Chrystus się rodzi

KS. ADAM BONIECKI

 

P rzed Świętami zjawiały się w domu opłatki. Kruche, prostokątne pliki, z kolorową, papierową opaską. Na opasce była gwiazda, szopka... Opłatki białe i... zielone. W każdym pliku, na samym dnie, jeden, może dwa zielone. Wiedziałem: białe były dla ludzi, zielone dla bydła. Wiedziałem, że w noc Bożego Narodzenia gospodarz szedł do obory i zielonymi opłatkami dzielił się z krowami. Tylko z krowami, z końmi chyba się nie dzielił, świnie nie wchodziły w grę, kóz jeszcze nie mieliśmy, pojawiły się dopiero w czasie okupacji. Nigdy nie zabrano mnie na tajemniczy obrządek dzielenia się opłatkiem z krowami, które właśnie wtedy miały mówić ludzkim głosem, więc nie mogę zaręczyć, że mówiły. Po wojnie nie mieliśmy już krów, ale też nie widziałem i zielonych opłatków, choć nie sądzę, by po wojnie krowy w noc Bożego Narodzenia nie miały nic do powiedzenia.
Często się zastanawiam, skąd ta opowieść, skąd ta wiara? I potem, na Pasterce, patrząc od ołtarza na szczelnie zapełniający kościół tłum, wdychając lekki powiew alkoholu, zastanawiając się, dlaczego właśnie na Pasterkę przychodzą ci wszyscy, którzy zwykle nie przychodzą, dochodziłem do wniosku, że przychodzą dlatego, bo w tę noc można się nie bać, nawet jeśli nie jest się całkiem w porządku. W noc, upamiętniającą narodzenie Dzieciny, przy śpiewie kolędy każdy może być spokojny, że ksiądz nikogo nie będzie beształ, bo groźny Bóg objawił się w postaci niemowlęcia. Ono swoją bezbronnością rozbraja. Bydlęta zaczynają mówić ludzkim głosem, a ludzie sobie przypominają, że są ludźmi i na dnie serca znajdują ludzkie uczucia.
Boże Narodzenie – to prezenty. Dawanie podarków zachowuje jakąś magiczną wymowę. Podczas pierwszej papieskiej podróży do Zairu był jakiś wolniejszy moment. W Kinszasie otaczała nas, dziennikarzy, grupka młodzieży chętnej do nawiązania kontaktu z przyjezdnymi. Poprosiłem ich, by pokazali mi coś ciekawego w mieście. Wyruszyliśmy więc i okazało się, że gawędząc wędrowaliśmy kolejno do ich domów. W każdym rytuał był podobny. Niski stolik, fotele, rozmowa z rodziną i na zakończenie, w każdym domu wręczenie gościowi podarunku, afrykańskiego drobiazgu, makatki, rzeźby i tak dalej. Grupka topniała, bo ci, u których byliśmy, nie szli dalej. Zaczęliśmy od domów bogatych, wręcz luksusowych. W końcu zostaliśmy już tylko ja i jeden chłopak. Dzielnica była biedna, domek niski i skromny. Długa rozmowa (długa, bo czekaliśmy, aż wróci jedno z dzieci posłane po piwo) dobiegała końca. Patrzyłem na gospodarza. Rozglądał się po izdebce. Widziałem, że jest przerażony, bo nie wie, co podarować gościowi. I nagle wyraz ulgi na twarzy. Poszedłem za jego wzrokiem. Na półce pod oknem, wśród rupieci, stał zmyślnie zmajstrowany z bambusa kielich. Gospodarz zdecydowanym ruchem owinął go w starą gazetę i z błyskiem radości w oku wręczył mi zawiniątko. Tamte inne, ładne przedmioty szybko rozdałem przyjaciołom, kielich długo stał u mnie. Dopiero po latach, chcąc dać nadzwyczaj mi bliskim nowożeńcom coś naprawdę cennego, dałem im ten kielich na prezent ślubny.
Dlaczego podarki właśnie na Boże Narodzenie? Dlatego, że radość z Daru narodzenia Syna Bożego. Obdarowany chce się dzielić radością. Normalne. Czy o tym się pamięta? Nie wiem, po co się miesza Boże Narodzenie ze świętym Mikołajem. Święty Mikołaj świętym Mikołajem, a Boże Narodzenie Bożym Narodzeniem. Kto wie, o co tu chodzi?... Irytująca jest też nerwowość straganów na krakowskim Rynku, kiedy już w adwencie słychać tam z głośników „Bóg się rodzi” i inne kolędy. Chwileczkę, mam ochotę powiedzieć, jeszcze jest adwent. Choinki, kolędy, prezenty – kiedy czas oczekiwania się skończy? Może już nikt nie pamięta, o co chodzi... W niektórych językach Bożego Narodzenia nie ma nazwy tak wyraźnej jak w polskim. Włoskie „Natale” – „narodzenie” (czyje?), francuskie „Noël”... i się okazuje, że niektórzy ludzie zapytani na ulicy przez ankieterów nie potrafią odpowiedzieć, czego te święta dotyczą.
Dobrze, jeśli przynajmniej pozostała radość, poczucie bezpieczeństwa, bliskość, nawet kiedy sens zaginął. Ślad pozostał. Idąc po śladach czasem można coś odnaleźć.
Życzenia. Jeśli nie są to banalne życzenia zdrowia i wesołości na dwa dni (świąt), życzenia mają w sobie moc magiczną. Wypowiada się je z namysłem, szukając tego, czego się pragnie, dokładnie tak, jakby wypowiedziane miały moc sprawczą. To coś więcej niż wyraz dobrych uczuć. Życzenia mają w sobie coś ze starych żydowskich błogosławieństw. Także przemyślanych i dokładnych. Tyle że błogosławieństwa – to modlitwa. Może pierwotnie życzenia były rodzajem błogosławieństwa?
Te zwyczaje, tradycje powstawały wokół Tajemnicy Betlejemskiej. Szopkę np. wymyślił dopiero św. Franciszek. Urządzona w Greccio była taka, jak w Mwange w Rwandzie: żywe osoby i zwierzęta. Potem żywe osoby zastąpiono figurami z drewna, częściej – z gipsu i znak można było powielać (odlewać) w nieskończoność. Co będzie ze znakami zdewaluowanymi przez nadmiar, co z tymi, które zaczynają żyć własnym życiem i odrywają się od tego, co miały znaczyć?...
Ale o znaki się nie martwię. Gdyby chodziło tylko o wspominanie czegoś, co się zdarzyło dwa tysiące lat temu, byłoby szkoda. Ale przecież Ten, który przyszedł – wciąż przychodzi, narodzony w Betlejem, wciąż się rodzi. Znaki? Nawet zlaicyzowane tradycje i obrzędy oderwane od korzeni wciąż zachowują te trzy elementy: tęsknotę za bezpieczeństwem i za ludzkim głosem, potrzebę dzielenia się radością oraz dobre jak błogosławieństwo życzenia. Nie jest więc tak źle. Chrystus się rodzi. Wciąż się rodzi.

Ks. Adam Boniecki

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl