Moda, sztuka i świat współczesny

Spadanie

GRZEGORZ MUSIAŁ

 

W styczniu tego roku Yves Saint-Laurent, jeden z najbardziej znanych dyktatorów mody, ogłosił przejście na emeryturę. Dla Grzegorza Musiała decyzja YSL jest punktem wyjścia do rozważań o różnicach między projektowaniem strojów a sztuką, o napięciach między zasobnymi elitami a masą „skrzywdzonych i poniżonych”, wreszcie o gombrowiczowskim międzyludzkim teatrze, którego moda jest ucieleśnieniem a zarazem karykaturą.

Ja Fior! Ja mistrz! Ja Fior!
Nowy dać wygląd człowiekowi! Jaki?
O, łatwo było dawnym mistrzom tworzyć!

Witold Gombrowicz, „Operetka”

 

 

Ciemne chmury zawisły nad Paryżem. Światowa stolica próżności spłynęła łzami. Mistrz Yves Saint Laurent odchodzi! W przededniu 40. rocznicy założenia swego domu mody niespodziewanie oznajmił wstrząśniętemu monde’owi, że kończy tę zabawę.
– Jeśli ma nie być YSL, to nie warto żyć – napisała wtedy z Paryża moja polska przyjaciółka, nie wyrażając w ten dramatyczny sposób uczuć własnych, ale środowiska, w którym się obraca. – Z różnych trzech literek, które nadawały sens ich sezonom, teraz zostały im tylko ich BMW.


BALZAC, PROUST, YSL...


Spośród światowej plejady tzw. Dyktatorów Mody – z owego plemienia kapryśnych i aroganckich uzurpatorów sztuki, opływających w luksusy niegodne tych, których Cervantes, pisząc o poetach, nazwał „najszczęśliwszymi i najbogatszymi, bo niepragnącymi zmiany swego stanu” i których Coco Chanel oskarżyła o to, iż „tylko dlatego pchają się, by ubierać kobiety, żeby je oszpecać” (sama, jak twierdziła, do projektowania nigdy nie zatrudniała mężczyzn) – ten zwykle budził we mnie sympatię, a nawet podziw.
Wyobraźmy sobie zawiązanie akcji jak z Balzaca. W 1953 roku, urodzony w Oranie i nikomu nieznany 17-latek wyrusza z algierskiej prowincji wprost do Paryża, z teką własnoręcznie wykonanych rysunków. Wkrótce po przybyciu wygrywa główną nagrodę w ogłoszonym przez firmę Woolmark konkursie na projekt sukienki koktajlowej, rozpoczynając od tej chwili zawziętą i pełną wiary we własne możliwości wspinaczkę na szczyt Syndykatu Szkoły Haute Couture. I tu kończy się Balzac, a zaczyna Proust. Jeszcze w tym samym roku polecony Christianowi Diorowi przez Michela de Brunhoffa, redaktora „Vogue’a”, wkrótce, po śmierci Diora, zostaje – dzięki rewelacyjnej kolekcji „Trapez” – kierownikiem Domu Mody Dior. Już tylko rok dzieli go od spotkania życiowego partnera i wspólnika Pierre’a Bergé’a, z którym w 1961 r. otworzy imperium mody światowej, pieczętujące się trzema złotymi, elegancko powściągliwymi literami: YSL.
I na tym jak gdyby kończy się literatura. Następne lata to już tylko pasmo „ochów” i omdleń. „Komedia łez i chusteczek” – jak pisał Louis de Rouvroy książę Saint-Simon. Hollywoodzki banał. Co kolekcja – to szał. Wyścig wizytówek, na których widnieje wytłoczony w welinie herb i nazwisko, złożone oryginalną renesansową antykwą. Co sezon, w wypełnionym zapachem konwalii salonie YSL, zbiera się na złoconych krzesełkach, pod „kryształową ulewą kandelabrów”, chciwy nowin sąd nad najwykwintniejszymi artefaktami świata. Sąd złożony z najbardziej wpływowych i najlepiej urodzonych, którzy „hołocie – jak powiada o ministrach Ludwika XIV ten sam Saint-Simon – która wyszła z dołów, aby wszystko zmieszać, wszystko unicestwić” będzie nakazywać, o co przez pół roku mają się zabijać w sklepach pod szyldem YSL, o czym plotkować u fryzjera i na co pozadłużać się u sąsiadów, by przez najbliższy sezon choć trochę upodobnić się do tych, którzy w tej sali zasiadają.
Ile lat... Ile życia oddanego żakietom, bufkom z organdyny, kapelusikom, toczkom, rondkom, karczkom, paskom, zawijaskom, aplikacjom, guziczkom, szklistej satynie, cyklamenowym jedwabiom, podwiązkom ze sztuczną różą wokół kostki i kolczykom, kołom w uszach, cylindrom, zapachom, które to wszystko spowijają niewidzialną chmurą seksu i tęsknoty za czymś nieuchwytnym, co wymyka się dotykalnej rzeczywistości i czego obecność, a raczej nigdy do końca nie zaspokajane przeczucie obecności, potrafią narzucić zmysłom tylko artyści. Któż nie pamięta gorącej, balsamicznej słodyczy „Opium” za marne 50 dolarów 1,7-uncjowa buteleczka? Albo „Champaigne”, później przemianowanego na słynne „Ivresse”? I – ozdobionego wizerunkiem swego stwórcy – „Pour Homme” z 1971 roku?
Wzrok i zapach – te dwa zmysły człowieka władze Syndykatu Pustoty, inaczej zwanego Modą, przydzielają pod zarząd każdemu powołanemu przez siebie Dyktatorowi. Yves Saint Laurent wywiązywał się z tego przez ostatnie pół wieku znakomicie. Otrzymał też za to stosowne wynagrodzenie – sumy, o jakich nawet by śnić nie mogli w swoich naiwnych, dziecinnych bajkach o bogactwie Cervantesowscy artyści. W 1999 roku Dom Mody YSL wyceniony został na niemal miliard euro. Yves Saint Laurent i jego partner Bergé otrzymują roczne uposażenie w wysokości 7 milionów euro.


RYSUNKI NA PIASKU


Ale – fi donc! Zawołajmy jak maestro Gombrowicz. Czy bowiem tylko „nieporozumienia z miliarderem François Pinautem, nabywcą praw do nazwy Yves Saint Laurent” – o czym donosiły paryskie sensacje – były przyczyną, dla której 65-letni „król świata” zdecydował się nagle na odpięcie swojej gwiazdy od ziemskiego firmamentu?
Gdyby tak było, decyzja byłaby praktyczna i przynajmniej zrozumiała dla „hołoty”, która przez dekady karmiła się wytworami z pracowni Dyktatora. Ja jednak wolę iść tropem zapachu lilii i konwalii, unoszącego się w salonie, którego wybiegiem ciągnął co sezon nad głowami gości sznur modelek z pogardliwymi minami, przebranych za zjawy ze „Snu nocy letniej”, za driady i nereidy, za tulipany, rajskie ptaki, feniksy, powoje... Wolę widzieć, jak ambitny 17-latek z Algierii, teraz już pan pod siedemdziesiątkę, zmęczonym wzrokiem wodzi zza kulis po spektaklu, który powołał siłą swego ołówka i wyobraźni. Spektaklu, który skończy się za chwilę, zaledwie zgaśnie żyrandol, aby dać miejsce następnemu, i następnemu... Nic tu nie będzie trwałe – jak to płótno, na którym malarz kładzie kolejne pociągnięcia pędzla, ani jak galeria, w której płótno zawiśnie, by trwać nieruchomo przed przewijającym się u jego stóp korowodem zachwyconych pokoleń.
Płótno malarza – ubiór modelki. Tam – ono samo trwa niewzruszenie w swej doskonałości, nie próbując się nikomu przypodobać. Tu – wszystko chwilowe. Wrzask mediów, bilecik od hrabiny, wystudiowany wyraz blasée na ustach stremowanej panienki. Czy artysta Saint Laurent nagle zdał sobie sprawę z tego, w jakim lichym materiale tworzył? Ile lat zmarnowanych na rysowanie na piasku, do tego – zbyt blisko linii brzegowej, gdzie każda nowa fala zmywa mu to, co wcześniej narysował? Czy patrząc zza kulis, nagle – z niezrozumiałą dla siebie nienawiścią – pomyślał o oszustwie, jakiego wobec siebie się dopuścił? O kłamstwie, jakim jest moda, udając sztukę? Obiecując wieczność – na jeden sezon? Pisząc na twarzach modeli i modelek wyraz wtajemniczenia i wyniosłości, jakby byli Wielkimi Aktorami, którzy poznali sekrety obracania się między rzeczywistością i nierzeczywistością; nicością i trwaniem; życiem i sztuką. Tajemnicę przekraczania tej niewidzialnej linii, do której jest tylko zgrzebne „tu i teraz”, a za nią – sny, które śnimy i dla których biegniemy do bibliotek, do galerii, do teatrów, choć jesteśmy tylko gromadką kupionych młodych ciał, wieszaków na ubrania i z pierwszą zmarszczką na jeszcze dziś gładkiej szyi wylecimy z tej świątyni na pysk.
Dopóki był młody, myślał „mam czas”. Czy teraz nagle zdał sobie sprawę, że artysta tego czasu wcale to, a wcale nie ma?
Czy ta wystawa w Metropolitan Museum w Nowym Jorku, urządzona jego projektom w 1983 roku, albo druga, retrospektywa w Pekinie, i trzecia – w Galerii Tretiakowskiej, czwarta – w Muzeum Sztuki w Tokio – były prawdziwym czy fałszywym biletem do świata, w którym przebywa dusza artysty? Albo – dusza mędrca? Do czystego, bezosobowego świata, gdzie biją „godziny nie oznaczone na tarczy”, pomieszane ze strofami Mallarmé’go i taktami „Popołudnia fauna”? Gdzieś, w jakiejś przestrzeni „nie z tego świata”, na kontynencie wyobraźni, do którego dążył, a nie doszedł, bo nie panuje tam zgiełk, jak po pokazach mody, a cisza. Nie błyskają flesze reporterów – ale kolory odbite od płócien Halsa i Velázqueza. I nie czeka się na okrutne w swej zachłanności oklaski i wizytówki od „dobrze urodzonych”, mające być wystarczającym gwarantem czyjejś wybitności – ale w skupieniu i samotności tę wybitność wykrawa ze zwątpień, biedy, z odrzucenia i upadków, czekając, aż „rafy sztuki wyłonią się z morza rzeczywistości”.
Znowu nasuwa się wcześniej przywołany wątek Balzakowski. Czy nieszczęsny młody przybysz, kochanek świata, któremu za jego znakomite usługi Paryż odpłacił bogactwem i uwielbieniem – nagle „stracił złudzenia”? Czy tylko stojąca u progu starość, czy może jeszcze coś sprawiło, że nagle na jego oczach opadły z modelek wymyślnie upięte tiule i ujrzał bezlitosny bezwstyd przemijania? Odzierający z nas, do nagiej kości, wszystko, co było nietrwałe i o co nikt nawet nie spyta przed prawdziwym Sądem?

BASTYLIA SALONÓW


Jeśli mój podziw dla Yves’a Saint Laurenta nie ma być czczym komplementem, chciałbym, aby na jego twarzy – pooranej zmęczeniem i przeczuciem prawdy, jakie już się pojawia w tym wieku – odcisnęło swój ślad również to zdumienie, które stało się udziałem nas wszystkich, gdy patrzyliśmy na walące się w proch wieże nowojorskiego Punktu Zero.
Jeśli to było naszym udziałem, dlaczego miałoby ominąć i jego? Wrażenie, że odtąd pojawiła się surowsza miara naszego beztroskiego, bogacącego się świata. Być może ściany Imperium Próżności, w jakim dotąd przebywał, tym razem nie ochroniły go przed przerażeniem, a może nawet współczuciem dla czegoś, co odtąd zaczęło królować na ekranach telewizorów (choć było tam już wcześniej, ale nastawionymi na bliski ogląd soczewkami nie chcieliśmy tego widzieć). Współczesne korowody „mody”. Wybiegi dla „modeli i modelek” XX i XXI wieku: nieskończone procesje babin z tobołkami, do których udało się zapakować garnek i odrobinę kaszy. Chuściny, otulające twarzyczki zadziwiająco staro wyglądających dziewczynek. Marynarka, opinająca kościstą pierś uchodźcy spod kul plutonu egzekucyjnego.
Oto jest wybieg, po którym sunie „wysokie szycie” naszych czasów: droga wijąca się przez ośnieżone góry, którą z jednego wyjącego z bólu kraju do drugiego ciągnie wąż ludzi, zaprzęgów, kóz i dzieci. Oto czasów tych modele: okutany brudnym turbanem chłopak, mrużący oczy do kamery, która rejestruje jego próbę marszu z gustownymi protezami zastępującymi mu oderwane przez minę przeciwpiechotną golenie. Albo czarująca główka murzyńskiej dziewczynki, z figlarnie przesuniętym na lewe oko czepcem – istne „retro”! Nazywane „kaskiem” nakrycie głowy naszych babek, nawiązujące do „Szejka” – przeboju ekranowego późnych lat 20. z Rudolfem Valentino w głównej roli. Plamki krwi, przesiąkające przez misternie owijający głowę bandaż, dodają temu projektowi jakże pożądanej dramatycznej ekspresji!
I mundury, mundury... Z plamami krwi – jak zdjęcie munduru żołnierza, użyte w kampanii reklamowej Benettona – czy z misternie rozbryźniętymi kawałkami mózgu na epoletach... Pasujące do wszystkiego: do eleganckich oficerek dowódcy holenderskich oddziałów ONZ, który w imię „międzynarodowych umów” obiecał mieszkańcom Srebrenicy ochronę przed oddziałami serbskimi, a potem, zawarłszy inną „międzynarodową umowę”, wyrozumiale przyglądał się egzekucji swych podopiecznych. Także – do klateczki piersiowej ośmioletniego murzyńskiego naguska, który wcielony do oddziałów egzekucyjnych w jakiejś afrykańskiej wojnie, z dumą dźwiga starożytny karabin, w gromadzie podobnie odzianych rówieśników.
Pomińmy mundurową modę kobiecą. W tej – od czasu kobiecych eskadr lotniczych w ZSRR, używanych do akcji wymagających szczególnej skuteczności (np. zbombardowania bezbronnego Tallina) czy obozowych kapo, z wielkim gustem przedstawionych w polskim filmie „Pasażerka” – niewiele się zmieniło. I nadal nic, tak jak mundur, nie maskuje morfologicznych znamion kobiecości, doprowadzając, zgodnie z postulatami politycznej poprawności, do całkowitego wyeliminowania płci.
Tak wielka jest dziś przesada w ozdobach i przebraniach, będąca wyrazem nadmiernego luksusu stale bogacącej się Północy, a wywierająca zgubne skutki na obyczajowość, że tylko kwestią czasu jest, by armie głodomorów z Południa ruszyły na Bastylię salonów, pławiących się w ciszy wyłączonych telefonów komórkowych i rozpylonego w powietrzu zapachu „Opium”.

KANIBALIZM OKA


Oczy zawsze deprawowały duszę i ponosiły winę za rojenia wyobraźni – pisze Brantôme w rozdziale o wdowie i miłości. Belgijski pisarz Louis-Vincent Thomas – z zawodu biolog i antropolog – w swej słynnej książce „Trup” pisze wręcz o „kanibalizmie oka”.
W „Konkordancji Nowego Testamentu” hasło „oko” zajmuje petitem bez mała dwie strony in quarto. Oko występuje tu jako „światło duszy”, jeżeli „jest zdrowe”. Oko ślepca zostaje obłożone „błotem ze śliny” Chrystusa, aby ślepy przejrzał. Z oczu „spada łuska” i ślepi odzyskują wzrok (widzenie duszy). Występuje oko „pełne kobiety cudzołożnej”, oko „nie przestające grzeszyć”. Oko, które lepiej wyłupić, niżby miało się stać „powodem grzechu”. Chrystusowi oczy są zasłaniane przez tych, którzy żądają: „prorokuj!” (Motyw ślepoty, jako warunku wizji proroczej, występuje wcześniej w licznych mitach starożytności). Warunkiem wstąpienia Szawła na drogę do świętości jest trzydniowa ślepota (podczas której ma jak gdyby oczyścić się z obrazu świata, w którym grzeszył). Zatwardziałym grzesznikom Bóg daje „takie oczy, by nie mogli widzieć”. Sam pozostaje Niewidzialny, więc dla rozpoznania Jego obecności oko jest właściwie niepotrzebne, co gorsza, może wieść na manowce („Kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa”). Jednak najdobitniejszy wyraz tej, mającej chrześcijańskie korzenie, krytyce oka jako narzędzia (narządu) zbawienia albo zguby (a więc rozciągnięcia prostej funkcji „patrzenia” na przestrzeń „niewidzialną” – na sferę wartości, ładu moralnego i odpowiedzialności człowieka za to, co kreuje) znalazłem w pracy naukowej, zatytułowanej jak już nie można dosadniej: „Oko jako narząd płciowy”.
Oko dzisiejsze byłoby więc „okiem kanibala”. Już nie – „światłem ciała”, ale jakimś potworniejącym narządem konsumpcji i rozkoszy, opętanym przez monitor i ekran, i czyniącym z „tego, co widać” fetysz, jedynego godnego zaufania „boga”. 
Czy ta wiedza, to przypomnienie – godne zaiste artysty, a nawet mędrca – odbiło się wraz ze światłem kandelabrów w oczach niegdysiejszego prowincjusza, rozczarowanego 17-latka, gdy zza kulis spoglądał na swych „kanibali” i rozpętane przez siebie „żerowisko”? Czy wpierw, jak mistrz Fior, próbował rozeznać się jakoś w tej Rewii Mód, by teraz – „w przerażeniu i osłupieniu” stwierdzić, jak narrator ostatniego tomu Prousta, że jego oko, jak oko wczesnych mistrzów malarstwa, nie umie już ogniskować się tylko na bryle, na powierzchni, na rozkosznych szczegółach fizjonomii i stroju – ale sięga głębiej? W perspektywę bólu, przemijania, klęski?

NAGOŚĆ, KOSTIUM, DRAMAT


Moment, gdy człowiek spostrzegł swoją nagość, i strój, w jaki zaczął ją przyoblekać, byłby wedle tego momentem, gdy człowiek świadomie zaczął się „odróżniać od swego ciała”. Stał się Człowiekiem. Podmiotem swojej roli. „Kto traci strój – powiada Helmuth Plessner w „Pytaniu o conditio humana” – traci twarz, godność, jaźń”. Natomiast patrzenie z innego, wysokiego wymiaru, jakby z pominięciem oka, a zatem odkrycie związanej z własnym ciałem indywidualności, „pozbawia znaczenia strój, który można widzieć. Jaźń uzewnętrznia się, nabiera charakteru duchowego”. Dotyczy to również ludzkiej twarzy. „W twarzy streszcza się człowiek... twarz jest strefą, gdzie odzwierciedla się cała egzystencja osobowościowa... w sposób widoczny dla innych” – pisze Plessner.
Zarazem jednak – zauważa filozof – ubierając swą nagość człowiek dokonał aktu ukrycia się „za” inną powłoką. Ubranie byłoby więc aktem imitowania, „zafałszowania” swego nagiego „ja”. De facto – odwróceniem się „od siebie” i wejściem w system masek świata, w przedstawienie, w którym będzie musiał się kolejno wcielać w stylizacje samego siebie, wedle wizji tego, co uważa on – lub świat, w którym toczy się gra ról i wzajemnych naśladowań – za swą „życiową prawdę, naturalność, albo wyzywającą wyrazistość i dystans”.
To pęknięcie: między tym, czym w swej nagości człowiek jest „na podobieństwo Boga”, a kostiumem, samoimitacją, tym, co tworzy potrzebny mu dystans wobec samego siebie (ale zarazem wobec Boga) przez całe życie rozpina człowieka między, jak pięknie definiuje ten stan Plessner – siłą a bezsilnością. Między naturą a Bogiem. Między „tym, co nie ma jaźni a tym, co jest bez reszty jaźnią i w czym tkwi człowiek, który uobecnia sobie swoją jaźń”.
Ale to rozdarcie – uniemożliwiające prosty powrót do nagości, ergo do Boga – staje się też źródłem niesłychanych możliwości. Potrzeba stałego „odróżniania się od siebie” staje się źródłem wolności. Możliwością wyboru, wyznaczając – będący zarazem „przywilejem i słabością” – zakres poczynań, nazwany przez Plessnera „ekscentrycznym”. 
Ideę tę, leżącą u fundamentu ludzkiego losu, który Balzac określił Komedią, najpełniej uosabia teatr. Teatr pisany przez dramaturga, ale i pisany przez życie. Teatr manier, teatr grzeczności, teatr wzlotu fałszywych proroków i teatr upadku „dziwki z wnętrzem”; fantasmagorie uraz, których „tak naprawdę” nie żywimy i grymasy uprzejmości, której zamiarem jest obrazić; teatr fałszywego smutku na pogrzebach, gdy w istocie niejeden z nas raduje się, że nie tam spoczywa i udawanej radości na weselach, gdzie ubolewa się nad przewidywalnym losem źle dobranej pary... Teatr, będący w istocie farsą – najstarszym z ludzkich przedstawień, tak jak najstarszym, najpierwszym aktorem, jaki wystąpił przed publicznością na jakimś starożytnym placu, był błazen.
Sytuacja Dyktatora Mód, który nie ubiera siebie – jak aktor – a innych, i na którego skinienie świat cały nosić będzie przez 12 miesięcy koszule z czarno-zielonej koronki, implikuje dodatkowe powikłania. W dwubiegunowy schemat gry człowieka z własną nagością wplątuje się niejasny, kłamliwy wątek.
Ten wątek to wpisana w zjawisko mody uzurpacja własnej tożsamości. Korzystając w pełni z instrumentarium teatru, z elementów gry, zabawy na linii widz-aktor (z tego stosunku umowności wynika cała funkcja teatru), teatrem nie jest. Ignoruje zasadniczy cel przedstawienia, jakim jest dokonana siłą wyobraźni trwała metamorfoza rzeczywistości w jej przeciwieństwo. Ignoruje więc element „boski”, bez którego teatru nie ma. 
Modelki, choćby nie wiadomo jakie wymyślne miny przywoływały na swe posępne oblicza, są tylko kopią kopii, partackiego wyrobu Desdemonami, Ofeliami. Obiecując wynieść człowieka ponad powagę ról, które co dzień odgrywa wewnątrz swej codzienności (jak czynili to, dotrzymując danego słowa, Lope de Vega, Gogol, Pirandello, Mrożek) w istocie jeszcze głębiej spychają go w przygnębiającą dosłowność praw, które tą codziennością rządzą. Nie są aktorami, przypominającymi nam o tej krzepiącej umiejętności człowieka, jaką jest umiejętność przedstawiania ról. One są dziewczynami z krwi i kości, trzeźwymi realistkami naszej cywilizacji, głosicielkami twardej rzeczywistości. Tak i kostiumy, w które je obleczono, nigdy nie będą natchnionymi fantasmagoriami, projekcjami wizji „irrealnego”, które zza nich przeświecałoby, wchłaniając nas w głąb swej nierzeczywistości.

SZCZUDŁA


Patrząc na jego fotografię w „Harper’s Bazaar” z 1961 roku, w oczy – inteligentne i już wtedy zmęczone – pragnę wierzyć, że 40 lat później ten twórca najwspanialszego Teatru Próżności, jaki zna świat – Domu Mody Yves Saint Laurent – stoi za kulisami swego ostatniego pokazu i rozmyśla o kłamliwej sztuce lśnień, błysków, zwierciadlanych odbić, którym żył jego świat. I która wtedy i tylko wtedy stałaby się Sztuką, gdyby nie zgodził się cisnąć jej przed te złocone krzesełka, pod te żyrandole, w księgi buchalteryjne wypełnione szeregiem zer, przed kamery, które będą słać to w świat jako kolejną wyrocznię dla telewizyjnych idiotów... A zamiast tego, jak zalecał inny mieszkaniec Paryża, którego pewnie nie znał ani czytał – dozwolił jej „roziskrzyć się żartem, uszlachetnić poezją i doznać boskiej niewinności w absurdzie” (Gombrowicz, „Rozmowy z Dominikiem de Roux”). 
Być może jednak za to – jak ślepiec, któremu Chrystus błotem przemył oczy – zaczął widzieć. I ujrzał już nie rajskie ptaki, driady, tulipany sunące w ślepym zachwycie publiczności, a księcia Błażeja de Guermantes, który „zestarzał się... podniósł się z miejsca i chciał powstać”, ale „zachwiał się na dygoczących nogach, niczym sędziwy arcybiskup... i jął podążać, drżeć jak liść, na trudny do zdobycia szczyt 83 lat”...
Ujrzał też, jak te piękne, młode dziewczyny z wystudiowanym grymasem wzgardy, który przylepiał im do twarzy... i nie tylko one – jak cały świat, w którego wykreowaniu uczestniczył, wędruje przed siebie „na żywych szczudłach, wciąż rosnących, wyższych nieraz aniżeli dzwonnice, szczudłach, które na koniec czynią ich krok mozolnym i niebezpiecznym, szczudłach, skąd raptem spadają”. 



Grzegorz Musiał (1952) – poeta, prozaik i tłumacz, redaktor „Kwartalnika Artystycznego”, ostatnio opublikował powieść „Al fine” (1998), „Dziennik z Iowa” (2000) oraz tom wierszy „Kraj wzbronionej miłości” (2001), nagrodzony przez Fundację Kultury. Jego esej „Wielki Impresariat”, rozpoczynający debatę o „młodej literaturze” lat 90., drukowaliśmy w „TP” 1995, nr 1.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl