Trzy miejsca

B. MORIS MAURIN

 

Prawdę mówiąc, Boże Narodzenie długo było dla mnie świętem, w którym wszystko się mieszało. Trzeba się było cieszyć, urządzać uroczystość – a we mnie panowała pustka. Tak naprawdę Narodziny Jezusa stały się dla mnie ważne, gdy uwierzyłem i zacząłem praktykować. I kiedy wkrótce potem wstąpiłem do zakonu Małych Braci Jezusa.

Maroko
Kilka lat temu poproszono mnie o udział w ankiecie „Moje święta Bożego Narodzenia”. Opowiedziałem o czasach, gdy jako młody zakonnik przebywałem w krajach muzułmańskich – najpierw w jednej z saharyjskich oaz, potem w Maroku. Przez kilka lat z dwoma innymi braćmi mieszkaliśmy w rozległych slumsach. Na około sto tysięcy mieszkańców byliśmy tam jedynymi chrześcijanami. Żyliśmy zanurzeni we wszechobecnym islamie. Wezwanie do modlitwy płynące z wież minaretów pięć razy dziennie schodziło w głąb naszej małej kaplicy: „O wy, wierzący, przyjdźcie na modlitwę, przyjdźcie wielbić Allaha. On jest wielki, bardzo Miłosierny...”. Odczuwałem dziwny rodzaj fascynacji tym społeczeństwem, w którym wszystkie życiowe akty podporządkowane są Prawu Wszechmocnego. Wiele osób żyjących w kraju muzułmańskim ulega czarowi islamu. Karol de Foucauld uważał się jeszcze za niewierzącego, gdy mieszkał w Algierii wraz z żołnierzami muzułmańskimi, którzy pięć razy dziennie padali na twarz, aby modlić się i czcić Boga. W pewnym sensie to oni doprowadzili go do pytania: „A jeżeli Bóg rzeczywiście istnieje?” 
W marokańskiej kapliczce obecność Jezusa w Eucharystii była naszą siłą i pokojem. W okresie Bożego Narodzenia przeżywaliśmy tajemnicę Wcielenia szczególnie mocno. Oto w najgłębszej prostocie i ciszy sam Bóg przychodzi do nas. Staje się obecny pod postacią słabego Niemowlęcia, które jest Miłością. A wokół nas nikt o tym nie wie i nawet się tego nie domyśla! Naszej radości towarzyszył więc smutek, że z nikim nie możemy jej dzielić. Wszystko nas łączyło z naszymi sąsiadami – mieszkanie, praca, sposób życia, wiele gestów wzajemnej życzliwości. A jednocześnie rozdzielała nas głębina.
Jezus (Aissa), syn Maryi Dziewicy (Miriam), jest w islamie znany i czczony jako jeden z proroków – Najświętszy, ale tylko prorok. Wcielenie jawi się jako wielka herezja, która zupełnie przekreśla Transcendencję Boga. Bóg jest tak wysoko, że człowiek nie ma nawet prawa Go kochać, bo w ten sposób mógłby Go zbrukać. Muzułmanin może jedynie kochać Prawo Boże i jemu się podporządkowywać.
Koran mówi o cudownej nocy, podczas której niebo się otworzyło, by przekazać ludziom objawienie. Na jej pamiątkę cały świat muzułmański świętuje „Leyla al quadr” – noc przeznaczenia. W tę tajemniczą noc, kończącą miesięczny post Ramadanu, wspomina się czas, gdy anioł Gabriel zstąpił z nieba, by objawić Mohammedowi słowa Allaha. Po nocnej modlitwie rodzice rozdają dzieciom słodycze, aby zrozumiały, jak słodkie są słowa aniołów.
Ale przecież wielką Tajemnicą wiary chrześcijańskiej jest fakt, że sam Bóg staje się jednym z nas. Podejmuje rzeczywistość naszych ludzkich uwarunkowań, akceptując nawet odrzucenie, cierpienie i śmierć na krzyżu, „który jest zgorszeniem dla Żydów (i dla muzułmanów), a głupstwem dla pogan” (1 Kor 1,23).
W Maroku często rozmawiałem z muzułmanami – w atmosferze intymności i zaufania, jakie wytwarza przyjaźń – na temat tych tajemnic chrześcijaństwa, które ich zbijają z tropu, a nawet gorszą. W ich głosie wyczuwałem czasem żal – darzyli mnie prawdziwą przyjaźnią, ale jako poganina, który nie może być zbawiony. A wystarczyłoby tylko wypowiedzieć formułę wiary muzułmańskiej i – ileż razy to słyszałem! – „nasza przyjaźń będzie trwała, bo razem znajdziemy się w raju”.
Pewnego wieczoru złożył nam dyskretnie wizytę młody muzułmanin, student filozofii i teologii muzułmańskiej na słynnym uniwersytecie w Fes. Profesor komentował traktat o jedyności Boga pióra wielkiego myśliciela muzułmańskiego El Ghazali: „Bóg jest jeden jedyny, nie może On ani zrodzić, ani być zrodzonym...”. Aby lepiej krytykować chrześcijańskie dogmaty o Wcieleniu i o Trójcy, uważane przez muzułmanów za bardzo poważne herezje, El Ghazali cytuje Prolog św. Jana, czytany podczas Mszy w dniu Bożego Narodzenia: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo... Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami” (J 1,1-14).
Piękno tego tekstu zanurzyło młodego człowieka w tajemnicę Wcielenia. Znał już historię mistyka muzułmańskiego El Halladża, który został ukrzyżowany w 992 roku w Bagdadzie za oświadczenie, że Bóg jest Miłością. Jeśli zaś Bóg jest Miłością, Miłość jako Bóg nie ma granic, a zatem... Pytania zachęciły młodego Marokańczyka do przeczytania dalszego ciągu Prologu. Gdzie jednak zaopatrzyć się w tekst Ewangelii? Dlatego do nas przyszedł.
Byliśmy nieufni. W Maroku, podobnie jak w wielu innych krajach muzułmańskich, nawracanie muzułmanina na inną religię jest surowo zakazane. Wizyty powtarzały się jednak, zawsze późnym wieczorem. Chłopiec przyzwyczaił się do trzech młodych chrześcijan, a my przyzwyczailiśmy się do niego. Po raz pierwszy zdarzyło nam się, że muzułmanin zainteresował się osobą Jezusa w ten sposób. Skontaktowaliśmy go wreszcie z pewnym jezuitą, który mógł mu udzielić bardziej pogłębionej nauki.
W rezultacie młodzieniec poprosił o chrzest. Musiał opuścić kraj, rodzinę, bogatą kulturę marokańską... Wysoką cenę trzeba było zapłacić za skarb wiary w Jezusa. „Przecież nie na żarty cię umiłowałem” – powiedział Jezus do św. Anieli z Foligno. 
Dzięki atmosferze muzułmańskiego kraju mogłem odkryć, czym było i jest Narodzenie Jezusa. Wobec tego cudu Miłości mogę tylko trwać w oczarowaniu, chłonąć światło, które mnie oczyszcza, nawraca, wypełnia miłością. W Jezusie, niemowlęciu – bez wątpienia bardzo pięknym, ale jakże podobnym do mnóstwa innych dzieci – jest Syn Boży, sam Bóg!

Paryż
Wiele lat później na polecenie przełożonego powróciłem do Paryża, miasta które opuściłem przed ponad 25 laty, aby pójść za Jezusem.
Paryż – miasto światła i nieszczęść, sztuki i nędzy, wielkiego grzechu, ale i wielkiej świętości! Paryski plac Pigalle – dzielnica nocnych lokali i prostytucji – usytuowana jest u stóp Montmartre, Góry Męczenników. Na wzgórzu wznosi się bazylika Najświętszego Serca, do której od 130 lat gromadnie, dniem i nocą, przychodzą ludzie, aby adorować Najświętszy Sakrament.
W rejonie placu Pigalle żyje Yvar, jeden z naszych braci. Kiedyś, jako mały brat Jezusa pływał na statkach norweskich. Problem z kolanem zmusił go do powrotu na ląd. W Paryżu znalazł pracę jako „kelner” w restauracji „Siloé” przy placu Pigalle. Było to bardzo specjalne miejsce. Na pierwszym piętrze znajdowała się kaplica. Personel składał się z wychowawców, którzy pracowali z młodymi narkomanami i prostytutkami, pomagając im wyjść z błędnego koła, w które się zaplątali.
Z czasem Yvara wysłano na emeryturę. Pozostaje w ścisłej więzi ze współbraćmi, ale mieszka sam, w malutkim mieszkaniu blisko placu Pigalle. Rano modli się, czyta Pismo Święte i książki teologiczne. Po południu odwiedza przyjaciół w szpitalach lub więzieniach (narkotyki i AIDS sieją spustoszenie!). Wieczorem przyjmuje tych, którzy go potrzebują. Wizyta u Yvara uczy. Można tu spotkać wielu zranionych życiem. Dawna prostytutka, bardzo zmęczona tym, co przeżyła, ale pełna zdrowego rozsądku. Chłopak koło trzydziestki siedzi na podłodze oparty o ścianę – jest w końcowej fazie AIDS. Dziewczyna z mieszczańskiego środowiska, która uciekła z domu w narkotyki. Uciekła również ze szpitala, a Yvar zachęca ją do powrotu. Wszyscy ci ludzie są ze sobą na „ty”. Niektórzy – stali bywalcy – znają się dobrze i zapraszają innych, którzy przechodzą trudne momenty.
Yvar nie udaje wychowawcy ani psychologa. Jest bratem, który umie słuchać i patrzeć z pokorą, współczuć, doradzić. Wie, iż nie może zmienić biegu ich życia, ale potrafi szybko interweniować, gdy uznaje to za konieczne i możliwe. Nie jest sam – najpierw dlatego, że w modlitewnym kąciku-kaplicy obecny jest Najświętszy Sakrament, ale również dlatego, że grupa świeckich i zakonnic pracuje razem z nim. Lekarze są gotowi przyjść z pomocą, rodziny – przyjąć kogoś do domu, gdy tylko Yvar zatelefonuje. Brat stał się zwornikiem między zranionymi „grzechem świata”, a tymi, którzy pragną im pomóc.
Kilkakrotnie świętowaliśmy razem Boże Narodzenie. Wigilia, wielka, wypożyczona sala. Ludzie z Pigalle: prostytutki, transwestyci, pomagające rodziny, dzieci, dwie czy trzy zakonnice ubrane po świecku. Wielka choinka, masa świec. 
Kiedyś przewodniczył tym uroczystościom biskup pomocniczy Paryża, Albert Rouet, dziś biskup Poitiers. Powiedział: „Przepraszam was za surowe osądy i pogardę, jakich mogliście doświadczyć ze strony chrześcijan i ludzi Kościoła...”. Potem padały słowa o tajemnicy miłości Boga, która skłoniła Go do stania się jednym z nas, o mocy tej miłości, która objawia się w słabości i pokorze Dzieciątka. Słuchałem, patrzyłem. Widziałem twarze uczestników. Zadziwiające towarzystwo, mała cząstka Ludu Bożego w całej swej różnorodności. Wszyscy ramię w ramię. Z utkwionymi w biskupa, wzruszonymi oczami, które zdawały się pochłaniać jego słowa. Serca przepełniały się światłością tajemnicy miłości Boga. Miłość i pokora Boga obejmowały naszą nicość, przenikały ją i unosiły w górę, aż do Niego.
Bóg pierwszy wychodzi naprzeciw. Nasza odpowiedź jest drugorzędna, zależy od szczerości i pokory serca każdego z nas. „Nie przyszedłem wzywać do nawrócenia sprawiedliwych, ale grzeszników” (Łk 5,32) – powtarzał Jezus. Mówił też: „Celnicy i nierządnice wejdą przed wami do Królestwa Niebieskiego” (Mt 21,31). Oczywiście nie dlatego, że są prostytutkami, ale dlatego, że Bóg przyszedł do tej otchłani zła, a one odpowiedziały na Jego wezwanie. Nasze grzechy przyciągają nieskończone miłosierdzie Boże. Tak, jakby przepaść wydrążona w duszy przyciągała otchłanie Miłosierdzia Bożego i czyniła ją bardziej zdolną do spalenia się w płomieniach miłości. „Przepaść przyzywa przepaść hukiem swych potoków...” (Ps 42,8).
W swej miłości i pokorze Jezus dochodzi aż do utożsamienia się z cierpiącymi, pogardzanymi, odrzuconymi: „Byłem głodny... byłem spragniony... byłem chory... byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” (Mt 25,35-36). To powinno nas na zawsze powstrzymać od wydawania sądów o innych. Jest to przewartościowanie wartości. Świat na odwrót. „Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie... Biada wam, gdy wszyscy chwalić was będą” (Łk 6,20-26).
Biskup mówił dalej: „Żyjecie w środowisku naznaczonym bólem i cierpieniem, w środowisku, do którego nie mogę dotrzeć... Jestem biskupem, a więc posyłam was, Kościół was posyła do tego środowiska, aby nieść do niego, i w nim przeżywać, orędzie miłości i miłosierdzia Jezusa...”. Słyszałem dobrze, biskup powiedział: „ja was posyłam”. Dwie prostytutki też usłyszały te słowa. W kilka dni później zaopiekowały się nieletnią dziewczyną z południa Francji, która, przyjechawszy do Paryża, weszła już na drogę prowadzącą wprost do prostytucji. Zaryzykowały wiele, pomagając jej wrócić do rodziny.
Noc pokoju i braterstwa, wszyscy czują się szczęśliwi. Nie, nie wszyscy. Siedziałem obok Diny, prostytutki nie bardzo już młodej. Z płaczem opowiadała o swoim nieszczęściu. Jej dwudziestoletni syn, narkoman, znalazł się w więzieniu. Składała mu wizyty, podczas których udawało jej się przemycić narkotyk. W przeddzień Wigilii została przyłapana i odtąd zabroniono jej odwiedzin. Powtarzała: „To za wiele, to już koniec... jutro się zabiję”. Patrycja, kobieta, której udało się wyzwolić, próbowała dodać koleżance odwagi: „Nie mów tak, nigdy nie ma ostateczności... nie możesz tego zrobić... Znasz mnie, wiesz, co przeżyłam, a wydobyłam się z tego. Trzymaj się! Spójrz wokół, nie jesteś sama, to Boże Narodzenie, ty też powinnaś mieć nadzieję”. W duchu usiłowałem się modlić...
Ja, mały brat Jezusa powołany do życia kontemplacyjnego, zostałem zanurzony w misterium obecności Boga w ludzkim życiu, w przeznaczeniu człowieka, jego cierpieniu i nadziei.

Brzeska
Teraz jestem na warszawskiej Pradze. W domu przy starej ulicy Brzeskiej, razem z polskimi braćmi i sąsiadami, z którymi czuję się głęboko związany, przeżywamy coś zupełnie innego, a jednocześnie bardzo podobnego w gruncie rzeczy. Przed kilku laty nasz ówczesny proboszcz, ks. Mikulski, zorganizował „Wigilię na Brzeskiej” w podwórzu kamienicy, przy której mieszkamy. 
Strażacy przynieśli olbrzymią choinkę. Rozpalono ognisko, przy którym można się było ogrzać – było dość mroźno. Trochę wprawiała w zakłopotanie ekipa telewizyjna, ale co było robić? Mało młodych. Z pewnością dlatego, że wiele rodzin pozostało u siebie, by w rodzinnym gronie obchodzić Wigilię. Ale i tak przyszło sporo ludzi z naszej ulicy, mniej lub bardziej samotnych, często znanych nam tylko z widzenia.
Zabrzmiało kilka kolęd odśpiewanych niezupełnie czysto (nic nie szkodzi, bo każdy wkładał w to serce). Odczytano Ewangelię. Proboszcz wygłosił homilię, której w miarę uważnie wysłuchano. Jeszcze przed odgrzanym u nas bigosem z bułeczką i gorącą herbatą, wszyscy złożyli sobie życzenia i połamali się opłatkiem. Trwało to dość długo i było czymś więcej niż tylko tradycyjną formalnością. W klasyczne formuły „Wesołych Świąt”, „Wszystkiego najlepszego!” każdy wkładał serce. Coś bardzo prostego i przez to właśnie godnego i wzruszającego. Niektórzy wymieniali uścisk. Niezależnie od tego, jakie rany zadało życie każdemu z nich, pełne powagi uśmiechy przywracały im godność dzieci Bożych.
Ludzie, zwłaszcza ludzie ubodzy, mają różne potrzeby. Chcą być nakarmieni, ubrani, chcą mieć pracę, otrzymać wykształcenie... Ale przede wszystkim potrzebują uznania za osoby, które mają swoją godność: „chcą być kochani, chcą, by ich uznawano, traktowano jak ludzi, aby uszanowano wszystkie wartości, które jako osoby posiadają. Dlatego też nie wystarczy powiedzieć im »kocham was«. Nie wystarczy też praktykowanie wobec nich dobroczynności. Trzeba z nimi być, przebywać wśród nich w najgłębszym znaczeniu tego słowa” (Jakub i Raissa Maritain „Kontemplacja w świecie”, str. 122, W drodze 1994). 
Patrzyłem na te twarze. Miałem wrażenie, że nie tylko ognisko czy telewizyjny reflektor rozświetlały je. Także odrobina wewnętrznej radości. „Radujmy się wszyscy razem w Panu, dzisiaj narodził się nam Zbawiciel. Dzisiaj prawdziwy pokój zstąpił z nieba na ziemię” (Antyfona z Pasterki).


B. Moris Maurin

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl