Votum separatum

Czas przeszły dokonany

JÓZEFA HENNELOWA

 

My, ludzie wieku dwudziestego, w tym nowym tysiącleciu tylko tymczasowi już goście, moglibyśmy właściwie opracować takie kompendium zjawisk i obyczajów, które albo już całkiem, albo przynajmniej po trosze należą właśnie do czasu przeszłego, i to przeważnie przeszłego dokonanego. To znaczy znikły albo znikają. Wychodzą z użycia albo przynajmniej budzą zdziwienie. Przestają się przydawać albo uwierają anachronizmem niewygody – nie dla nas wprawdzie, my dalej poczuwamy je jako najbardziej nam odpowiadające – ale dla tej większości, która staje się coraz liczniejsza. A kiedy staną się już zupełnie niezrozumiałe albo nie do wyobrażenia bez ilustrowanej encyklopedii, będzie można mówić o czasie zaprzeszłym (kto pamięta, jak Melchior Wańkowicz nauczał córki, żeby wyrażały prośby w trybie warunkowym plusquamperfectum, bo tylko wtedy mają gwarancję ich spełnienia?).
Do takich zjawisk z czasu przeszłego dokonanego zdaje się przechodzić książeczka do nabożeństwa, bez której kiedyś, w innej epoce, nie szło się do kościoła. Już nawet nie myślę tu o mszaliku, przewodniku po liturgii niedzielnej, najlepszym kiedyś mistrzu duchowości. Myślę o „zwykłej” książeczce, tej z litaniami i Gorzkimi Żalami, tej z nieszporami po polsku i pieśniami drukowanymi w pełnych wersjach, choćby zwrotek było kilkanaście. Wszystko zastąpiły ekrany i rzutniki (często zresztą przysłaniające najpiękniejsze fragmenty architektoniczne koło wielkiego ołtarza). Nie poszliśmy śladami np. Niemców, którzy dalej używają – wypożyczanych – modlitewników, wyświetlając dyskretnie tylko liczbę oznaczającą stronę albo kolejny psalm. Pewnie dlatego, że tam w kościołach pustawo i książek nie trzeba zbyt wiele. Za to my tracimy dziś przyjaciela, jakim była ta nasza wieloletnia, a czasem już od Pierwszej Komunii ta sama książeczka – nie tylko źródło pamięci, ale także skarbnica pamiątek. Za okładkę wkładało się do niej kolejne obrazki: kolędowe, obrazki prymicyjne zaprzyjaźnionych księży, jubileuszowe. Chroniły się tam i przechowywały teksty modlitw gdzieś przez nas odkryte i warte zachowania. Także takie przepisywane ręcznie, na przykład w czas wojenny. Żeby już tylko wspomnieć o bezcennych świadectwach, jakimi na dalekich obczyznach, wygnaniach i zsyłkach były całe modlitewniki przepisywane ręcznie – jedyne przedmioty sakralne na pustyni zagorzałego ateizmu czy lodowatej obojętności.
„Tygodnik” w poprzednim numerze zamieścił „Dekalog z Asyżu na rzecz pokoju”, przejmujący dokument ostatniego spotkania Papieża i przedstawicieli wszystkich religii. Na razie znany tylko z biuletynu KAI, dziwnie późno przetłumaczony. Wydany w malutkim formacie, jak kalendarzyk, też pewnie znalazłby się za taką okładką modlitewnika, a potem po prostu w wydaniu następnym. Tak samo jak krążąca bardzo szeroko (a nie wiem do dziś, czyjego autorstwa) modlitwa ludzi starych. Albo rozpowszechniane przez krakowską Klinikę Hematologii w Krakowie „dekalog pacjenta”, „dekalog lekarza” i „dekalog Prymasa Wyszyńskiego”. Teksty, nad którymi warto rozmyślać nie jeden raz, ale wiele. Byle były pod ręką. W modlitewniku, który kiedyś zawsze zabierało się do kościoła.
Czas przeszły dokonany... Pewnie ten rejestr byłby długi, gdyby chcieć go kontynuować...

Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl