LISTY





Kwestię nierozerwalności małżeństwa poruszył Papież 28 stycznia 2002 r. w czasie przemówienia skierowanego do sędziów Roty Rzymskiej. Teksty dotyczące tej problematyki, autorstwa ks. Remigiusza Sobańskiego i prof. Jana Woleńskiego, opublikowaliśmy w „TP” nr 10/2002. Dzisiaj oddajemy głos czytelnikom.




Nie wiem, ale wierzę

Nie można pogodzić wiedzy i wiary. To jak łączenie wody i ognia. Wierzymy, bo nie wiemy. Wiemy, więc nie potrzebujemy wierzyć. Dlaczego o tym mówię? Bo prof. Jan Woleński próbował dokonać tego połączenia. Nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, że należę do 9 proc. mniejszości, która uważa, że nierozerwalność małżeństwa jest prawem naturalnym. Wierzę, że kobieta i mężczyzna w pewnym momencie życia, znajdują się i oddają sobie, bez warunków wstępnych i końcowych, jak to lepiej niż ja wyjaśnił ks. Remigiusz Sobański. Stanowisko prof. Woleńskiego jest próbą określenia tychże warunków: będę z tobą, ale masz nie pić, myć się, nie palić, pomagać, nie bić, nie ograniczać mojej wolności... Albo: zostaniesz moją żoną, ale będziesz gotować, sprzątać, zajmować się dzieckiem, oddawać się kiedy zechcę, przymykać oczy na moje skoki w bok, nie będziesz ograniczać mojej wolności... Sądzę, że kryje się za tym niezdrowe, a dość powszechne obecnie przekonanie, że celem człowieka jest jego własne szczęście. Tu i teraz. A nie – później i Tam. Przekonanie, że moje szczęście jest celem mojego życia, to egoizm w czystej postaci. Szukamy osób, z którymi będzie nam dobrze, a gdy robi się źle – odrzucamy. Bo dzieckiem zajmujemy się tylko gdy śpi, a domem gdy jest czysto... Może więc słowa Jana Pawła II o nierozerwalności małżeństwa należy rozpatrywać jako opozycję do tej postawy? Może chodzi o innego rodzaju dobro? Lepsze, większe, trwalsze? Może dyskutując o małżeństwie i rozwodzie należy szukać dowodów głębiej niż tylko w statystyce? Może nie trzeba ulegać przemianom świata, których sami jesteśmy przyczyną. Może. Nie wiem. Wierzę.


KRZYSZTOF CEBRAT
(architekt z Politechniki Wrocławskiej,
lat 28, żonaty od 5 lat)




Apel do każdego z nas

Tekst ks. Remigiusza Sobańskiego przypo-mina mi opis Nieba, tekst prof. Jana Woleńskiego krainę Mordoru, natomiast ja żyję w Śródziemiu i chciałbym, aby ktoś spróbował odpowiedzieć mi na proste, z pozoru, pytanie: jak żyć? Spór na łamach „TP” pokazał mi, nie pierwszy raz, jak bardzo oddalili się od siebie Kościół i świat. 
Prof. Woleński kwestionuje katolickie rozumienie nierozerwalności małżeństwa i przeciwstawia mu dane statystyczne, które mówią, że tylko 9 proc. ludności świata myśli w ten sposób. Wydaje mi się, że światu potrzeba trwałych małżeństw i rodzin. I to zarówno tej 91 proc. większości, jak i 9 proc. mniejszości. „Rozwód sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły” – pisze też profesor. A ja się pytam dla kogo? Dla systemu prawnego owszem, ale dla ludzi, którzy w nim uczestniczą zawsze będzie zły, jeśli traktowali małżeństwo poważnie. Autor mówi o pokrętnej moralności Kościoła, który podobno nie rozróżnia współżycia „na lewo i prawo” od życia w związku niesakramentalnym. Jednym z warunków odpuszczenia grzechów jest mocne postanowienie poprawy. Jeżeli ktoś nie chce się poprawić z grzechu, który właśnie wyznaje, spowiednik nie ma prawa udzielić mu rozgrzeszenia. Poza tym, to sprawa sumienia każdego z nas, jeżeli ktoś używa sobie „na lewo i prawo” nie uzyskuje rozgrzeszenia w swoim sumieniu. Ksiądz do niego nie wejdzie. Kościołowi chodzi o człowieka i jego życie, a nie tylko o swój wizerunek, choć przyznaję, że czasami tak to może wyglądać.
Korzenie rozwodu sięgają daleko poza jednorazowy, orzekający jego zaistnienie, akt prawny. Ks. Sobański pięknie pisze o ewangelicznym radykalizmie. Niestety, moim zdaniem, Kościół nie robi wszystkiego co powinien dla ratowania człowieka, którego pomysłem na życie było małżeństwo. Apele do małżonków, żeby się nie rozwodzili, straszenie piekłem, niemożnością przystępowania do sakramentów, to spóźnione próby ratowania czegoś, co często nigdy nie zaistniało. Trzeba przygotowywać człowieka do podjęcia trudu bycia małżonkiem. Postulowanie, by Papież dostosował Kościół do wymogów współczesnego świata i wprowadził możliwość unieważniania małżeństwa z powodu „przemocy, alkoholizmu czy nawet rażącej niezgodności charakteru”, wydaje się drogą na skróty. Czy te przypadłości ludzkie pojawiły się na świecie dopiero niedawno? Czy kiedyś ludzie nie różnili się charakterami, nie pili, mężowie nie bili żon, a żony nie dręczyły psychicznie mężów? 
Wiele lat zaniedbań, traktowania małżeństwa jako instytucji, a nie wspólnoty, owocuje tym, że świat kompletnie nie rozumie, o co Papieżowi chodzi. Jego apel każdy z ludzi Kościoła, i nie tylko, powinien głęboko przemyśleć i wziąć do siebie. Podstawowym zadaniem Kościoła jest przekonać świat, przez fakt bycia darem i świadectwem, że chce On dobra dla człowieka, a nie dla siebie. Świat potrzebuje najbardziej deficytowego dzisiaj towaru – czasu i zrozumienia. A przecież Kościół ma czas, bo Jego źródło tkwi w wieczności. Jeżeli Kościół chce wypełniać misję w świecie, jest zmuszony poznawać świat taki, jaki ma – innego nie będzie. Inaczej drogi świata i Kościoła będą się coraz bardziej oddalać. Wszak Kościół, tak jak małżeństwo, jest częścią tego świata, a człowiek, taki jaki jest, a nie wyidealizowany, jest jego jedyną drogą.


MIROSŁAW CHMIEL
(10-letni staż małżeński, Ruda Śląska)




Może warto poczekać?

Wedle statystyk, wiele małżeństw zawieranych jest z powodu ciąży. Później często się one rozpadają. Nie są przecież zawierane z wyboru, ale w pośpiechu i bez namysłu. Więź między młodymi często jest powierzchowna i opiera się raczej na fascynacji seksualnej, której owocem jest przypadkowo poczęte dziecko. Ks. Mieczysław Maliński w książce „Zanim powiesz kocham” przekonywał, że w takiej sytuacji należy poczekać ze ślubem do narodzin dziecka, gdy kobieta mogłaby się przekonać jakim mężczyzna jest ojcem. Niestety, nacisk rodziny i opinii społecznej oraz źle rozumiana przyzwoitość (w końcu każdy potrafi policzyć do dziewięciu) popycha ludzi do rozpaczliwie szybkiego legalizowania związków. Kościół naucza o wartości czystości w narzeczeństwie, ale to chyba za mało. Może Kościół powinien, w sytuacji przedślubnej ciąży, odradzać młodym pośpiech w zawieraniu małżeństwa sakramentalnego? Promować powstrzymanie się od decyzji do czasu urodzenia się dziecka?


MONIKA POGODA
(zamężna od 3 lat, Szczecin) 






Kto bronił prof. Kieresa?

Ucieszyłem się komentarzem „TP” na temat bezpardonowego ataku posłów Ligi Polskich Rodzin na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej – prof. Leona Kieresa (teksty Józefy Hennelowej i ks. Adama Bonieckiego, „TP” nr 10/2002). Choć poziom debaty publicznej, głównie ze względu na obecność w Sejmie RP przedstawicieli Samoobrony i LPR bardzo się obniżył, chciałbym zapytać, który z posłów wziął w obronę prezesa IPN albo zganił zachowanie przedstawicieli skrajnej prawicy? Chodziło przecież o instytucję, która w krótkim czasie zdobyła powszechny autorytet! Szkoda, dla SLD debata mogła stać się szansą poprawy notowań, zyskania przychylności ludzi krytykujących partię Leszka Millera za rehabilitację PRL- owskiej przeszłości. Tezy postawione przez Wojciecha Pięciaka w tekście „Pamięć w państwie Millera” („TP” nr 9/2002) wydają się teraz jeszcze bardziej celne. SLD mało obchodzi, często niewygodna dla jego działaczy, przeszłość naszego kraju. Pozostaje więc, postawione w artykule Pięciaka, pytanie: czy premier Miller, składając kwiaty przed kopalnią „Wujek”, robi to szczerze?


ŁUKASZ CZYŻ
(student politologii, Olkusz, woj. małopolskie)






Władza odpowiedzialna

W felietonie „Centralizacja i odpowiedzialność” Marcina Króla („TP” nr 10/2002) trudno zgodzić się z tezą, że odpowiedzialność sterników państwa niescentralizowanego jest mniejsza od odpowiedzialności ponoszonej wówczas, gdy stopień centralizacji jest większy. Centralizacja lub decentralizacja państwa to tylko formy realizacji zadań władz i nie ma powszechnej zgody co do tego, jaki ich stopień jest optymalny. Fakt, że władza państwowa dopuszcza inne podmioty do realizacji części jej zadań nie oznacza, że w przypadku błędów czy niepowodzeń władza nie powinna odpowiedzialności ponosić wcale lub ponosić mniejszą, na zasadzie: „to nie my”. Dlaczego więc zajmujemy się przyszłymi przewinieniami aktualnej władzy i troszczymy się o kary, jakie ją spotkają, skoro nie rozliczyliśmy jej poprzedniczki? Ta zapisała się w świadomości społecznej licznymi przypadkami prywaty i niekompetencji, skandalami i procesami sądowymi jej przedstawicieli, powstaniem obszarów biedy. Wszystko to odziedziczyła nowa ekipa. Nie piszę tego z pozycji sympatii do aktualnej władzy lub antypatii do poprzedniej. Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że władzy, choć to dla niej niemiłe, potrzebna jest rzetelna i kompetentna krytyka. Kto wie, czy poprzednia ekipa zostałaby skazana na polityczny niebyt w ostatnich wyborach, gdyby przyjazne jej media zapalały częściej światło ostrzegawcze. 


WŁADYSŁAW KOWALCZYK
(Szczecin)






Za ducha Stalina

Stefan Chwin pisze w artykule „Ujrzałem wypędzonych na własne oczy” („TP” nr 10/2002): „W 1966 roku w dniu przyjazdu kardynała Stefana Wyszyńskiego, za Stalina więzionego przez komunistów, władze ustawiły na ulicach antyniemieckie tablice”. Stalin zmarł 5 marca 1953 r., kardynała Wyszyńskiego aresztowano 26 września tegoż roku, dziewięć dni po wyborze Nikity Chruszczowa na I sekretarza KPZR. Polscy komuniści jeszcze nie zauważyli, że nadchodzą zmiany. Byli po prostu nadgorliwi, aresztowali nie za Stalina, ale może za jego ducha. Błąd w datach jest na tyle przykry i poważny, że oryginał artykułu Stefana Chwina ukazał się w języku niemieckim.


Prof. KAROL SAUERLAND
(UW i UMK w Toruniu)






Sprostowanie

W „TP” nr 9/2002 ukazał się tekst Bogusława Deptuły „Szkic do artysty”, dotyczący wystawy Andrzeja Wróblewskiego. W postscriptum autor zechciał napisać: „Wystawę pokazywaną w Muzeum Teatralnym przygotowała Galeria -in spe-. Galeria ta, obecnie bez stałego adresu, to w istocie jedna osoba – Joanna Stasiak”.
Chciałabym uzupełnić skład zespołu Galerii -in spe- o nazwisko redaktora katalogu, historyka sztuki – Anny Wrońskiej.
Serdeczne pozdrowienia


Joanna Stasiak






Uzupełnienie

Tekst Krzysztofa Krauzego „Przemoc na straganie mediów” („TP” nr 11/ 2002) wygłoszono pierwotnie jako referat w czasie konferencji „Przemoc, Telewizja, Społeczeństwo (przyczyny, skutki, środki zaradcze)” zorganizowanej, 7 marca 2002 w Warszawie, przez przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, rzecznika praw obywatelskich oraz rzecznika praw dziecka.
Za pominięcie tej informacji w tekście wszystkich zainteresowanych serdecznie przepraszamy.


REDAKCJA „TP”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl