Kapitan Peter Blood i ja

MICHAŁ KOMAR

 

Za młodu chciałem być piratem; i nadal chcę. Ujmując sprawę dokładniej, chciałem być kapitanem Peterem Bloodem, który – jak wiadomo – skazany niesprawiedliwym wyrokiem, zesłany na Karaiby rozkochał w sobie piękną Arabellę, bratanicę okrutnego pułkownika-gubernatora, porwał czterdziestodziałowy okręt hiszpański „Pięć ran”, zdobył fortunę, na koniec zaś objął stanowisko gubernatora ważnej kolonii brytyjskiej. 
W związku z tym, co powyżej, zapisałem się na kurs sterników jachtowych przy Lidze Przyjaciół Żołnierza. Pieniądze ze sprzedaży makulatury i złomu odkładałem w Szkolnej Kasie Oszczędności z myślą o zakupie szalupy, którą pożegluję na Bornholm, a potem już jakoś to pójdzie, w stronę Tortugi. Mieszkający nieopodal pułkownik B. miał śliczną bratanicę. Wydawała mi się Arabellą, ponieważ marzyłem o jej względach, a ponadto pułkownik B. był grubianinem co się zowie, kawał chamiska, mniej więcej takim, jak występujący na stronicach „Kapitana Blooda” pułkownik Bishop. Muszę przyznać, że śliczna Arabella była gotowa na wiele, nawet na więcej niż wiele, ale gdym wtajemniczył ją w moje plany żeglarsko-pirackie poradziła mi, bym zajął się poważnym przestudiowaniem problemu. Jąłem więc studiować problem wolności mórz ze szczególnym uwzględnieniem statusu pirata. Dowiedziałem się wówczas, że skoro morze jest przestrzenią wolną, z wyłączeniem wód terytorialnych, to pirat, jako przeciwnik wolności powszechnej, staje się hostis generis humani. Jakiekolwiek byłyby w tej kwestii regulacje poszczególnych państw, w świetle prawa narodów pirat to wróg rodzaju ludzkiego, z tego zaś wynika, że jednostka pływająca dowolnego państwa jest uprawniona do przechwycenia okrętu pirackiego, postawienia jego załogi przed sądem (bez względu na obywatelstwo piratów), skazania, wykonania kary, która z istoty piractwa i z istoty prawa musi objąć całą załogę piracką, od kapitana po cooka. Wydawało mi się to wówczas niesprawiedliwe z uwagi na brak rozróżnienia między piratem o złych intencjach (kryminalistą) a piratem o intencjach szczytnych (Peterem Bloodem i mną). Uważałem, że w przypadku pochwycenia mnie przez przeciwnika powinienem uzyskać status kombatanta (jeńca wojennego). Jakiś czas potem zostałem wyciągnięty z łóżka i przewieziony do komendy milicji. Pod wieczór dowiedziałem się, że prokurator wydał stosowny nakaz i posiedzę w areszcie (bez związku z moimi pirackimi ambicjami, choć nie bez pisarskiego udziału pułkownika B.). Na schodach milicjant kopnął mnie w siedzenie. Zachwiałem się i potoczyłem w dół. Milicjant był zadowolony. Ja wcale nie. – Dlaczego pan mnie kopnął? – zapytałem. Milicjant nie miał wątpliwości: – Żebyś wiedział, jakie jest życie. Być może miał dobre intencje, jednakże metody, przy pomocy których zaczął mi rozjaśnić istotę egzystencji, okazały się cokolwiek niemiłe. Powołałem się wówczas na słowa Hugo de Groota (Grotiusa), że „niedopuszczalne jest twierdzenie, a mianowicie, że podczas wojny wszystkie prawa przestają obowiązywać. Przeciwnie, wojnę powinno się wszczynać jedynie dla dochodzenia prawa, a wszczętą wojnę prowadzić tylko w granicach prawa i dobrej wiary”. Milicjant wzruszył ramionami i zapytał, czy ma mi dodatkowo przyłożyć pałą. Nie byłem zwolennikiem tego rozwiązania.
Przeczytałem ostatnio parę publikacji, których autorzy domagają się przyznania statusu jeńca wojennego uwięzionym członkom organizacji Osamy ibn Ladena. Wedle tych wypowiedzi członkom Sieci należne są przywileje opisane w konwencjach genewskich z 12 sierpnia 1949 roku – idzie wszak o partyzantów, bojowników pewnej sprawy politycznej. Nie wnikając w istotę owej sprawy, warto zauważyć, iż charakter działalności stronników Osamy ibn Ladena nie poddaje się opisowi zawartemu w konwencjach z 1949 roku. Te bowiem zapewniają ochronę prawną żołnierzom nieregularnym, ale pod warunkiem, że ci – po pierwsze – nie ukrywają swej broni, po wtóre – występują z zewnętrznymi oznaczeniami przynależności do formacji, po trzecie – działają w służbie suwerennego podmiotu prawa międzynarodowego lub – w szerokiej interpretacji – przynajmniej w służbie strony wojującej uznawanej przez społeczność międzynarodową. O niczym takim nie słyszeliśmy w przypadku członków Sieci. Czwarty warunek konwencji – podległość jednemu dowództwu – został w tym przypadku spełniony, ale wiadomo przecież, że w sprawnie działającej grupie przestępczej jest zawsze boss, szef, herszt, kapitan pirackiego okrętu. Rozumiem niepokój publicystów: idzie o to, by w krwawym starciu Zachód nie zapominał o wartościach fundamentalnych, takich jak godność jednostki ludzkiej i prawo do sprawiedliwego sądu. Nie wydaje się, by zapominał. 11 września 2001 roku Sieć Osamy ibn Ladena dokonała „przestępstwa karnego o wyraźnych konsekwencjach międzynarodowych” (taką definicję terroryzmu przedstawił prof. Alfons Klafkowski w grudniu 1972 roku na forum Komitetu Prawnego ONZ – wzbudzając furię przedstawicieli krajów muzułmańskich). Uwięzienie członków Sieci jest dowodem, że armia USA prowadzi działania „w granicach prawa i dobrej wiary”.
Wracając do Arabelli, to spotkałem ją przypadkiem parę dni temu. Wciąż jest piękna. Wzruszony zapytałem, czy nie pożeglowałaby ze mną na Bornholm, a potem – już jakoś to pójdzie – w stronę Karaibów. Powiedziała, że nie wyklucza. Morza i oceany zachodniej hemisfery są wolne od piratów. Może teraz mi się uda.

Michał Komar 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl