Wśród książek

LEKTOR



PRZYPOMNIENIE

Andrzej Kijowski: DZIECKO PRZEZ PTAKA PRZYNIESIONE – „W Andrzeju Kijowskim – zauważył kilka lat temu Jan Błoński – środowisko literackie widziało chyba chętniej człowieka niż artystę i krytyka (publicystę, felietonistę, kaznodzieję...) aniżeli powieściopisarza”. I stwierdził w tonie dość kategorycznym: „Inaczej niż literacka opinia uważam, że opowiadał on lepiej niż pouczał, spierał się i żartował..., zaś wiem na pewno, że przywiązywał największą wagę do swych powieści, nie do publicystyki!”
W cytowanym szkicu Błoński wyróżnił w prozie Kijowskiego dwa cykle: prywatny, do którego zaliczył „Oskarżonego” (1959), „Pseudonimy” i „Szyfry” (oba 1964), oraz publiczny czy też narodowy. Otwarciem tego drugiego jest właśnie „Dziecko przez ptaka przyniesione” – powieść wznowiona teraz po ponad trzydziestu latach. Ukończona w sierpniu 1966, wydrukowana została w grudniowym numerze „Twórczości” z tegoż roku. 1 marca 1967 autor nie bez autoironii notował w „Dzienniku”: „Dotąd hołd złożyły mi następujące osoby (liczę tylko pisemne oświadczenia): Błoński Jan, Turowicz Jerzy, Wyka Kazimierz, Lem Stanisław, Szczepański Jan Józef, Wierzyński Kazimierz, Wajda Andrzej, Scherer Olga (za jej pośrednictwem Romanowicz Zofia), Mamoń Bronisław, Woźniakowski Jacek (blado) oraz niejaka Janina Dawid. He, he.” 
Wydania książkowego, w niezwykłym opracowaniu graficznym Franciszka Starowieyskiego, „Dziecko...” doczekało się rok później. W stopce książki czytamy: „podpisano do druku w styczniu 1968, druk ukończono w lutym”. 18 lutego Janusz Szpotański, autor satyrycznej opery „Cisi i gęgacze”, skazany został na 3 lata więzienia; Andrzej Kijowski był obecny na jego procesie i wysłuchał uzasadnienia wyroku. 29 lutego na nadzwyczajnym zebraniu Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich przyjęto rezolucję zgłoszoną przez Kijowskiego; domagała się przywrócenia na scenę „Dziadów” Dejmka i protestowała przeciw systemowi cenzury, który zagraża kulturze narodowej. 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się wiec studencki, zakończony interwencją oddziałów milicji i „aktywu robotniczego” – początek „wydarzeń marcowych”. Tegoż dnia, jak notuje Kijowski w „Dzienniku”, Halina Auderska odbyła z nim „rozmowę ostrzegawczą”. Zwalając winę za rozwój wypadków na „intrygi żydowskie”, straszyła ewentualnym procesem i doradzała wyjazd do Zakopanego: „Pan w tym wszystkim jest takie dziecko przez ptaka przyniesione...” 

*

Dlaczego przywołuję historyczny kontekst, w jakim czytano wtedy książkę Kijowskiego, i wydarzenia, w których sam uczestniczył? Przecież ta opowiedziana rytmizowaną prozą groteska, której narratorem jest dziecko, nie ma żadnych bezpośrednich odniesień do współczesnych wypadków. Stanowi ona jednak doskonały przykład znamiennego dla tamtego czasu zwrotu ku sprawom – powtórzmy określenie Błońskiego – publicznym czy narodowym, nowego spojrzenia na relację między losem jednostki a dziejami zbiorowości. Zdaniem Ewy Bieńkowskiej prawdziwym tematem tej powieści, „cierniem i strapieniem autora” jest historia – „niepojęta i straszna, bezładna i bezrozumna, ślepy żywioł pędzący w niewiadomym kierunku”. W „Dziecku...” Bieńkowska dostrzegła rozpaczliwe usiłowanie, by „zakląć ów żywioł, choć częściowo go opanować i rozbroić, wytropić jakiś ślad ładu – choćby szalonego, zarys prawa – choćby postawionego na głowie”.
Bohater powieści, owo potworne, demiurgiczne dziecko o zbyt dużej głowie, próbujące ująć dookolną rzeczywistość w karby i narzucić jej swoją wolę, sterować wręcz wydarzeniami, mówi w pewnej chwili: „Gryzłem kotarę w złości niemej i znowu me sieroctwo czułem, sieroctwo w dziejach i w kulturze – dziedzic nieprawy, pogrobowiec, zgubiony w snach, w symbolach, znakach – w snach, co się nigdy nie sprawdzają, w symbolach pustych, w martwych znakach. Gdybym mógł działać, rozkazywać i świat urządzać wedle marzeń, uczyniłbym na powrót jedność pojedynczego indywiduum i zbiorowości, co je rodzi, domu i kraju, rodzinnych przygód i historii, uczyniłbym świat jak obraz w kolorach złota i purpury albo poemat roztętniony rytmem jak wojska krok miarowym. A tu słuchać muszę tej mowy gnuśnej, niepewnej racji własnych...”. Sen o ponownej jedności „indywiduum i zbiorowości, co je rodzi” ziścić się jednak nie może, dziecięcy Król-Duch ponosi klęskę. „Wszystko, co czyni wnuk z wielką głową, dziwaczne chłopię z Karmelickiej – zauważał Błoński – wszystko jest postępem bez miłości, patriotyzmem bez człowieka, dewocją bez Boga.”
Zaszyfrowane w fabule „Dziecka...” rzeczywiste zdarzenia łatwo odczytać i ulokować w czasie: wszechobecny Piłsudski (choć jego nazwisko nie pada ani razu) i epopeja legionowa, krakowskie rozruchy w listopadzie 1923, rewia kawalerii na Błoniach w październiku 1933 z udziałem Marszałka i jego pogrzeb dwa lata później. Więcej jeszcze, równie łatwo wskazać miejsce akcji, wzięte wprost z porządku autobiograficznego. Kto ciekaw, może i dzisiaj pójść na ulicę Karmelicką w Krakowie pod numer 45 i obejrzeć imponującą trzypiętrową kamienicę z figurą Panny w niszy i wydatnym okapem nad ostatnim piętrem. Zgodnie z tym, co w powieści napisano, „okap ten cięty w pola kwadratowe – w polu, jak w pudle, złota róża siedzi, a wszystko w drzewie”, nad wejściem zaś nadal widnieje tablica przypominająca, że tu właśnie znajdował się Zakład Wynajmu Powozów Teofila Żeglikowskiego, czyli dziadka Andrzeja Kijowskiego. 
Oczywiście zarówno elementy autobiograficzne, jak i realia historyczne uległy w „Dziecku...” fantastycznej metamorfozie i mityzacji, stały się surowcem swobodnie kształtowanym. „Natura tej opowieści – konstatował w 1967 roku w „Tygodniku” Bronisław Mamoń – bliższa zdaje się być poematowi dramatycznemu, utworowi o strukturze poetyckiej, który posługuje się językiem skrótu, przypowieści, aluzji, szyfru utkanego z klisz językowych, haseł wywoławczych...”. 
Trudno dziś osądzić, na ile wybór takiego właśnie kostiumu literackiego związany był ze świadomością zewnętrznych ograniczeń; zasłona groteski, szyfru, aluzji dawała większą swobodę w diagnozowaniu stanu ducha Polaków, we włączaniu się w debatę trwającą od pokoleń. Ale powieści Kijowskiego nie da się przecież sprowadzić do aluzji politycznej; stworzył w niej pisarz wirtuozerski splot mitologii prywatnej i narodowej, powołał do istnienia świat dotykalny w materialnym konkrecie, a równocześnie umowny, nierzeczywisty, nieledwie baśniowy. Dzisiaj, gdy rozłamywanie zawartych w „Dziecku...” szyfrów historycznych nie budzi już emocji, łatwiej sięgać do innych warstw tej książki, jak choćby antynomia dziecięcości i dorosłości, rozwiązana inaczej niż u Gombrowicza, jak zabawa z freudyzmem (postać doktora Krafta) czy wątek niebezpiecznego radykalizmu fałszywej świętości („dziecko potworne, dziecko święte, skrajności cnotą opętane!”). „Sieroctwo w dziejach i kulturze” też nas dziś na nowo dotyka, choć z innych niż kiedyś przyczyn.

*

Od śmierci Andrzeja Kijowskiego minie w czerwcu 17 lat. Wydano w tym czasie kilka zbiorów jego tekstów rozproszonych i trzytomowy wybór z „Dziennika”. Pisano wiele o jego drodze duchowej, zatrzymując się zwłaszcza nad esejami religijnymi z tomu „Tropy”, a także o miejscu, jakie zajmował w polskim życiu publicznym. Portretowano Kijowskiego-krytyka (Tomasz Burek) i publicystę politycznego (Jerzy Jedlicki). Wznowienie „Dziecka...” przypomina o Kijowskim-prozaiku, którego dorobek, choć szczupły, wart jest ponownej lektury. (Wydawnictwo słowo obraz / terytoria, Gdańsk 2001, s. 156. Wydanie pięknie zilustrowano reprodukcjami pocztówek ze zbiorów Małgorzaty Baranowskiej i fotografii rodzinnych.)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl