Komentarze

 


Ks. Adam Boniecki Słowo nie ostatnie

Krzysztof Kozłowski Zbrodnię trzeba nazwać – zbrodnią

Jarosław Flis Samorząd: rewolucja i co dalej

Michał Nawrocki Big Brother – skowyt

 

 




  
Słowo nie ostatnie

W kościołach i kaplicach Archidiecezji Poznańskiej, w niedzielę 17 marca, księża odczytali „Słowo Arcybiskupa”. Nie czekając na werdykt Papieża, publicznie oskarżony Metropolita postanowił – też publicznie – zabrać głos w swojej obronie: „środki przekazu dokonały nade mną sądu i wydały skazujący wyrok...”
Publicznie oskarżony ma pełne prawo się bronić. Zresztą ten głos był od dawna wyczekiwany. Ale Ksiądz Arcybiskup nie chciał się bronić na łamach „Rzeczpospolitej”, której redakcja prosiła go o rozmowę: wolał sięgnąć po narzędzie pastoralne – po odezwę do swoich diecezjan. W „Słowie” zaprzecza wszystkim faktom podawanym w mediach, choć dalej stwierdza, że były one „nadinterpretowane” i – co dla wyjaśnienia tej bolesnej sprawy jest szczególnie ważne – zarzuca oskarżycielom anonimowość: „niewybredne, kłamliwe ataki i oskarżenia ze strony kilku osób uruchomiły lawinę oskarżeń i pomówień bez nazwiska, bez imienia i bez twarzy. W ten sposób wydano wyrok bez wysłuchania stron oraz konfrontacji oskarżonego z oskarżycielami”. Trudno ten tekst odczytać inaczej, aniżeli wezwanie oskarżycieli do konfrontacji. Do tej pory sprawa była badana w cieniu „tajemnicy papieskiej”, po ogłoszeniu „Słowa” z tego cienia wyjść musi. Albo oskarżyciele „bez nazwiska, bez imienia i bez twarzy” wyzwanie podejmą, albo „Słowo” Księdza Arcybiskupa będzie ostatnim w całej sprawie. Ostatnim słowem stron zainteresowanych, bo naprawdę ostatnim słowem będzie głos Papieża. 
 
Ks. Adam Boniecki

 

 


 

 

 

 

 



Zbrodnię trzeba nazwać – zbrodnią

Kilka dni temu zobaczyliśmy w telewizji przejmujący reportaż, opowiadający o postaci prokuratora, a potem sędziego sądów wojskowych z czasów stalinowskich, sądzonego dziś za tzw. przestępstwa sądowe – to pierwszy (dopiero!) taki przypadek po 1989 r. Można wyjaśnić psychologicznie, dlaczego ten wtedy młody chłopak znikąd, bez wykształcenia, zostawszy po kilkumiesięcznej „szkole” prawniczej w Jeleniej Górze oficerem i prokuratorem, w latach 50. za swój awans gotów był zrobić wszystko. Ale dziś – dziś! – ten osiemdziesięciokilkuletni człowiek publicznie mówi przed sądem, że był zawsze w porządku i godzien jest szacunku. Że po prostu stosował się do ówczesnego prawa, a zatem – tak twierdzi – i dziś skazałby w podobnych okolicznościach tamtych oskarżonych o działanie na „szkodę PRL”, choć może już nie na karę śmierci. Ówczesne zbrodnie sądowe są dla niego „w porządku”, natomiast obecny proces, w którym sam zasiada na lawie oskarżonych, uważa za „polityczny” i... niezgodny z Deklaracją Praw Człowieka. 
Pamiętam, jak 12 lat temu ówczesny szef MSW Czesław Kiszczak tłumaczył mi jak dziecku: „Niech Pan zrozumie, to było wówczas słuszne”. Otóż nie. Dla przywrócenia godności skazanych wówczas ludzi, a także dla dobra naszej przyszłości tego rodzaju poczucia „słuszności” i „prawości” muszą zostać dziś podważone – i osądzone. Nie zaprowadzimy powszechnej sprawiedliwości, nie zadośćuczynimy w pełni wszystkim krzywdom sprzed 1989 r. Ale ktoś musi nazwać zbrodnię – zbrodnią. Tym kimś jest dziś w praktyce tylko Instytut Pamięci Narodowej i jego pion śledczy, który ma prawo i obowiązek formułować akty oskarżenia. I oby oczywiście nigdy nie działo się to na czyjeś zamówienie polityczne. Ufam pod tym względem profesorowi Leonowi Kieresowi. 


Krzysztof Kozłowski

 


 

 

 

 

 

 

 

 


Samorząd: rewolucja i co dalej

Zmagania o zmianę sposobu wybierania wójtów, burmistrzów i prezydentów miast (z obecnego na bezpośredni) weszły w decydującą fazę. Zza deklaracji o szczytnych celach coraz wyraźniej wyłania się faktyczny stan motywów i przygotowań do tej, jak by nie spojrzeć, rewolucji w samorządach. Sondażowe poparcie obywateli i antypartyjna retoryka pomysłodawców nie przesądzają wszak szczegółowych rozwiązań. Tymczasem właśnie subtelne rozróżnienia zadecydują, jaki efekt przyniosą nowe idee. Może być obiecująco, może być żałośnie, może być rozpaczliwie. Może wreszcie wcale nie być. 
Można mieć nadzieję, że ku bezpośrednim wyborom skłania SLD i PO troska o dobro wspólne. Pewniejsze jest jednak, że przy okazji bardzo dokładnie kalkulowane są partyjne interesy. Dla SLD zasadnicze znaczenie ma bezpośredni wybór burmistrza w jednej turze, bo to daje mu nadzieję na miażdżące zwycięstwo nad rozproszonymi konkurentami, których żadna siła nie skłania do jedności. PO stawia na wybory w dwóch turach, bo liczy na zdobycie tą metodą pozycji lidera: głównego konkurenta lewicy. Dla obu partii rozwiązanie preferowane przez drugą stronę jest gorsze od dotychczasowego systemu.
Efekty samorządowej rewolucji mogą być rozpaczliwe, jeśli spory o wyborczą procedurę uniemożliwią rozsądne uregulowanie całego mechanizmu władzy lokalnej. Bo bez wyraźnego ustawienia ról, bezpośrednio wybrany burmistrz może ugrzęznąć w chronicznym konflikcie z radą – o kompetencje i o szanse na przyszłą reelekcję.
Utopiści mamią opinię publiczną wizjami obywatelskich komitetów, prowadzonych do zwycięstwa przez nowych, światłych przywódców. W rzeczywistości łatwo jest przewidzieć, która partia zwycięży w poszczególnych miastach. W tej sytuacji prawdziwą władzę ma ten, kto wyznaczy kandydata z tego ugrupowania. Dotąd rolę tę pełnili radni. Teraz najpewniej przejmą ją krajowi sekretarze poszczególnych partii: to o ich względy będą musieli zabiegać kandydaci na burmistrzów, zanim w ogóle jakiś wyborca zwróci na nich uwagę. Próba „odpartyjnienia samorządów” może przynieść efekt zgoła odwrotny. 
Jeśli coś obiecującego może się z całej tej dyskusji wykluć, może to być „usamorządowienie partii”. Bezpośrednie wybory lokalnych liderów dałoby się połączyć z zapisanymi w ordynacji prawyborami w obrębie poszczególnych ugrupowań. Tą metodą partie przestałyby być spółdzielniami funkcjonariuszy publicznych, a otwarłyby się na aktywnych obywateli. Same bezpośrednie wybory do tego nie wystarczą. A ci, którzy głoszą, że partii w Polsce można i trzeba się pozbyć, głęboko się mylą. Na pewno trzeba natomiast uzdrowić ich wewnętrzne sprawy i ordynacja może być do tego najlepszym narzędziem. Jeśli zostanie odpowiednio przemyślana.

  
Jarosław Flis

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Big Brother – skowyt

W telewizji TVN rozpoczęła się trzecia edycja programu „Wielki Brat” (teraz nazywa się to „Big Brother – bitwa”). To, co można było zobaczyć do tej pory, wskazuje, że produkcja ta – tak szeroko opisywana i komentowana w Polsce w ostatnich miesiącach – wkracza w fazę agonalną. I jest to agonia ciężka. 
Obecna wersja różni się od poprzednich i do złudzenia przypomina przaśne imitacje „Wielkiego Brata”, produkowane przez „Polsat”. Uczestnicy zostali podzieleni na dwie rywalizujące grupy: ci, którzy w doraźnych zmaganiach wygrywają, mają dobrze, a ci, co przegrają – nie (gorsze jedzenie, spanie na podłodze, konieczność usługiwania zwycięzcom etc.). Rywalizacja jest urozmaicona: np. panie musiały wyciągnąć zębami kawałek sera z rowu pełnego białych myszy, a panowie zmuszeni zostali do bicia się po twarzach. Między innymi.
Żeby ożywić nudnawy program, nadawany zaraz po godzinie dwudziestej, producenci postawili na dwa czynniki – oczywiste i wielokrotnie sprawdzone. Pierwszym jest agresja: uczestnicy programu są nieustannie antagonizowani, za sprawą najdzikszych manipulacji i szykan producentów ciągle ktoś komuś skacze do oczu. Drugim czynnikiem jest seks – i w tym wypadku subtelności jest równie mało. Dość powiedzieć, że – jak to określają producenci – „»Ken« i »Frytka« (chłopak i dziewczyna uczestniczący w programie) poszli na całość w jaccuzi”. Żeby było weselej, dwa dni później „Ken” zerwał z „Frytką” i wszystko wskazuje na to, że niebawem pójdzie na całość z „Barbie”... Jednak mimo rozpaczliwych wysiłków kombinatorów z ekipy „BB”, nędza widowiska przytłacza bardziej niż kiedykolwiek (co odnotowała Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, nakładając na TVN karę w wysokości 300 tys. zł). Pierwsza edycja „Wielkiego Brata” wzbudzała niesmak i – jednak– zaciekawienie („nowe przyszło”). Druga edycja nudziła. Trzecia wywołuje i nudę, i niesmak. „Wielki Brat” w wersji polskiej kończy się. I to nie hukiem, ale skowytem.

  
Michał Nawrocki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12, 24 marca 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl