Dwugłos: czy przemoc i agresja są nieodłącznymi cechami islamu

 

Atak terrorystów Osamy bin Ladena na USA, wojna w Afganistanie, eskalacja przemocy na Bliskim Wschodzie, a także inne wydarzenia, nie trafiające na pierwsze strony gazet – jak starcia religijne w Nigerii czy islamska partyzantka na Filipinach, zwalczana teraz przy wsparciu USA – mają jeden wspólny mianownik: we wszystkich tych konfliktach występują muzułmanie, albo jako agresywni fanatycy, motywowani także religijnie (organizacja bin Ladena), albo jako narody, które w swej politycznej walce (Palestyńczycy) odwołują się również do religii. Czy zatem przemoc wobec „niewiernych” jest nieodłączną cechą religii islamskiej? Spierają się o to: Aleksander Klugman – publicysta z Tel Awiwu, pisarz, autor kilkunastu książek po polsku i hebrajsku – oraz Ignacy Nasalski, politolog i arabista, pracownik Instytutu Filologii Orientalnej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

Religia przemocą głoszona

ALEKSANDER KLUGMAN z Tel-Awiwu

 

U źródeł wszystkich trzech wielkich religii monoteistycznych – chrześcijaństwa, judaizmu i islamu – znaleźć można ślady krwi. W każdym wypadku mają one jednak nie tylko inne pochodzenie, ale także inną wymowę. Co istotne, odmienny jest także ich wpływ na wyznawców tych religii, tak kiedyś, jak i dzisiaj. 

Zaraz po ataku na USA z 11 września ub.r. prezydent Bush zapowiedział „krucjatę cywilizowanego świata przeciw islamowi”. Szybko jednak zorientował się, że popełnił poważną gafę. Amerykanie podjęli więc kosztowne działania na rzecz zmobilizowania do koalicji antyterrorystycznej co najmniej kilku państw muzułmańskich. Poza tym armia amerykańska potrzebowała dla siebie baz w krajach sąsiadujących z Afganistanem – a są to państwa wyłącznie islamskie.
Największym sprzymierzeńcem USA w regionie okazał się Pakistan. Amerykanie musieli jednak przekazać Pakistanowi kilkaset milionów dolarów – w formie pomocy finansowej i skreślenia ogromnych długów – w zamian za udostępnienie baz wojskowych oraz stłumienie proafgańskich demonstracji. Odtąd, po pozyskaniu islamskiego sojusznika, można było prezentować kampanię w Afganistanie jako wymierzoną jedynie przeciw fundamentalistom. 
Rządy fundamentalistów istnieją jednak także w Iranie oraz w zaprzyjaźnionej z USA Arabii Saudyjskiej, podczas gdy w znajdującym się na amerykańskim celowniku Iraku rządzi świecka partia Baas. Rzecz w tym, że nie tylko fundamentaliści, ale wyznawcy islamu w ogóle łączą w sposób nierozerwalny religię z polityką. 
W miesiąc po zamachach w USA odbyło się w Doha, stolicy Kataru, spotkanie przedstawicieli 57 państw należących do Organizacji Konferencji Islamskiej. Jest to jedyna organizacja międzynarodowa, której podstawą jest religia. Fakt, że państwa zrzeszone w niej określają się przymiotnikiem „islamskie”, oznacza wprowadzenie elementu religijnego do politycznego podziału świata, gdyż państwo jest pojęciem ściśle politycznym. 
Nie ma światowych organizacji państw, których mieszkańcy są wyznawcami chrześcijaństwa, hinduizmu, buddyzmu, szintoizmu, konfucjanizmu czy innej wiary. Islam jest wyjątkiem. Dlaczego? 


CELEM JEST WOJNA


U źródeł wszystkich trzech wielkich religii monoteistycznych znaleźć można ślady krwi – to prawda. W każdym wypadku mają one jednak nie tylko inne pochodzenie, ale także wymowę. Oraz, co istotne, inny wpływ na wyznawców tych religii. 
Większość religii monoteistycznych dąży do upowszechnienia swej wiary. Problem sprowadza się do metod, jakimi się posługują. Przykładowo, misyjna rola Kościołów chrześcijańskich wynika z polecenia Jezusa, skierowanego do Apostołów po Zmartwychwstaniu: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt. 28,19). 
Islam, który pojawił się na początku VII w., nie uznaje instytucji misyjnej. Upowszechnienia islamu podjął się już jego twórca, prorok Mahomet – nie drogą perswazji, ale przy pomocy wojen i podbojów. W 14 lat po tym, jak Anioł Gabriel miał przekazać Mahometowi misję proroczą od Boga, w 624 r., doszło do bitwy pod Badr. W Koranie (wyd. Warszawa 1986) czytamy, że Mahomet wydał tam bitwę „niewiernym” Mekkańczykom, mając ze sobą zaledwie 312 ludzi – muhadżirów i ansarów. Odniósł „cudowne” zwycięstwo, zmuszając do ucieczki tysiąc Kurajszytów. W 625 r. prorok przegrał wprawdzie bitwę pod Uhud, ale dwa lata później zdobył Medynę. W kalendarium najważniejszych wydarzeń z życia Mahometa znajdujemy opisy licznych wojen, dzięki którym islam ugruntował swoją pozycję.
Tak więc, o ile judaizm wywodzi się z przymierza Boga z Abrahamem oraz z Dekalogu, przekazanych narodowi żydowskiemu, i o ile chrześcijaństwo ma swój początek w nauce Chrystusa, której filarem jest umiłowanie człowieka – o tyle u źródeł islamu legły wojny o jego upowszechnienie. Mahomet, który zmarł w 632 r., pozostawił prawie całą Arabię zjednoczoną wokół islamu. „Została zrealizowana, dzięki geniuszowi Mahometa, nie tylko jako proroka, ale również jako wybitnego męża stanu, jedność polityczna, etniczna, religijna oraz jednolitość społeczna”. Autorzy kalendarium zwycięstw islamu używają wymownego sformułowania: „Zadziwiające jest to, że uzbrojeni w nową ideologię zdobywcy zdołali narzucić opanowanym ludom swoją religię”. Nie mówi się o nawróceniu na islam, ale o narzuceniu podbitym ludom tej wiary. 
I tu tkwi istota problemu. Bo do wiary trzeba przekonywać, nie wolno narzucać jej siłą.
Następcy Mahometa kontynuowali jego drogę. W kalendarium czytamy dalej: rok 633 – podbój Jemenu, 638 – zajęcie Jerozolimy, 642 – zwycięstwo pod Nihawend nad Persami i zajęcie Aleksandrii, 644 – opanowanie Syrii i Persji, 656 – podbój całego terytorium Egiptu, 703 – podbój Afryki północnej, 711 – Tarik ibn Zijad przekracza cieśninę Gibraltar, 713 – armia arabska u granic Chin, 717 – opanowanie Hiszpanii, 732 – Arabowie dochodzą pod Tours i Poitiers w obecnej Francji, gdzie zostają powstrzymani przez wojska Franków Karola Młota. Zaledwie 100 lat po śmierci Mahometa Arabowie stworzyli ogromne imperium: od Pirenejów i Atlantyku do Chin i Indii.
Piewca Mahometa zachwyca się „stworzeniem ogromnego imperium”, a nie przekonaniem milionów ludzi do wiary w Allaha. Fakt, że zostało ono stworzone siłą oręża, wynika z religijnego obowiązku każdego wyznawcy islamu – uczestnictwa w dżihadzie, świętej wojnie przeciw „heretykom”, którym to mianem określani są wszyscy innowiercy, choć zarówno Mojżesz, jak i Jezus uważani są przez Koran za proroków.


„ISLAMSKA BOMBA A”


„Pierworodnym grzechem” cywilizowanego świata było przejście do porządku dziennego nad tą sprawą. Nie podjęto wysiłków, by zdławić w zarodku – oczywiście nie środkami militarnymi, ale politycznymi i religijnymi – próby zastosowania podziału religijnego do walki politycznej. Demonstracje potępiające USA, organizowane przez niektóre państwa fundamentalistycznego islamu i „postępowe” koła w Europie Zachodniej, kontynuowały w istocie drogę wprzęgania wiary w rydwan polityki.
28 maja 1998 r. Pakistan dokonał pierwszej próby z bronią jądrową. Bodźcem były zbrojenia nuklearne Indii, z którymi Pakistan od 1948 r. toczy spór o Kaszmir. Charakterystyczne jest jednak określenie pakistańskiej bomby przez ówczesnego prezydenta tego państwa jako „pierwszej islamskiej bomby atomowej”. To wskazuje na religijny stosunek islamu do broni. W bitwie pod Badr bojownicy Mahometa posługiwali się dzidami i szablami, w przyszłej wojnie z „heretykami” pakistańscy fanatycy mogą sięgnąć po bombę atomową. Zasada pozostaje niezmienna.
W 1945 r. USA użyły broni atomowej. Ale nikomu na myśl nie przyszło określenie amerykańskich – a potem brytyjskich czy francuskich – bomb przymiotnikiem „chrześcijańskie”. Nawet ZSRR, który lubował się w nadużywaniu słów „ludowy”, „pokojowy”, „socjalistyczny”, nie nazwał tak swych bomb. Podobnie Izrael nie określił swojej broni atomowej jako „judaistycznej”. Odnoszenie się ze zrozumieniem do religijnego zacietrzewienia czy okazywane niekiedy przez Zachód zrozumienie dla motywów fundamentalistów oznacza umożliwienie im spełnienia zbrodniczych zapowiedzi. 
W artykule pt. „Islam w końcu XX wieku” (suplement Nowej Encyklopedii Powszechnej, wyd. 1999) prof. Marek Dziekan pisze, że „najważniejszym celem muzułmanina jest walka z wszystkim, co nie jest czystym islamem”. Walka? Ale jakimi środkami? 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl