Komentarze

 


Józefa Hennelowa Glosa do listu biskupów o rodzinie

Wojciech Pięciak O rozumieniu demokracji

Krzysztof Kozłowski Rządowa Agencja Prasowa 

 

 

 

 




  
Glosa do listu biskupów o rodzinie

Najbardziej dramatyczne zdanie w Liście Episkopatu na pierwszą po Bożym 
Narodzeniu niedzielę Świętej Rodziny brzmi: „Współczesnej rodzinie, przeżywającej lęk o chleb, o możliwość szkoły dla dzieci, a w wielu wypadkach także o dach nad głową, proponuje się rozwiązania niemoralne i pozbawione jakiejkolwiek wrażliwości. (...) Sugeruje się rodzinie: jeśli brakuje ci chleba, zabij swoje dziecko”. Jest ze wszech miar zrozumiałe, że biskupi z takim niepokojem przyjmować muszą sygnały o zamiarach zliberalizowania ustawy chroniącej nienarodzonych. Jest jednak równie oczywiste, że lęk o jutro w sytuacji obecnego kryzysu w Polsce – sprawiający, że decyzja o rodzicielstwie oznacza tak często wręcz heroizm – domaga się od wspólnoty wiernych czegoś więcej niż przestrogi: domaga się także zwiększenia wzajemnej pomocy, realnej i jeszcze lepiej niż dotąd zorganizowanej oraz adresowanej. Istnieje wszak od wielu lat Fundacja Ochrony Życia, utworzona u początku starań o ustawę antyaborcyjną; powinniśmy ją teraz przypomnieć i ożywić. 
Również protesty przeciwko brakom w planowanej pomocy społecznej państwa muszą nosić znamiona realizmu. Wydaje się, że akurat oprotestowywanie rządowej decyzji o skróceniu urlopów macierzyńskich tych znamion nie posiada. Nie jest to bowiem świadczenie dla rodziny najważniejsze, choćby dlatego, że nowe, dopiero co podarowane przez poprzedni rząd (bez żadnej troski o skutki materialne; a do tych skutków, o czym ostrzegano, należy akurat większa dzisiaj niechęć pracodawców do zatrudniania młodych matek – czy szerzej nawet: młodych kobiet, które wkrótce mogą zajść w ciążę – a więc pośrednio zwiększanie perspektyw bezrobocia, nie zaś zapobieganie mu, jak zdają się mniemać autorzy listu pasterskiego). Zresztą kryzys finansów publicznych nie jest czymś, co da się tylko oprotestować: musi być przyjęty do wiadomości i potraktowany jako rzeczywistość, w której niejedno słuszne roszczenie poczekać musi po prostu na lepsze czasy. Wszak kościelne agendy charytatywne i parafie najlepiej wiedzą, że dzielić można to tylko, co się posiada – i tak właśnie działają.
Zrozumiały jest niepokój duszpasterski wobec nieodpowiedzialnych propozycji zastąpienia wychowania do odpowiedzialności liberalnymi instrukcjami. Stąd taką wagę ma – zawarty także w Liście na niedzielę św. Rodziny – apel biskupów do rodziców o troskę wychowawczą i przeciwstawianie się wpływom przemysłu rozrywkowego. Warto jednak dodać, że każdy sprzymierzeniec w staraniach o rodzinę może okazać się pożyteczny. Stąd znakiem zapytania chciałoby się opatrzyć zastrzeżenia, jakie w Liście zgłoszone zostały przeciw „ustawodawstwu i urzędnikowi, który dopilnuje równego statusu mężczyzny i kobiety”. Czy rzeczywiście jest to groźba, i czy „stos skarg i interwencji”, jakże koniecznych, niestety, wobec szerzącego się smutnego zjawiska przemocy w rodzinie, w jakikolwiek sposób uniemożliwi równoległe duszpasterskie i chrześcijańskie staranie o rodzinę pełną szacunku i miłości? Mogłyby to być przecież działania równoległe, dopełniające się – i kierowane tą samą troską o jedną z największych wartości, jaką w życiu polskim nadal pozostaje rodzina.
 

Józefa Hennelowa

 




O rozumieniu demokracji

„Samoobrona” weszła do parlamentu, ma poparcie społeczne, jest zatem par-
tią demokratyczną i należy traktować ją jak inne ugrupowania – taki pogląd słyszymy z ust polityków lewicy i prawicy, i to nawet teraz, po „sprawie Leppera”. Nic bardziej błędnego.
Wydawałoby się, że po doświadczeniach z totalitaryzmami XX wieku, które drogę do władzy torowały sobie w warunkach demokratycznych (Niemcy, Włochy), powszechna, także w Polsce, powinna być świadomość – silna na Zachodzie – że demokracja to nie tylko arytmetyka, ale także akceptacja dla jej zasad, dla porządku wolnościowego i prawa (to właśnie oznacza pojęcie: kultura polityczna). Tymczasem w Polsce demokrację interpretuje się, niestety, inaczej. Nasze rozumienie demokracji, powszechne zresztą w ogóle w krajach postkomunistycznych Europy Środkowej i Wschodniej, jest formalne: uważamy, że partia jest demokratyczna, jeżeli sama się tak określa, jest legalna i ma sukcesy wyborcze. 
Tymczasem „Samoobrona” jest partią antydemokratyczną: ma niedemokratyczną organizację wewnętrzną (to partia „wodzowska”, w której nie działają mechanizmy wyboru, lecz decyduje zdanie szefa). Po drugie, politycy „Samoobrony” mają w pogardzie demokrację i publicznie zapowiadają, że po zdobyciu władzy zrobią wreszcie „porządek” (bywa, że z ust Leppera pada słowo „dyktatura”). Po trzecie, politycy i zwolennicy „Samoobrony” wielokrotnie łamali prawo bądź wzywali do jego łamania i unikali stawania przed sądami – co umożliwia im bezradność policji i wymiaru sprawiedliwości. Słabość tę można tłumaczyć historycznie – np. że policjanci i sędziowie boją się oskarżeń o prześladowanie polityków – ale tłumaczyć nie znaczy usprawiedliwiać. Przeciwnie: państwo demokratyczne nie może być państwem słabym. Po czwarte, „Samoobrona” stosowała przemoc, nie tylko podczas blokad. Po piąte, otrzymywała wsparcie z zagranicy (Instytut Schillera), co jest zakazane; z tego powodu na początku lat 90. UOP proponował – niestety, bez skutku – wszczęcie procedury delegalizującej „Samoobronę” (o Instytucie Schillera i jego twórcy patrz artykuł obok – red.). Wszystko to pozwala postawić tezę, że choć Lepper w swym sejmowym wystąpieniu – podczas którego (to po szóste) zaatakował system polityczno-gospodarczy Polski – powoływał się na konstytucję, to w istocie jego partia ma charakter antykonstytucyjny, a działania jej polityków i zwolenników zmierzają do naruszenia porządku ustrojowego. Są, mówiąc krótko, zagrożeniem dla państwa.
Polska jest, owszem, w Europie. Ale pod względem „uzachodnienia” naszej demokracji jest jeszcze sporo do zrobienia. Czy to się uda, zależy także od tego, jak potraktowany zostanie przypadek Leppera i „Samoobrony”. Trafnie zauważył Włodzimierz Cimoszewicz: nie należy mylić fotela wicemarszałka Sejmu z ławą oskarżonych. Gdzie jest miejsce Leppera, o tym powinien zadecydować wreszcie sąd, a właściwie sądy, zważywszy na liczbę toczących się przeciw niemu spraw. A Sąd Najwyższy powinien rozpatrzyć, czy „Samoobrony” nie należałoby zdelegalizować. Nie w celu ograniczania, ale obrony demokracji. 

Wojciech Pięciak

 


 

 

 


Rządowa Agencja Prasowa

Co każda władza (zdaniem SLD) powinna mieć w ręku? Oczywiście służby 
specjalne, telewizję i agencję prasową. Przyszła więc kolej na Polską Agencję Prasową. 
Blisko dziesięć lat temu rząd Hanny Suchockiej rozpoczął żmudny proces przekształcania agencji rządowej i zarazem jednostki budżetowej, jaką była PAP, w krajową agencję sprzedającą kompletne, obiektywne i bezstronne informacje, przede wszystkim mediom oraz instytucjom państwowym, samorządowym i finansowym. Zróżnicowanie serwisów i odpowiedni system informatyczny miał uniezależnić PAP od pieniędzy państwa i powstrzymać marginalizację Agencji. PAP była za droga dla małych mediów, a te większe dysponowały już własnymi korespondentami i szybszym obiegiem informacji. W 1997 r. przyjęto wreszcie ustawę przekształcającą PAP tymczasowo w jednoosobową spółkę akcyjną skarbu państwa, która po roku 2000 miała zostać spółką akcyjną z 51 proc. udziałem Skarbu Państwa. Agencja nadal nie byłaby pozarządowa, ale pojawiła się szansa na zerwanie z jej politycznym sterowaniem – akcjonariuszami poza skarbem państwa byłyby teraz przede wszystkim czołowe przedsiębiorstwa prasowe, telewizyjne i radiowe. Było to o tyle realne, że PAP zaczęła być ostatnio na plusie. 
Ale minister skarbu Wiesław Kaczmarek zachowuje czujność: „nie widzę sensu prywatyzacji Polskiej Agencji Prasowej” – oświadczył niedawno. Kończy się bowiem kadencja rady nadzorczej PAP, będzie można wymienić kierownictwo na właściwe, więc po co pozbywać się takiego instrumentu prowadzenia własnej polityki? A to, że w krajach demokratycznych nie ma zazwyczaj rządowych (właścicielem PAP jest w tej chwili wyłącznie Ministerstwo Skarbu) agencji informacyjnych, bo z natury nie mogą być one obiektywne, dla ministra nie ma znaczenia. Widocznie myli biuro prasowe rządu z krajową agencją informacyjną.

Krzysztof Kozłowski

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52, 23-30 grudnia 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl