Ciemna miłość

Jerzy Jedlicki 



I

 

Muzyka tych wierszy, ich rytm regularny, rzekłbyś – klasyczny, wtem nieoczekiwanie złamany, skrócony, niespokojny. Zestrojenia słów, asonanse zaskakujące, kunsztowne, a przecież tak naturalnie wtopione w tok zdania, jakby to oczywiste było, że myśli się taktem i brzmieniem. 
Malarskość tych wierszy, ich świetlistość, paleta barw – czerwonawa ziemia, biel ołowiu, szkarłat marzanny, farby Tycjana, glina Michała Anioła, poświata Vermeera, dzbanów poufne szeptanie ze stertą jabłek, zieleń lasu, czułość aksamitu, dotykalny obraz świata. 
Urzeczenie pięknem słonecznej chwili, zatrzymanie jej w sobie, żeby nie przeoczyć tego mgnienia pomiędzy było a nigdy nie będzie. Zachować to lśnienie, choć blade, jeszcze rozjarzyć smugę jasności – tak skąpej, wiotkiej, pospiesznie umykającej w zmierzch, w czerń, w niebyt. Bo światło sączy się przez szczeliny nocy, przedziera się przez ból, przez chłód, przez sen.
I tak właśnie objawia się nam świat: w przebłyskach i olśnieniach, w cząstkach i okruchach. Przez okruchy poznajemy, przeczuwamy całość i to, co zakryte:

Nie ujmę Twego świata w moje myśli ciasne, 
więc syp mi go okruchem – jakbyś karmił
ptaka;
w okruch świata z upartym mozołem
się wpatrzę,
czytając go jak fresku zniszczałego fragment –
aż w tle cień Twojej Ręki zamajaczy z nagła. 

(„Wpatrzenie”)

Podobnie i życie nasze, którego sens wciąż umyka i myśli się gubią, choć starannie wplecione w słowa, i jedynie

Odprysk jakiś zostanie
odkruszony w biegu,
ułomne zdanie, 
które przez przesłyszenie,
przez czas i oddalenie
ktoś weźmie za – przesłanie. 

(„Odprysk”) 

Pokruszona jest przeszłość, roztrwoniona pamięć, gmach życia widać niewyraźnie, jak przez mgłę, bo przed oczyma przepływają tylko odłamki jakichś zdarzeń, pejzaże, domy, bliskie twarze („Krótkowzroczność”):

Gmachy, obrazy, w szarawej zamieci
ciągną się za mną jak kurzawa senna.
I wyczytanych myśli pył osiada suchy
i przeżytego życia sypią się okruchy...

(„Proch”)

Okruchem jest i wiersz, niby zakończeniem rozmowy, której początku nie znamy, urywkiem myśli, której reszta znowu zapadła w ciszę. Trzeba wsłuchać się w tę ciszę, w jej milkliwą wiedzę, w jej harmonię ciemną („Pełnia”), usłyszeć ból nieodstępny, niepokonany, rosnący, przeszywający kruche ciało nie kończącą się udręką i błyskiem nagłych rozświetleń. Wsłuchać się w trwożny niepokój mroźnej nocy,

kiedy przeszłość tak długa, że mgłą
się powleka,
kiedy przyszłość się kurczy jak liść zimowy
lekka, 

(„Zimowa modlitwa”)

usłyszeć rąk drżenie, serca kołatania, niecierpliwość, rozpacz – i przez wszystkie bóle i majaki przebijającą się miłości bezmierność i czułość.
Trzeba słuchać w skupieniu, żeby niczego nie uronić, bo w tych małomównych strofach jest ogromne zgęszczenie duchowej energii, kondensacja języka i formy, zachwycenie pięknem i porażenie okrucieństwem świata.
I jeszcze: dojmujący żal niespełnienia, niedosycenia, niezobaczenia i nieobjęcia, myśl o ulotności śladów rozsianych, rozwianych jak smuga popiołu na wietrze:

Przesypują się lata i śniegi,
gdzieś tam stoją doryckie szeregi.
Co widziałam? Kogo napotkałam?
Ptak przeleciał, okruchy sypałam,
śnieg przeleciał w oślepionym biegu,
ślad swój ręką pieczętuję na śniegu. 

„(Ja, poddanka...)” 

Przez skąpą jasność i gęstą ciemność poezja Joanny Pollakówny przebija się ku wielkiej tajemnicy, bada tamtą stronę myślą, tęsknotą, ufnością i zwątpieniem, pokorą i buntem. Jest w niej stale obecny Bóg nieobecny, ukryty, milczący, nieodgadniony:

Od lat mówię do Ciebie z ciemności
i w ciemność.
Ty milczysz do mnie. Nie chcesz mówić ze mną.
Czy jesteś za mrokiem, za śmiercią, któż wie?
Może tak – bo czemuż uparcie wciąż mówię?
Niebo masz pełne modlitw krzyczących o litość;
tyle zostało po tych, których zabito.
Na wodzie, w powietrzu, z pyłem po ziemi – 
te straszne strzępy modlitw, co robisz z nimi?
Przemilczasz. Aż się męka przesila i wchłania
w ciemną miłość Twojego milczenia i trwania. 

(„Ciemność”)

Są w tych tomikach wiersze-modlitwy tak piękne, jakich niewiele zna poezja polska naszego czasu. Jest odgadywanie tego, co potem, co po czekaniu niecierpliwym, po czarnym zmęczeniu, po zgiełku.

Jest pytań wyrój
i mus przemilczeń.

Bóg twarz zasłonił
czas skręcił bicz. 
( „Dojrzałość”)

II

Joanna Pollakówna skrupulatnie zawsze opatruje swe wiersze datami (przeważnie miesięcznymi) ich powstania. Jej poezje z ostatniego okresu, od lata 1999 do końca 2001 roku, rozproszone po czasopismach, a nowym zbiorem dotychczas nie objęte, cechuje podobna, tak łatwo rozpoznawalna dykcja, ten sam ton, choć jeszcze bardziej ściszony, intymny, jak rozmowa z kimś najbliższym, kto jest tuż obok i rozumie. Fraza stała się jeszcze prostsza, pozbawiona ornamentacji, ogołocona ze wszystkiego co niekonieczne, a jak dawniej poddana dyscyplinie języka, rytmu i emocji. 
Jest to smutna poezja pożegnań, rozstań z tym, co się kochało, ale pogodzona z nieuchronnością przeprowadzki, wolna od roztkliwiania się, unikająca wszelkiego rozedrgania. Jest w niej żal po wszystkich bliskich wspominanych w noce bezsenne, ale i coś ponadto. Bo przecież ze starych fotografii, z obrazów, z portretów patrzą na nas z uwagą jacyś ludzie na zawsze znieruchomieni w swym geście, uśmiechu, spojrzeniu: zostały po nich twarze przeminione, niczym gwiazdy przeświecające przez coraz gęstsze warstwy czasu. My zaś patrzymy na nich próbując – daremnie – spotkać ich wzrok, usłyszeć głosy gdzieś w pustce wybrzmiałe, wniknąć w dawno zgasłe życie, poznać – co? Co odgadnąć? („Portrety na nas patrzą”). A może tylko – przyjąć ich do swego grona?

Na te miejsca wygaszone
rzucam po słów kilka
Wsypują się w nocny piasek
milkną
Tak od tysiącleci
zasiewa się gąszcz śmierci
łączy nas 
w ludzki las

(„Listy kondolencyjne”)

Wciąż jeszcze trwają przywiązania, które nas łączą z przeżytymi dniami, latami, z całym łapczywie wchłanianym pięknem świata, z pięknością dzieł ludzkiej ręki i z każdą chwilą przelotnego szczęścia:

Nie zamartwiaj tej chwili.
Niech zostanie żywa
niech tętni
mimo że czas upływa
i mało dni.

Nie zamartwiaj tej chwili
niech się tli
póki jest

(„Nie zamartwiaj tej chwili”)

Tylko że poprzez tę chwilę zatrzymaną, przez ciszę osobności, wdzierają się raz po raz 

brud cały i zgroza 
krwotoki wojen 
przekleństwa i wrzask 
(„Cud słońca”)

Więc i to nie będzie nam oszczędzone. Na tym przełomie stuleci nie ma schronienia przed porażeniem nienawiścią i okrucieństwem, przed rozpaczą i współczuciem. Możemy doznać chwili ukojenia i zachwytu, ale nawet w najczystszej liryce i kontemplacji nie ma schronienia przed nieogarnionymi nieszczęściami świata. Można wierzyć, nie wierzyć, nie myśleć, nie wiedzieć, zapomnieć, wszystko to na nic. Czas ran nie goi, win nie zmywa, tylko piaskiem przysypuje krew, odciski zbrodni. Krzyk dziecka oszalałego zgrozą nie milknie w nocy, dosyca ból przeszywający ciało:

Więc bólowi zawierzaj.
Niech zgęści, dociemni
współczujący cień Krzyża
leżący na ziemi.


Można się jeszcze wsłuchać w szum drzew – to nie przenośnia żadna – drzew najzupełniej dosłownych, naszych przyjaciół nieodstępnych, naszych przyjaciół zrozpaczonych, tak mocno od lat wkorzenionych w świat tej poezji. A przecież i one cierpliwie czekają na Drwala: 

Drzewa drzewa
w ich koronach
geometria pokrzywiona
w niebo w niebo
kładka wąska
kładka giętka
po gałązkach
w niebo w niebo
drobnoskrętno
rwie się życia
spieszne tętno. 

(„Widok z okna”)

Urodę świata wchłaniać trzeba, dopóki można, smak wiatru oceniać i szorstkość, i gotowić się na czas odrywania, czas bezpragnienia i rozbezdomnienia. A tam może ciemność, a może – może wyjście z mroku i chłodu na jasność wielką. Może dopełnienie i dopowiedzenie kalekiej naszej tutejszości, jej okruchów, ułomków, przeczuć i niespełnień. Może objawienie sensu bólu i udręki.
Zatrzymać się nam wypada przed tą zasłoną, której rozum nie przenika. Liryka Joanny Pollakówny, jej miłość świata cieniem omroczona, to diament, który można przyjąć tylko z wdzięcznością. Każde słowo ponadto byłoby zbędne. 


Wiersze Joanny Pollakówny cytowałem według zbiorów: „Małomówność: wiersze wybrane 1959-1994”, Wyd. Pavo, Warszawa 1995; „Skąpa jasność”, Czytelnik, Warszawa 1999; wiersze rozproszone według pierwodruków w „Kwartalniku Artystycznym”, „Odrze”, „Tygodniku Powszechnym” i „Więzi”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl