Manipulowanie bezrobociem

MARCIN KRÓL

 

Bezrobocie jest jedną z największych klęsk społecznych. Na temat bezrobocia wiadomo już bardzo wiele, ponieważ ekonomiści i socjologowie mieli – niestety – okazję zebrać bardzo wiele materiałów z całego świata. Przy bezrobociu sięgającym około dwudziestu procent – jak w Polsce – sprawy przedstawiają się bardzo źle. Bez pomocy zewnętrznej lub cudu w postaci nagłego i radykalnego ożywienia koniunktury gospodarczej w zasadzie nie sposób z niego wyjść. 
Obecny rząd przez pięć miesięcy nie uczynił nic, by zmniejszyć bezrobocie, a powtarzanie, że może w końcu roku 2002 lub na początku roku 2003 nastąpi lekki wzrost gospodarczy (nawet jeżeli ten wzrost rzeczywiście nastąpi), nie ma związku z bezrobociem, bo taki wzrost nie spowoduje zwiększenia liczby miejsc pracy. W gruncie rzeczy wszyscy to wiedzą i jedynie liczą na to, że wejście Polski do Unii Europejskiej stanie się czymś w rodzaju cudu. Tak jednak nie będzie. Może trochę Polaków znajdzie zatrudnienie zagranicą, ale przecież nie w skali na tyle dużej, by zlikwidować bezrobocie w Polsce. Co więc czynić?
Nie ma dobrych metod, na pewno istnieją jednak złe. A złe to przede wszystkim takie, które sztucznie zmniejszają bezrobocie na jakiś czas, by potem nagle wzrosło ono już do rozmiarów horrendalnych. Chcę rozważyć jedną z krążących propozycji rządowych, która jeszcze – na szczęście – nie przybrała kształtu legislacyjnego. Chodzi mianowicie o radykalne zwiększenie liczby studentów, co sprawi, że zmniejszy się liczba bezrobotnych. Przypatrzmy się temu pomysłowi nieco bliżej. 
Liczbę studentów można zwiększyć – przy obecnym stanie nakładów na szkoły wyższe – jedynie przez tworzenie kiepskich studiów w niewielkich miejscowościach, na przykład tych, które po reformie administracyjnej przestały być stolicami województw. Kiepskich, bo prowadzonych przez nowy gatunek: adiunktów i wykładowców na stanowiskach nowego typu profesorów (dydaktycznych), czyli profesorów bez habilitacji. Oficjalnie miał to być główny powód powołania owych profesorów nowego typu, ale wiemy od dawna, że chcą tego związki zawodowe, bo jest to jedyna szansa dla starszawych doktorów, którym trzynaście ustawowych lat nie wystarczyło na napisanie habilitacji.
Ale dobrze – załóżmy, że powstają nowe uczelnie drugiej kategorii i że studenci znajdują tam zajęcie. Żeby studiować, trzeba tak czy owak mieć trochę pieniędzy, choćby na dojazdy, na podręczniki, na jedzenie. Czy bezrobotni mają na to pieniądze? Czy państwo ma budżet na opłacanie rzeczowych kosztów tych nowych niby uczelni (czynsz, prąd itd.)? 
Znowu dobrze. Za trzy lata studenci drugiej kategorii z uczelni drugiej kategorii uzyskają dyplomy licencjackie, a za pięć lat magisterskie – takie same jak wszyscy inni studenci. I będą – słusznie – czuli się pełnoprawnymi obywatelami z wyższym wykształceniem. Czy praca będzie na nich czekać, skoro już teraz absolwenci najlepszych wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego czy Jagiellońskiego mają ogromne trudności z jej znalezieniem? 
Powstanie nowa armia bezrobotnych, tyle że z wyższym wykształceniem i większymi pretensjami (słusznymi) do świata. Będzie to niesłychanie niebezpieczna grupa, ponieważ ludziom tym zostanie dana szansa, z której nie będą mogli skorzystać. Z takiego materiału rodzą się rewolucjoniści. Oto przykład, jak niemądre postępowanie dziś, może doprowadzić do dramatycznych konsekwencji za lat kilka. Oto jak nadzieja na uzyskanie krótkotrwałych i pozornych wyników może skończyć się tylko pogorszeniem, a nie polepszeniem sytuacji.



Marcin Król

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl