A mój syn

Niech żyje św. Mikołaj?

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn dość często pyta, czy coś było lub jest naprawdę. Jak zapomnę wyłączyć telewizor zaraz po dobranocce, pardon, „Wieczorynce”, i zaczną się sceny krwawych jatek zapowiadające wieczorny film, to on już wie: „To tylko farba, nie prawdziwa krew, a ten pan co tak krzyczy, to też udaje”. Jak się bardzo zapomnę i zacznie się dziennik, pardon, „Wiadomości”, to rzucając się na pilota sam mówię „To farba, to farba”. Ale kiedy np. w cyklu „Opowiedz Mi Coś Czego Jeszcze Nie Opowiadałeś” zasuwam mu gadkę w rodzaju: „I wtedy ten baron Münchhausen zakopany w błocie po uszy musiał iść po łopatę, żeby się odkopać”, marszczy brwi i pyta: „A to było naprawdę?”. I choć okłamywanie dziecka to zawsze pewien kłopot, nie puszczam farby i mówię, że naprawdę. „To jak on to zrobił?” „Normalnie! Poszedł, rozejrzał się, znalazł łopatę, wrócił, kopał z pół godziny, odkopał się, otrzepał płaszcz z błota i poszedł dalej szukać przygód”. Bo jest na tym świecie mnóstwo historii, które nie zdarzyły się naprawdę, a tak bardzo chciałoby się, żeby się zdarzyły! A i konfabulacje, jeśli po mistrzowsku pomyślane, łatwiej się wybacza. „Jak ty pięknie kłamiesz” – zachwycała się co 15 minut kochanica Cygana w „Białym kocie, czarnym kocie” Kusturicy. I można ją zrozumieć. Ja tam też nie mam pretensji do MacPhersona o Osjana czy do esseńczyków, że swoje zwoje zostawili w Qumran.
Ale kiedy w wieku męskim dowiedziałem się, że bujdą na resorach są „Desiderata”, do których w młodości górnej przywykłem jako do przemyśleń anonimowego mnicha odnalezionych po wiekach w Baltimore, poczułem się jak dziecko, na którego oczach wujkowi odkleiła się broda św. Mikołaja. Ale potem przypomniałem sobie kilka z dezyderatów i nie mogłem powiedzieć, że z mądrych stały się nagle głupie dlatego, że nie wymyślił ich mnich z celki, a jakiś hipis, co się tak Maharishiego nasłuchał albo tyle marihuany wypalił, że mu się bramy percepcji otworzyły i zamiast anarchicznego manifestu wyszło mu dziełko sapiencjalne. Właściwie nawet jestem jemu i kompanii wdzięczny za tak długie podtrzymanie mitu. Gdyby swoje przemyślenia opisał jako notatki nieznanego studenta znalezione w knajpie w Baltimore przy porannym sprzątaniu, pewnie nikomu nie chciało by się nawet rzucić na nie okiem. A jakoś tak wierzę, że nie dla jaj napisał to, co napisał. No właśnie, w przypadku pseudoepigrafów i wszelkich mistyfikacji oprócz mistrzostwa liczy się też powód, dla którego powstały, czy stworzono je bona fide, czy mala fide. Mity i iluzje są nam bardzo potrzebne. Co nie znaczy, że wszystkie.
Z młodości górnej została mi jeszcze w pamięci myśl Szestowa z „Apologii nieoczywistości”, dotycząca ciężkiego losu dziecka, które musi przyjąć na wiarę obraz świata inny niż ten, który widzi. Na początek widzi, że ziemia jest płaska, a musi uwierzyć, że okrągła. A samo raczej nie sprawdzi, bo nie każdemu rodzi się Gagarin. O burzeniu trochę innych iluzji dziecięcych napisała mi w liściku Basia Pajzderska: „Od kilku tygodni doświadczam radości uczenia katechezy, właściwie to ja jestem poddawana edukacji; soteriologicznej, eschatologicznej, mariologicznej, chrystologicznej, eklezjologicznej... A przede wszystkim dochodzi do weryfikacji mojej wiary, moimi mistrzami są 6-latki!!!!!!!! Przykład problemów natury teologiczno-odzieżowej: – Jak drapała się w policzek święta Tereska? Przykład modlitwy spontanicznej: – Panie Boże, prosimy Cię, aby Papież Jan Paweł II nigdy nie umarł (oblałam! Zwątpiłam i poprawiłam dziecko – wstyd!). Problem natury grobowo-dewastacyjno-laurkowej (rysujemy rysunki na Dzień Babci, i Dziadka, każdy ma wręczyć to dzieło dziadkom): – Czy mogę zrobić taką małą dziurę w grobie i wrzucę tam laurkę i babcia sobie przeczyta i będzie jej miło, ale taką malutką dziurkę, tylko taką, tak z boku, nikt nie zauważy? Nie wiem, czy kiedyś będzie mi dane napisać „a mój syn (córka) powiedział(a)...”, ale z pewnością już teraz mogę pozwolić sobie na zwrot „a mój uczeń (mistrz) powiedział...”. Nagrodą za politykę prorodzinną niech będą moje cotygodniowe wątpliwości dotyczące powołania do życia konsekrowanego; a jednak zazdroszczę biologicznego potomstwa!”.
Korciło mnie, żeby zaapelować do Pani Basi, żeby uczyła dzieci, iż ziemia jest płaska, a papież nigdy nie umrze, ale popukałem się w głowę. Wśród wielu rzeczy, jakich musimy się i dzieci nauczyć, jest i ta, że iluzja znika, a mit pryska. Jak by to powiedział Diogenes Cynik, musimy „ćwiczyć rozczarowanie”. Dzieciństwo to kraina czarów, dorosłość to kraina rozczarowań. Osobiście jestem rozczarowany faktem, że papieżem jest Jan Paweł II. Odkąd sięgam pamięcią, papieżem był Paweł VI i wziąłem skądś przekonanie, że tak będzie zawsze. I tak szczęśliwie Paweł VI zmarł, kiedy już wiedziałem, że ludzie umierają. Ale świat bardziej podobałby mi się, gdyby nasza wiedza była mniej papierowa, a bardziej, bo ja wiem, intuicyjna? Instynktowna? Skąd głupia ryba wie, że na tarło ma płynąć pod prąd, i jakim cudem ptak leci według gwiazd? A ja, z móżdżkiem sto razy większym od ptasiego, potrzebuję kwadransa, żeby znaleźć Wielki Wóz, a i to pomylę go z jakąś Rybą Latającą. Resztki instynktu podpowiadają mi jednak w obcym mieście, w którą stronę do sklepu nocnego. I że Papież nigdy nie umrze. I że dzieła kanoniczne od apokryficznych można odróżniać na podstawie własnego kanon, ducha, jaki je przenika. I patrzę, a to nie sklep nocny, tylko zwykła melina. 


Jacek Podsiadło


 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl