Białoszewski

Jan Błoński



„Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, wydany po raz pierwszy w 1970 roku, ukazał się właśnie po francusku nakładem prestiżowego wydawnictwa Calmann-Lévy. Autorem przekładu jest Erik Veaux, francuski slawista i tłumacz Witkacego i Borowskiego. Veaux w latach 60. mieszkał w Warszawie i był wtedy częstym gościem poety. Czy „Pamiętnik”, utwór, o którym powiada się, że jest hermetycznie polski, okaże się sukcesem na francuskim rynku wydawniczym? Sesja zorganizowana 16 marca na Sorbonie miała pomóc Francuzom w odbiorze dzieła Białoszewskiego; jednym z jej uczestników był prof. Jan Błoński. 


Proza Białoszewskiego nie jest ani powieścią, ani wspomnieniem czy relacją z Powstania Warszawskiego... Jakiego powstania, nikt go już prawie nie zna, kto je wszczął, kto wygrał, kto przegrał. I mało kto, nawet wśród historyków, pamięta, dlaczego tak się rzadko o nim wspomina, takie ono wszystkim niewygodne, takie najbardziej chyba splątane i trudne do zrozumienia. Na pewno także najbardziej patetyczne. Ale też dlatego Białoszewski postanowił opowiedzieć je na najniższym tonie, od strony zamętu i niejasności, albo, jak to streścił jeden z krytyków, od strony liturgii i abulii. 
Cóż było wznioślejszego od warszawskiego powstania... i co równie niezrozumiałego... także, czy może bardziej, dla jego uczestników?... Tym bardziej nadzwyczajne, że znalazł się pisarz, który trafił na ton odpowiadający tej nieprawdopodobnej mieszaninie trywialności i wzniosłości. Ton ten zresztą cechował całość literackiej twórczości Białoszewskiego. Tym samym znalazł się jakby poza „przyzwoitością” czy naturalnym mówieniem literackim, czy kulturalnym. Białoszewski odtrąca czy wymija jakby oficjalne czy naturalne mówienie literackie. Doszło do tego nawet, że rzecznik awangardowych prądów literackich, Artur Sandauer, nazwał go „satanistą słów”, chociaż Białoszewski lubował się właśnie w sprawach, które schodziły jakby poniżej literatury... I to właśnie w kwestiach, którym niejako z urzędu przypisane było minimum wagi lub wzniosłości.

*

Można to także ująć inaczej: Białoszewski nie chciał czy nie mógł opowiedzieć Powstania w jakimkolwiek porządku. Dlatego po prostu, że go nie znał. I na dobrą sprawę nikt nie znał, bo któż mógł zrozumieć, co się dzieje w ponad milionowym mieście, bez komunikacji, pełnym spóźnionych czy mylnych rozkazów, bez telefonu, radia, a nawet jednolitego dowództwa... tak po polskiej, jak i po niemieckiej stronie, bo przecież Niemcy czuli się zupełnie bezradni w gąszczu miasta, ulicznego, podziemnego, na pół zanurzonego w ciemności... tak nieczytelnego, że w pewnym momencie sami wycofywali się z zagarniętych dzielnic, nie mogąc zrozumieć, gdzie jest linia frontu i do czego powinni zmierzać.
Co teraz powiedzieć o relacji, w której nie ma żadnego niemal pewnego punktu: „bo Zosia Romanowska 8 września 39 roku pojechała na Grochów do siostry i szwagra i jeszcze zabrała ze sobą bratową, po to żeby zatrzasnęły im się drzwi i żeby nie mogli wymanipulować kluczami jak nadlatywały samoloty, i zanim co, to już spadli do piwnicy, ocalała tylko jedna osoba (na górze i pod gruzami), siostrzenica Zosi, która trzymała za rękę małą dziewczynkę sąsiadki, już nieżywą, sama była przysypana, i jak potem mieszkała na Lesznie obok nas u Nanki, kiedyśmy stracili mieszkanie w Śródmieściu, więc jak mieszkała po Zosi w jej pokoju, to wiem, że bała się nakrywać w łóżku kołdrą po szyję. Bo jak już traciła świadomość kołdry, to jej się to myliło z gruzami, że są po szyję”.
Wszystkie te okropności pisane były w zwykłym, najbardziej banalnym tonie. Największe nieszczęścia domagają się u Białoszewskiego najzwyklejszej relacji.
Jakie więc są najważniejsze cechy prozy Białoszewskiego? Przede wszystkim rzetelność. To wszystko, co tu napisane, musi być w jakiś sposób zaświadczone albo czyjąś opowieścią czy osobliwością narracji albo faktu, zdarzenia, które miało miejsce. Albo przeciwnie, banalnością faktu, który – jak strzelanina – powtarza się co dzień, co noc. Albo te domy „rozłupane na piony” monotonne monotonią ruin, gdzie nie można się nawet doszukać celowości w niszczeniu.
Takie doświadczenia domagają się szczególnych umiejętności opisu. Jest on przede wszystkim pozbawiony wszelkiej hierarchii, podobnie jak pozbawione porządku (a więc hierarchii) są wydarzenia, o jakich mówi Białoszewski. Pisarz odnotowuje wszystko... albo przynajmniej udaje, że może wszystko odnotować. Tym samym podkreśla, że w swoich relacjach obywa się bez wyboru i zasady.
Tak jakby wszystko było godne zachowania i opisania. Może rzeczywiście było godne? I czy można inaczej niż w całości (a więc bez porządku) opisać niszczenie milionowego miasta?, to, co miało miejsce, to, czego chciał milion mieszkańców.
Opisu. Jak ci ludzie szukali ratunku, jak walczyli, owszem, ale także i bardziej, co i jak jedli, jak się wypróżniali (ależ tak, to także ważne), jak szukali kąta, wygodnego czy znośnego, ale względnie bezpiecznego. Jakie wynajdywali „dobre miejsca”, jak spodziewali się ratunku, pomocy, ale także i przede wszystkim przetrwania. Więc tu wygodny (zgodny) kąt był równie ważny, co ukryty skrawek chleba czy odśpiewana litania albo wiadomość, co właśnie nadeszła i zmienić może całą przyszłość. Ale życie w ruinach jest znacznie bardziej podległe przypadkowi niż życie w instytucji, od handlu czy biura. Dlatego też wszystko, co postacie (świadkowie) mówią, podlega w dużej mierze przypadkowi. Gdzie jednak rządzi przypadek, tym więcej trzeba zbierać informacji, wiadomości, od wiarygodnych do nieprawdopodobnych albo nawet niedorzecznych. Życie w ruinach jest udręką i śmiertelną wegetacją, co w nim jednak najbardziej uderza, to właśnie głód informacji, nie tylko głód i niewygoda, ile potrzeba i oczekiwanie informacji. Wszystko jest tam poddane „nowej wiadomości”, dobrej czy złej, ale zazwyczaj nieprawdziwej, aby przypomnieć odwróconą formułkę Radia BBC (którą zresztą znali tylko wyżsi oficerowie czy działacze powstania). Ukryty i uchroniony szuka przede wszystkim informacji, pożywienie jest w istocie drugą dopiero potrzebą człowieka ruin.
Inną cechą takiego zachowania jest zrównanie zjawisk, o których zbieramy wiadomości. I nic dziwnego, bo w takich sytuacjach wszystko zdarzyć się może, może się zdarzyć w każdej chwili. Czyż Rosjanie nie przejdą Wisły za parę godzin? Albo nadzwyczajna broń zmusi Niemców do ogólnej kapitulacji? Nie jest to przecież mniej nieprawdopodobne od cofnięcia się Niemców czy ogłoszenia rozejmu... albo skromniej, nadejścia zapasu mąki, lub – co bardziej prawdopodobne, od odkrycia oburzającego zapasu pożywienia, którym nie chce się podzielić sąsiad egoista. A cukier, i to dla wszystkich, cóż za nadzwyczajne zjawisko, cukier, który można równo podzielić, skoro odkryto go w domu, którego mieszkańcy zginęli... Jak dzielić wspólne dobro, może i musi stać się przedmiotem nieskończonych rozważań, prowadzonych w złej czy dobrej wierze. Czy dzieciom należą się cukierki znalezione w szufladzie starego właściciela? A papierosy! Wedle jakiej zasady je dzielić? Nie zostawimy ich przecież Niemcom!... Czyż mieszkańcy ruin nie mają na głowie mnóstwa istotnych problemów? Tym bardziej, że wszystkie te problemy rozpaść się mogą za jednym wybuchem następnej bomby, zwanej pospolicie „krową”?

*

Jak więc doszło do najbardziej tragicznego z polskich powstań... tak dotkliwego i okrutnego, że do dziś ludzie nie lubią o nim mówić. Oto na początku lipca 1944, X Armia niemiecka cofając się przed Rosjanami na linię Wisły oparła się o Warszawę, podzieloną Wisłą na dwie trudno ze sobą komunikujące się części. Siły na całkowite opanowanie miasta Niemcy jednak nie mieli, mogli tylko wyniszczać, pilnując głównych dróg i budowli. Miasto więc było przez długie tygodnie niby niemieckie, przeważnie jednak polskie. Były nawet dzielnice „wyzwolone”, gdzie wrogowie woleli się nie pokazywać. Powstało miasto – czy świat – na opak, gdzie w dzień się często wędruje i – pożal się Boże – handluje, zamiast pracować wymienia się informacje, ratuje się albo szuka bliskich czy przyjaciół... ale świat, w którym poruszać się można – z wielkimi trudnościami i wedle reguł, które nam się wydają absurdalne: na przykład przestroga, aby poruszać się wtedy, kiedy, bliscy przecież – Niemcy myją się, jedzą, albo oddają bardziej pokojowym zajęciom, jako to wysadzaniem szeregów kamienic... Wykształciły się tak osobliwe i dziwaczne – ale w jakimś sensie pożyteczne – reguły rozsądnego postępowania (dającego szansę przeżycia sobie i bliskim). Paradoksalnie, były one bardziej zawiłe i dziwaczne niż postępowanie żołnierzy AK broniących miasta, które – w swojej nieszczęsnej okropności – rozpoznało się i ginęło w sposób niejako tradycyjny i podtrzymywany wojennym doświadczeniem czy roztropnością.
Powstały też i rozwinęły zaczątki społecznych (= polskich) instytucji skupionych wokół konspiracyjnych gazetek, służby zdrowia i nawet ambicji intelektualnych czy artystycznych: przygotowywano się przecież do rychłego wyzwolenia. Nadzieja normalności była zapewne tym czynnikiem, który pozwoliłby przetrwać ocalonym bardziej niż gromadzone w oczekiwaniu wyzwolenia zapasy żywności. Dla większości myśl o porażce, stłumieniu powstania, była nie do pomyślenia. Przecież porażka Niemców była tak bliska, tak oczywista! Niemiecki front pękał w oczach, dość było wyjść na ulicę, aby zobaczyć niezbyt już uporządkowane oddziały niemieckie cofające się pospiesznie na zachód. Pojawiały się pierwsze niemieckie zwłoki, nawoływano do rozrachunków... których było w istocie niewiele, bowiem siły porządkowe Podziemia panowały do końca nad sytuacją i zapobiegały nadużyciom i ekscesom.
Ale zrozumieć, co się naprawdę działo, zaiste było trudno. W Warszawie skupiony był od początku kwiat, jeśli tak powiedzieć można – politycznej i wojskowej konspiracji. Wszyscy więc i stosunkowo szybko stanęli do walki. Spodziewano się jednak wsparcia, desantu, połączenia z aliantami... Powstanie wybuchło przecież na polecenie Rządu w Londynie! Ale jak, którędy? Lot z Anglii i z powrotem graniczył wówczas z szaleństwem, było paru takich wirtuozów, cóż mogli jednak dać Warszawie prócz słów otuchy i odrobiny broni i nadziei, z każdym dniem bardziej wątpliwej. Miasto trwało jednak, świadome, że zbuntowane czy poddane, zostanie zburzone, starte z powierzchni ziemi: w każdej sytuacji była to tylko kwestia czasu. Największy heroizm mógł tylko prowadzić do śmierci i zgładzenia lewobrzeżnej Warszawy, właściwej stolicy kraju, w której zresztą od początku zebrane były najlepsze siły podziemnego wojska.
Ale przecież pozostawały poza miastem znaczne podziemne oddziały tego właśnie wojska. Były to te, które skupiono po prawej, wschodniej stronie Wisły. Podobnie jak po lewej, oczekiwały one nadejścia aliantów. Tej dywizji udało się skupić i stanąć do walki; wyznaczono jej miejsce między sowieckimi oddziałami. Ale zamiast na front oddziały te... skierowano na Sybir, gdzie większość pomarła jako „wrogowie władzy ludowej”, o której – w znacznej większości – nic właściwie nie wiedzieli. Ostatnich z nich – bardzo przerzedzonych – odesłano do Polski po osiemnastu latach. Tak zakończyć się miała ostatnia bitwa o Warszawę.

*

To doświadczenie Powstania Warszawskiego naznaczyło głęboko Białoszewskiego... i to przede wszystkim w rozumieniu literatury, w użytku, który się robi ze słowa. Po powstaniu nie ma i nie może być już żadnej niezwykłości, potworności... wszystkie słowa stają się zwykłe, dopuszczalne, nawet w jakimś sensie naturalne. Białoszewski opiera więc bez wahania swój język na agramatyzmach. Wykoleja się słowotwórstwo, deklinacja i koniugacja, powstają zbitki czy kalectwa słowne; są to zwykle doprowadzone do skrajności i niedbale jakby, niewłaściwie, użyte wypowiedzi języka mówionego. Jest to w polszczyźnie szczególnie perfidne: język polski ze względu na swą bogatą fleksję i swobodne słowotwórstwo jest o wiele „luźniejszy” od – powiedzmy – francuskiego; wyobraźmy sobie więc zabawę Raymonda Queneau do kwadratu. Jakiego trudu podjął się Erik Veaux! Stąd też określenie słownego satanizmu, którym uraczył Białoszewskiego Sandauer, wierny awangardowemu konstrukcjonizmowi.
Oryginalność Białoszewskiego zasadza się jednak raczej na skromności – czy pokorze! – z jaką pisarz godzi się posługiwać mową ludzi, których nieszczęście zgniotło do granic ludzkiej wytrzymałości. To cierpienie, nie kunszt, wykoleja nieustannie wypowiedź. Dlatego Białoszewski gubi czy przekręca słowa i zdania, czyni język nieporadnym albo przeciwnie – zbędnie zagadkowym lub porażonym przez strach albo udrękę. To, co znawcy i pięknoduchy brali za wyrafinowaną zabawę, odsłoniło się w końcu gorzkim owocem nieopisanego cierpienia. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl