Dwugłos: czy przemoc i agresja są nieodłącznymi cechami islamu

 

Atak terrorystów Osamy bin Ladena na USA, wojna w Afganistanie, eskalacja przemocy na Bliskim Wschodzie, a także inne wydarzenia, nie trafiające na pierwsze strony gazet – jak starcia religijne w Nigerii czy islamska partyzantka na Filipinach, zwalczana teraz przy wsparciu USA – mają jeden wspólny mianownik: we wszystkich tych konfliktach występują muzułmanie, albo jako agresywni fanatycy, motywowani także religijnie (organizacja bin Ladena), albo jako narody, które w swej politycznej walce (Palestyńczycy) odwołują się również do religii. Czy zatem przemoc wobec „niewiernych” jest nieodłączną cechą religii islamskiej? Spierają się o to: Aleksander Klugman – publicysta z Tel Awiwu, pisarz, autor kilkunastu książek po polsku i hebrajsku – oraz Ignacy Nasalski, politolog i arabista, pracownik Instytutu Filologii Orientalnej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

Utopia, przemoc i refleksja

IGNACY NASALSKI

 

Tekst Aleksandra Klugmana wpisuje się w tradycję antagonizowania stosunków między Zachodem a światem islamu. Klugman chce pisać o islamie, ale utożsamia go z fundamentalizmem. Chce pisać o podbojach arabskich, ale są one dla niego tylko historycznymi odpowiednikami „zbrodniczych zapowiedzi fundamentalistów”, którzy kiedyś mieli dzidy, a dziś bombę A.  

Klugman stara się wykazać, że islam jest religią z gruntu złą, od początku ukierunkowaną na podboje i zwalczanie innych wyznań, a zabijanie jest jego immanentnym składnikiem. Wynika z tego, że jest religią niereformowalną, gdyż wiara muzułmanów jest wiarą w przemoc. I by nie powtórzyć grzechu pierworodnego i nie dopuścić do kolejnych podbojów, cywilizowany świat winien zdławić zagrożenie w zarodku. 


EKSPANSJA NIE RELIGIJNA


Najpełniej tezę Klugmana ilustruje zdanie: „O ile judaizm wywodzi się z przymierza Boga z Abrahamem oraz Dekalogu (...), o ile chrześcijaństwo ma swój początek w nauce Chrystusa, której filarem jest umiłowanie człowieka – o tyle u źródeł islamu legły wojny o jego upowszechnienie”. Z jednej strony mamy więc nauczanie i miłość bliźniego, a z drugiej wojnę i żądzę podbojów.
Mamy tu do czynienia z pomyleniem porządków. W pierwszym przypadku mówimy o mitach, w drugim o historii. W przeciwieństwie do podbojów arabskich, przymierze Abrahama jest kwestią wiary. Czy zaś chrześcijaństwo zaczęło się od nauki Chrystusa? Raczej dopiero od działalności misyjnej św. Pawła i Ojców Apostolskich (także takich jak Ignacy Antiocheński, który miłość bliźniego manifestował określając innowierców „wściekłymi psami” czy „bestiami w ludzkim ciele”). Jeśli jednak nawet chrześcijaństwo zaczęło się od nauczania, to dlaczego islam nie miałby się zacząć od nauki Mahometa?
Klugman nie tylko powiela mity religijne, ale też mitologizuje historię. Pisze: „Fakt, że imperium arabskie zostało stworzone siłą oręża, wynika z religijnego obowiązku każdego wyznawcy islamu – uczestnictwa w dżihadzie”. Nic bardziej błędnego. Obowiązek uczestnictwa w dżihadzie zarezerwowany jest dla wojen defensywnych, a więc nie może stanowić podstawy podbojów (tu może mieć charakter tylko ochotniczy). O ekspansji islamu zadecydowała raczej specyfika kultury koczowniczych Arabów. Życie na pustyni wymaga szczególnych cech charakteru i pewnego stopnia agresji, który zapewnia przetrwanie. Ta agresja była przed islamem rozładowywana w rytualnych walkach międzyplemiennych, których islam zakazał. Ekspansja militarna była pochodną ukierunkowania agresji na zewnątrz, a rozpoczęła się na dobre dopiero, kiedy Arabowie zdali sobie sprawę z militarnej słabości Greków i Persów.
Religijny aspekt podbojów jest projekcją wsteczną, dokonaną przez późniejszych historyków muzułmańskich. Istnieje nawet teoria, która sugeruje, że tak naprawdę islam jako religia narodził się dopiero w drugim stuleciu po śmierci Mahometa, głównie po to, by dostarczyć ideologicznego uzasadnienia arabskim podbojom. Nawet jeśli takie datowanie uznamy za przesadzone, to i tak jest niemal pewne, że początkowo islam był bardziej ideologią polityczną niż doktryną religijną.


WIARA NIE NARZUCANA


W pierwszych latach islamu konflikty miały charakter wojskowy i polityczny, a nawracanie się na nową religię było sprawą w znacznej mierze indywidualną. Islam był chętnie przyjmowany, bo w zamian za płacenie podatku otrzymywało się ochronę i uprzywilejowaną pozycję. Toczące się po śmierci Mahometa tzw. wojny ridda przeciw tym, którzy odwrócili się od islamu, są najlepszym dowodem, że nowa wiara pierwotnie nie miała silnego oparcia wśród Beduinów. Ci bowiem nie nawrócili się na islam, lecz traktowali układ z gminą Mahometa jako kontrakt polityczny, który wygasał po śmierci przywódcy. 
Wojny przeciw zbuntowanym plemionom beduińskim, które później będą przedstawiane jako religijne wyprawy przeciw apostatom, szybko zamieniły się w wojny zdobywcze – i legły u podłoża podbojów poza Arabią. Beduini, przeciw którym kierowały się pierwsze wyprawy, tworzyli później oddziały zdobywców. A że ich wiara zawsze cechowała się płytkością i pragmatyzmem, to nie religijny zapał prowadził ich do boju.
Przyczyny podbojów były bardziej prozaiczne: ekonomiczny przymus i wyrwanie się z ograniczonych w zasoby pustyń Arabii. Do boju prowadziła żądza łupów, a nierzadko głód. Wspólna wiara spełniała raczej funkcje integracyjne i organizacyjne. Jak mówi jeden z anonimowych wierszy z tamtego okresu: „Nie, nie dla raju porzuciłeś swe życie koczownicze, raczej była to tęsknota za chlebem i daktylami”. Zdobywczy zapał wzmacniało pragnienie luksusów czekających w imperium sasanidzkim i bizantyjskim. I gdyby nie łatwość, z jaką udało się Arabom zawładnąć terenami Żyznego Półksiężyca, być może islam nigdy nie wyszedłby poza Półwysep Arabski. 
Klugman pisze: „Piewca Mahometa zachwyca się »stworzeniem ogromnego imperium«, a nie przekonaniem milionów ludzi do wiary w Allaha” oraz „nie mówi się o nawróceniu na islam, ale o narzuceniu podbitym ludom tej wiary”. Jest w tym nieporozumienie. O ile bowiem imperium rzeczywiście zostało stworzone siłą oręża, o tyle wiara, którą przyjęły podbite ludy, nie była wynikiem przymusu militarnego. Przeciwnie, dla podbitej ludności supremacja Arabów nie oznaczała wiele więcej niż zmianę rządzących. Nie pociągała żadnych większych wstrząsów ani w życiu codziennym, ani w instytucjach. Dla Semitów z Syrii i Palestyny nowi władcy byli raczej krewnymi niż obcymi oprawcami. Nie inaczej było z Egipcjanami, którzy przyjęli nowych zdobywców z radością, bo ci uwolnili ich od ogromnych obciążeń podatkowych i zagwarantowali wolność praktyk religijnych, której w chrześcijańskim Bizancjum nie zaznali. 
W przeciwieństwie do innych religii, islam nie narzucał wiary siłą. Przedstawiciele innych wyznań, a zwłaszcza Żydzi i chrześcijanie, zasadniczo cieszyli się w imperium arabskim wolnością, czego dowodem istnienie osobnych sądów do rozpatrywania ich spraw, zgodnie z ich religią i kulturą. 


RELIGIE I UTOPIA


Klugman pisze, że islam nie uznaje instytucji misyjnej. Prawda, nie uznaje. Ale nie oznacza to, że działalność misyjna jest czy była mu obca. Islam nie zna instytucji misyjnej, bo obca jest mu wszelka instytucjonalizacja religii. Działalnością misyjną, a co za tym idzie pokojowym rozpowszechnianiem islamu, zajmowali się przede wszystkim kupcy i bractwa sufickie, często zorganizowane na modłę europejskich zakonów. To indywidualna i nie ujęta w żadne ramy działalność sufich sprawiła, że granice islamu objęły niemal pół świata: Afrykę, Azję Środkową, Turkiestan, Indie, Chiny, Filipiny, Indonezję. Tam islam nie został narzucony i jeśli dziś liczba muzułmanów sięga miliarda, jest to skutek działalności misyjnej.
Wywodzenie źródeł dzisiejszego ekstremizmu islamskiego z początków religii jest jałowe, gdyż to nie jakaś szczególna cecha islamu sprawiła, że stał się religią wojującą – choć rzeczywiście historia i kultura arabska znacznie się do tego przyczyniły. Prześladowania heretyków i innowierców (oba terminy nie zawsze znaczą to samo) należą do wewnętrznej logiki religii uniwersalistycznych. Tam, gdzie pojawiało się imię Jezus, lała się krew – i ze słowem Allah rzecz ma się podobnie. Islam ma w historii karty wstydliwe (która religia nie ma?), ale nie dlatego, że w Koranie są fragmenty, które można interpretować jako zachętę do zabijania. Nowy Testament takowych nie ma, ale nie uczyniło to chrześcijaństwa mniej krwawym. 
Fanatyzm nie jest nieodłączną cechą islamu, choć dziś rzeczywiście jest on najbardziej widoczny. Przyczyny fanatyzmu religijnego są zawsze takie same. To przekonanie o własnej słuszności i ślepa wiara w posłannictwo czyni z religii działalność barbarzyńską. Świat islamu nie doczekał się jeszcze refleksji nad własną przemocą. Zachód tak. My powtarzamy za Karlem Popperem: „działaj na rzecz eliminacji konkretnego zła raczej, niż realizacji abstrakcyjnego dobra” – bo zrozumieliśmy, że utopia prowadzić może do przemocy i własnego przeciwieństwa. Chrześcijaństwo po 2000 lat istnienia i stuleciach błądzenia przyswoiło sobie, chciałoby się wierzyć, tę lekcję. Islam 20 lat temu wszedł w swój wiek XV. Na Zachodzie w tym czasie dopiero rozpoczynało się przebudzenie, a następne dziesięciolecia upływały pod znakiem Kontrreformacji, która pogrążyła Europę w wojnach religijnych.
Nie należy czekać kilka wieków, by islam się „ucywilizował”. Nie pozwoli na to zresztą logika zdarzeń. Może jednak warto zastanowić się, zanim zaczniemy postulować odpolitycznienie islamu, ile czasu zajęła depolityzacja chrześcijaństwa, i tak nie wszędzie skuteczna. Warto także najpierw zadać sobie pytanie, czy taka depolityzacja w ogóle jest możliwa i dopiero w zależności od odpowiedzi podejmować dalsze działania. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl