Boudnika. Można się z niego dowiedzieć, że Vladimir często się wieszał, a to na klamce od drzwi, a to na własnym krawacie, bo przysparzało mu to erotycznych doznań, ale zawsze wiedział kiedy przestać i zaczerpnąć powietrza. I że tamtej nocy przyduszał się o sekundę za długo, może dlatego, że był zły na żonę, a może dlatego, że pijany nie miał wyczucia.
Swoją tajemnicę Vladimir zabrał ze sobą. Ale Viera została, wśród ludzi, którzy wiedzą swoje. Zdeformowana, niekompletna opowieść będzie żyć jeszcze długo, pewnie dłużej niż Viera i wszyscy, którzy znali Boudnika: w literaturze utrwalił ją Hrabal, którego wtedy z Vladimirem nie było. W „Weselach w domu” żona pisarza opowiada: „A jego pani miała w tymże czasie spotkanie ze swoimi kolegami szkolnymi gdzieś u »Patrona«, Vladimir na tej wystawie garstce gości rozdawał te swoje grafiki, ale goście nie chcieli ich brać, mówili, że ich to nie interesuje. (...) No i Vladimir przyszedł wstawiony do »Patrona«, tam gdzie weselili się szkolni koledzy jego małżonki, maturzyści sprzed pięciu lat, dwudziestotrzyletnia młodzież... Jeden z kolegów żony Vladimirka zapytał: To twój tatuś? Niech przysiądzie się do nas... A Viera z perlistym śmiechem przedstawiła Vladimirka jako swojego męża... ale jej szkolni koledzy nadal traktowali go jakby był tatusiem Viery, śmiali się z niego, Vladimir krzyczał, starał się wszystkich przekrzyczeć, stał i ciskał wszystkim pod nogi wszystko najpiękniejsze, co sam o sobie myślał, że jego eksplozjonalizm i on sam to znakomitość (...) ale koledzy szkolni jego żony skręcali się ze śmiechu, podczas gdy blady i zsiniały Vladimir czuł się dotknięty... (...) I Vladimir poszedł do domu sam, i tam zaciągnął na klamce pętlę, sądził, że ktoś nadejdzie, lecz nikt akurat nie szedł i Vladimir powiesił się, zabił samego siebie”.

VIERA ŁAPIE LNIANE MOTYLE

Viera gorączkowo pracowała, właściwie bez przerwy rysowała, szkicowała. 
Ale pasją jej życia są tkaniny. Sama przędzie, tka, łączy skrawki materiału. Tak jak Vladimir musi swego materiału dotknąć, poczuć strukturę, poznać niedoskonałości powierzchni. Gdy tka, stara się przelać w tkaninę emocje. Cykl „Skrzydła” (1988-89) mówi o tęsknocie za wolnością, ograniczoną przez system totalitarny. Praca „Medytacje jesienią 1990” powstała już po „aksamitnej rewolucji”, ale i w niej widać smutek. 
Tłumaczy: „Po upadku komunizmu myślałam, że wszystko będzie inaczej, lepiej. Potem zobaczyłam, że ludzie, którzy wiernie służyli systemowi, dalej mają się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Przez to kiedy przyjeżdżałam do Krumlova, na spacer chodziłam tylko nocą. Nie chciałam spotkać tych, którzy wcześniej zatruwali mi życie. »Medytacje« powstały pod wpływem tych doświadczeń. Byłam w depresji. Nie wychodziłam z domu, tylko siedziałam i codziennie tkałam jeden fragment”.
Dlatego olbrzymie „Medytacje”, stworzone z prostokątów w różnych odcieniach bieli, mają strukturę dziennika. Podobnie powstała tkanina „Na ścianę kościoła”, złożona z 25 kawałków identycznej wielkości. „25 modlitw jak 25 razy dziękuję – opowiadała Viera w jednym z wywiadów. – Inspirację czerpałam z papierków, na których ludzie pisali prośby i zostawiali na kościelnym murze albo przy cudownym źródełku. Ostatnio nie pozostaje mi często nic jak się tylko modlić”. 
Teraz kilkumetrowej długości „Na ścianę kościoła” leżą, zwinięte w rulon, w jej mieszkaniu. 
Viera opowiada mi, że trudno znaleźć galerię skłonną wystawić tkaniny: „To nie to samo, co obraz olejny. Ludzie się tym nie interesują. No i potrzebne jest odpowiednie wnętrze, przestrzeń. Nie wystarczy kawałek ściany między szafką z ceramiką a widoczkiem na ścianie”. Nigdy jednak nie myślała, by zająć się czymś innym: „To niezależne ode mnie. Ja sobie tego nie wybrałam. To tkanie jest mi chyba dane przez los, nie potrafiłabym przestać. A że nie ma z tego ani pieniędzy, ani uznania? Trudno. Nie zacznę malować widokówek” – tłumaczy. 
Na jej twórczość wpłynęły dwie ciotki, które odwiedzała w dzieciństwie na Szumavie. Ich czarno-białe zdjęcia wiszą w mieszkaniu Viery. To Johana i Kristina nauczyły ją szyć – i oszczędzać. W ich domu nic się nie marnowało. Każdy skrawek można było jakoś wykorzystać. Same szyły sobie ubrania, przy których każdy guzik był inny. Ale wszystko było niepowtarzalne. 
Dla Viery to ważne: trudno jej się pogodzić, że kolejne pokolenia tak łatwo pozbywają się tradycji. Pokazuje zdjęcie jednej z prac: w brązową wełnę wplecione strzępy dziecięcego kaftanika, który znalazła na strychu rodzinnego domu. Falbanka przy szyi jest nienaruszona, a od niej rozchodzą się w cztery strony białe smugi płótna, przemieszane z ciemnymi wełnianymi pręgami. Z daleka wygląda to jak jasny krzyż. „Musiałam sprzedać. Pojechała do Austrii” – wzdycha. 
Często tak wzdycha, kiedy oglądamy zdjęcia jej prac. Widać, że z każdą rzeczą jest związana i że niechętnie się ich pozbywa. Tkanie to jej życie. Odkąd skończyła 19 lat, zajmuje się nim, kiedy tylko może. Nawet gdy ostatnio leżała po operacji, nie dała odpocząć palcom: pracowała na małych kawałkach materiału, wydartych z fartucha. Pokrywa je skomplikowana siatka, wyszyta białą nitką. Linia wije się, przecina, gubi i odnajduje, niepokorna jak życie. „Gdyby włożyć te kawałki między dwa kawałki szkła, byłyby jak złapane motyle. Może kiedyś uda mi się je oprawić i wystawić” – zastanawia się.
Swoje prace pokazywała w Czechach i za granicą, również w Polsce. Śmieje się, gdy opowiada o sukcesie, jaki odniosła w Anglii: oprócz tkanin zabrała tam małe potworki, zrobione ze skręconej wełny. Dziwne kształty, do których można się przytulić, a które mieszczą się w kieszeni, przypadły do gustu dzieciom: „Garściami wybierały je z kosza w galerii. Szczerze mówiąc, kradły je. Nie wiem, co w nich było szczególnego. Może to, że nie miały określonego kształtu i dzieci mogły sobie wyobrazić, co chciały”.

VIERA SIĘ UŚMIECHA

Wtedy, po śmierci Boudnika, wróciła do Krumlova. 
Najpierw pracowała jako sprzątaczka. Potem uczyła w szkole plastyki. Udało się jej kupić zabytkowy dom, zdewastowany, ale na tyle duży, żeby mogła urządzić pracownię i magazyn. Tam zamieszkała, z drugim mężem, aktorem Frantiszkem Husakiem. Była panią Boudnikovą, została Husakovą. „Na zmianie nazwiska zależało rodzicom Frantiszka – wspomina. – Jednak po dwóch tygodniach małżeństwa stwierdziłam, że będąc po raz drugi mężatką, chcę pozostać sobą: Vierą Szpanovą. Chciałam nosić panieńskie nazwisko. Niestety, w urzędzie powiedziano mi, że mogę jedynie wrócić do nazwiska poprzedniego, czyli do Boudniková. Tak zrobiłam i znowu rozpętała się burza, że wykorzystuję Vladimirka nawet po śmierci, bo przecież takie nazwisko artystce może tylko pomóc. Ci, którzy tak mówili nie mieli racji. Jak tylko stało się to możliwe, czyli w 1999 roku, kiedy zmieniono prawo, zostałam Vierą Szpanovą”.
W domu przy Kaplickiej zamieszkali więc Frantiszek Husak i Viera Boudniková. On też opuścił Pragę, nie całkiem ze swej woli: kiedy z teatru usunięto jego kolegę, znanego opozycjonistę Pavla Landovskiego, Frantiszek oświadczył, że bez niego grać nie będzie. W przygranicznym Krumlovie dwoje praskich „emigrantów” pracowało wspólnie z Romami. 
Viera: „Cyganie zawsze mnie fascynowali. Nie mogłam patrzeć, jak komuniści pozbawiają ich tożsamości i demoralizują, przyznając wysokie zasiłki i nie dając pracy. Uczyliśmy ich z mężem, jak załatwiać sprawy w urzędach, pisać podanie itd. No i prowadziliśmy chór. Na spotkania Cyganki przychodziły z dziećmi, więc często prowadziłam zajęcia trzymając na każdej ręce cygańskie niemowlę”.
Potem jej życie znów się załamało. Musiała sprzedać dom, którego nie była w stanie remontować, a po ośmiu latach mąż porzucił ją dla młodziutkiej aktorki z teatru, w którym grał. 
W 1983 r. przeprowadziła się do Pragi. „To były najcięższe lata w moim życiu – mówi. – Musiałam zacząć od nowa. Znaleźć mieszkanie, atelier, pracę. Ale najgorsze było to, że wtedy zaczęli odchodzić moi przyjaciele. Jeden za drugim popełniali samobójstwa. Byłam samotna, nie miałam się na kim oprzeć. Zaczęłam myśleć, że chyba się zabiję. Ale wzięłam się w garść. Kobiety są silniejsze niż mężczyźni. Mają jakąś biologiczną wolę przetrwania. A mężczyźni, zwłaszcza artyści, są słabi, potrzebują kogoś, kto by ich chronił przed światem”. 
Przetrwała. Nie przestała tworzyć. 
Pytam, czy jej życie byłoby inne, gdyby nie spotkała Vladimira Boudnika. „Nie – odpowiada natychmiast. – Zawsze chciałam tworzyć i robiłam to przez ostatnich 35 lat. A życie prywatne i twórczość to przecież jedno”.
Z drogi, którą obrała jako młodziutka dziewczyna, nie zepchnęło jej też to drugie nieudane małżeństwo. Nie ma żalu do Frantiszka: „W pewnym wieku mężczyznom zaczynają się podobać młodsze kobiety i on po prostu tego kryzysu nie przetrwał. Zakochał się. A na miłość nie ma rady”. 
Kiedy to mówi, uśmiecha się.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl