Dla dobra pacjentów?

Tomasz Potkaj



Minister zdrowia Mariusz Łapiński przystąpił do odchudzania list leków refundowanych przez budżet. A przy okazji wypowiedział wojnę koncernom farmaceutycznym. Niestety: jej ofiarą padli najpierw pacjenci. 


„Jak można oszczędzać na zdrowiu?” – Andrzej Bauman, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków z siedzibą w Bydgoszczy, nie kryje oburzenia. Ma 58 lat, od 30 choruje na cukrzycę. Perspektywę płacenia 32 zł za paczkę pasków do glukometrów, dostępnych teraz za 2,50 zł, Bauman określa słowem: skandal. Chorzy na cukrzycę muszą czasem kilkakrotnie w ciągu dnia mierzyć poziom cukru we krwi, paski są jednorazowe i nie da się ich niczym zastąpić. Dla rodziny cukrzyka skreślenie pasków z listy leków refundowanych to wzrost wydatków nawet o 100 zł miesięcznie. „Po wejściu w życie nowych zasad refundacji leków (...) grozi nam, że poziom opieki diabetologicznej w Polsce drastycznie się obniży” – list tej treści, wysłany w imieniu 4 milionów polskich diabetyków, trafił do ministra, premiera i prezydenta. 
Andrzej Bauman nie liczy jednak na siłę perswazji: w ciągu ostatnich 4 lat ministerstwo zdrowia nie odpowiedziało na żaden list stowarzyszenia. A minister Łapiński twierdzi, że pasków w Polsce zużywa się za dużo. „Dlaczego my, chorzy, jesteśmy stawiani w takiej sytuacji? – irytuje się Bauman. – Dlaczego minister nie porozumie się z firmą farmaceutyczną, która produkuje paski? Wbrew twierdzeniom ministra, nie było żadnych konsultacji. Nas przynajmniej nikt nie pytał”.
Na kilka dni przed ogłoszeniem pełnej listy leków refundowanych w aptekach i hurtowniach skończyły się zapasy pasków do glukometrów. 
Ministerstwo wycofa się z refundowania bądź znacznie ograniczy wydatki także na ponad 400 innych leków. W ten sposób minister chce zaoszczędzić 1,3 miliarda zł rocznie. 

CO ROK DROŻEJ 

Polacy wydają rocznie na leki ponad 10 miliardów zł i wartość rynku leków systematycznie rośnie, ale liczba sprzedanych opakowań jest taka sama jak 12 lat temu. Co oznacza jedno: leki są z każdym rokiem droższe. Jednak przeciętny Polak wydaje na nie tylko 70 dolarów rocznie, podczas gdy Japończyk czy Francuz 500. Leki są u nas tańsze niż w krajach UE: średnia cena opakowania to w Polsce 1,5 dolara, we Francji 9. 
Niestety, dla pacjentów niewiele z tego wynika. Problem polega na tym, że udział pacjenta w odpłatności za leki należy w Polsce do najwyższych w Europie i wynosi 60 proc. ceny lekarstwa. Tymczasem według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) udział przekraczający 50 proc. oznacza utrudniony dostęp do leków. 
70 proc. z tych 10 miliardów wydaje się na leki importowane. Większość jest 3–4-krotnie droższa niż leki polskie, większość też ma polskie odpowiedniki. Odpowiedniki (tzw. leki generyczne) są tańsze, bo choć zawierają tę samą co lek oryginalny substancję czynną, przy rejestracji leku producent może się oprzeć na wynikach badań, prowadzonych przy rejestrowaniu leku oryginalnego – co obniża koszty. 
Z punktu widzenia pacjenta to, czy lek jest droższy czy tańszy, może nie mieć znaczenia, bo różnicę między ceną leku a opłatą pacjenta dopłaca budżet państwa – do wysokości limitu, wyznaczonego przez ministerstwo zdrowia. Istnienie listy refundacyjnej jest więc elementem polityki lekowej państwa. Ale także tu polityka państwa jest niespójna. Listy refundacyjne nie były zmieniane od kilku lat, choć konieczność zmian – np. przez usunięcie z list leków przestarzałych i zastąpienie nowszymi – w środowisku medycznym nie podlega dyskusji. 
Jesienią 2001 minister Łapiński zapowiedział, że zrobi porządek z listami. Przy okazji wytoczył działa przeciw koncernom farmaceutycznym, chcąc zmusić je do obniżenia cen. Narzędziem w ręku ministra jest właśnie lista refundacyjna. To groźna broń: wycofanie leku z listy oznacza dla producenta spadek sprzedaży. Część koncernów ustąpiła. Pozostałe czekają. „Kategoria walki jest absurdalna, bo obu stronom chodzi o to samo: by w Polsce była dobra polityka lekowa – mówi Jacek Barliński, dyrektor ds. rozwoju w koncernie GlaxoSmithKline, jednym z największych producentów leków na świecie. – Ceny leków podlegają negocjacjom i jesteśmy do nich gotowi. Dotąd jednak nie otrzymaliśmy sygnału z ministerstwa. Nie jest prawdą, że sprzedajemy głównie leki z importu. Zainwestowaliśmy w Polsce 400 mln dolarów, 50 proc. przychodów ze sprzedaży naszych produktów pochodzi z fabryki w Poznaniu”.
Teresa Dróbka, specjalista public relations w ICN Polfa w Rzeszowie (fabryka od 1997 r. jest częścią koncernu ICN Pharmaceuticals Inc.) twierdzi, że jej firmy problem ten nie dotyczy: „Nasze produkty i tak są bardzo tanie, a po drugie prawie nie ma ich na ministerialnych listach leków refundowanych”. Dlaczego? „Proszę spytać osoby, które podejmowały decyzje w tych sprawach. My dopełniliśmy wszystkich formalności”. 

GRA O RYNEK

Za kształt listy odpowiedzialny jest Główny Inspektor Farmaceutyczny, podległy ministerstwu. Mimo że w interesie budżetu jest umieszczanie na listach refundacyjnych leków generycznych, do których dopłaca się mniej, trafiają tam one rzadko. Na liście leków refundowanych na próżno szukać produkowanego od 3 lat przez rzeszowską Pol-fę specyfiku o nazwie selgres, stosowanego przy chorobie Parkinsona – mimo że jest najtańszy na rynku, więc dopłaty do niego byłyby najniższe. Kwota zaoszczędzona przez budżet tylko na tym jednym produkcie wyniosłaby 500 tys. zł rocznie. Dziwnym trafem próby umieszczenia go na liście leków refundowanych za każdym razem kończyły się fiaskiem. 
Nic dziwnego, że wydatki na refundację leków z każdym rokiem rosną – i stanowią drugi w kolejności, po finansowaniu usług szpitali, wydatek w budżetach Kas Chorych. W tym roku 16 Kas wyda na refundacje leków 5,5 mld. zł, czyli piątą część wszystkich swych pieniędzy – to 20 proc. więcej niż w ubiegłym roku. Aby zapanować nad niekontrolowanym wypływem pieniędzy, lekarze podstawowej opieki zdrowotnej z obszaru Zachodniopomorskiej Kasy Chorych stosują receptariusz: wykaz leków rekomendowanych przez Kasę. Ale Kasa może tylko rekomendować. Nie może nakazać lekarzowi wypisania konkretnego leku. Działanie takie byłoby bezprawne. 
Prace nad zmianami na listach miały być tajne, ale i nazwiska ekspertów, i szczegóły zmian szybko trafiły do mediów. A kiedy poszczególne grupy chorych zorientowały się, że minister zamierza zmienić zasady refundacji stosowanych przez nich leków – czyli sięgnąć do ich kieszeni – rozpętała się burza. „To największy zamach na środowisko diabetyków od 20 lat, czyli od chwili powołania naszego stowarzyszenia” – ocenia Andrzej Bauman. Oburzenia zamiarami i trybem pracy ministerstwa nie kryje też Naczelna Rada Lekarska: w wysłanym niedawno do PAP oświadczeniu lekarska korporacja twierdzi, że stanowi to zagrożenie dla zdrowia pacjentów. 

JAKIE KONSULTACJE?

Prof. Jan Kuś – kierownik I Kliniki Szpitala Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie i od niedawna krajowy konsultant w dziedzinie chorób płuc – przyznaje, że nie otrzymał ministerialnej listy i jego wiedza na jej temat ma charakter nieoficjalny. Wiadomo jednak, że z ministerialnej listy leków refundowanych zniknie lek o nazwie serevent, stosowany przy leczeniu astmy. „W międzynarodowych standardach leki długo działające, do których należy serevent, są dostępne w zestawie podstawowym – mówi profesor. – Tyle tylko, że żaden z krajów, w których stosuje się owe standardy, nie przeznacza na ochronę zdrowia kwoty niższej niż 4 proc. PKB. Są standardy leczenia astmy dla krajów ubogich, w których stosuje się leki działające krócej. One są tańsze, choć trzeba przyjmować je częściej, co odbija się na komforcie życia pacjenta. Ale – zaznacza – zmiany na listach leków są konieczne i o tym, że będą, wiadomo było od kilku miesięcy. W mojej klinice spotykam pacjentów, którym lekarze przepisywali drogie refundowane leki, choć nie było takiej potrzeby”.
Ale spotyka się też przypadki odwrotne. 
Teraz i jedni, i drudzy pacjenci będą mieć niewielkie szanse na kurację długo działającym sereventem: będzie po prostu za droga. 
Dalej, opakowanie trusoptu – stosowanego przy leczeniu jaskry – kosztowało dotąd ok. 24 zł i było refundowane w 70 proc. Teraz trusopt ma znaleźć się w grupie leków refundowanych w 50 proc., co oznacza wzrost ceny do prawie 40 zł za niewielką butelkę kropli. W zależności od stadium choroby i dawkowania jedna butelka starcza na 2-3 tygodnie. Po wejściu w życie nowej listy, czyli od przyszłego miesiąca, chory na jaskrę będzie musiał wydać przynajmniej 80 zł miesięcznie na sam trusopt. „Ci ludzie po prostu przestaną realizować recepty – prognozuje prof. Krystyna Czechowicz-Janicka z Polskiego Towarzystwa Profilaktyki Jaskry. – Już dziś oszukują lekarzy i nie wykupują trusoptu, bo zdarza się, że jest dla nich za drogi. A chorzy na jaskrę to najczęściej ludzie starsi, biedni emeryci, którzy oprócz tego mają inne dolegliwości. Trusopt nie ma polskiego odpowiednika, można zastąpić go jedynie lekarstwem, które kosztuje ponad 100 zł i nigdy nie było na listach refundacyjnych. Wielokrotnie pisaliśmy do ministerstwa w sprawie leków przeciw jaskrze, które naszym zdaniem powinny być refundowane z budżetu. Jak widać, bezskutecznie”.
„To rozbój – denerwuje się pani profesor – państwo nie ma prawa tak postępować! Przecież ten lek jest wybawieniem dla chorych”.
W Polsce z powodu jaskry cierpi prawie milion osób. W poradniach zarejestrowanych jest niespełna 150 tys. pacjentów. Dla połowy z nich podstawowy lek to trusopt. 
Jak może się skończyć awantura o leki? Jacek Barliński: „Na świecie zdarzały się przypadki wycofania z rynku niektórych leków innowacyjnych. Taki scenariusz nie byłby korzystny dla kogokolwiek. Wierzę w możliwość dojścia do porozumienia”.

KASA MA, TO ZREFUNDUJE

Jan Chechliński ze stowarzyszenia Liver w Krakowie pokazuje pismo, które otrzymał z Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Pismo dotyczy 11-letniego Łukasza z Bieżdziedza, cierpiącego na niewydolność wątroby. Lekarze z CZD mogą dokonać przeszczepu, ale budżet ministerstwa nie refunduje zakupu immunoglobiny, niezbędnej w leczeniu po transplantacji wątroby. Koszt leczenia w pierwszym miesiącu po operacji to ok. 100 tys. zł (koszt samej transplantacji ponosi ministerstwo). „W tej sytuacji informujemy pacjentów i ich rodziny, że możemy zakwalifikować chorego (...) do transplantacji jedynie pod warunkiem zapewnienia leczenia po przeszczepie globuliną anty-HBs” – kończy swój list kierownik poradni Transplantacji Wątroby docent Joanna Pawłowska. 
Stowarzyszenie Liver ma pod opieką ok. 300 dzieci. W ciągu 10 lat udało mu się zebrać pieniądze na operacje 52 z nich. Niestety, leczenie po operacji jest często równie kosztowne, jak zabieg. „Kasy Chorych refundują te leki nieregularnie i nie wszystkie – mówi Chechliński. – Tego, co refunduje Kasa łódzka, nie refunduje dolnośląska. A co jest w dolnośląskiej, tego nie ma w podkarpackiej. Ostatnio panowie z ministerstwa po raz kolejny »ułatwili« nam życie, komplikując procedurę przy docelowym imporcie leków, które są w Polsce nieosiągalne”.
Ale przynajmniej ta grupa chorych nie odczuje zmian na ministerialnych listach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl