45 lat temu w sejmie PRL powstało Koło Poselskie „Znak”


Wiara, pragmatyzm i PRL

Z prof. Andrzejem Friszke, autorem książki „Koło posłów Znak w sejmie PRL 1957–1976”, rozmawia Marek Zając



MAREK ZAJĄC: – Co przeciętny Polak, który w niedzielę szedł do kościoła, w poniedziałek rano kupował dziennik miejscowego KW PZPR, a wieczorem słuchał Wolnej Europy, myślał 40 lat temu o Kole „Znak”, istniejącym od 1957 r. w sejmie PRL jako jedyny klub niezależny od partii komunistycznej i jej przybudówek?
ANDRZEJ FRISZKE: – Przeciętny Polak rzucał okiem na „Życie Warszawy”, ale polityka mało go obchodziła. Otaczający świat traktował jako narzucony, nikt przecież nie pytał go o opinię. Nadmierne zainteresowania czy aktywność polityczna oznaczały kłopoty. „RWE” słuchał, ale dlatego, że człowiek lubi wiedzieć, co się dzieje. Większości Polaków „Znak” był obojętny.
Cofnijmy się do początków Koła „Znak”. Polska jest jeszcze pod wrażeniem Października ’56. W sejmie pojawiają się katoliccy posłowie, funkcjonując niejako na przecięciu interesów państwa komunistycznego i Kościoła.
– Jedno zastrzeżenie: nie wolno traktować „Znaku” (to częsty błąd wśród publicystów) jako sejmowej reprezentacji Kościoła. Była to inicjatywa grupy katolików, którzy chcieli być lojalni wobec Kościoła, ale prowadzili własną politykę. Spotykali się z Prymasem Wyszyńskim, konsultowali niektóre decyzje, czasem się zgadzali, czasem spierali. Kościół nie brał za nich odpowiedzialności, ale oni dbali, by nie czynić nic przeciw Kościołowi, by służyć mu radą i bronić jego potrzeb wobec władz. 
Co nie znaczy, że Kościół nie wiązał z Kołem „Znak” nadziei. Prymas mówił posłom w 1957 r., by „dawali świadectwo prawdzie”. Ten enigmatyczny apel niewiele mówi o intencjach Prymasa.
– Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by znać całość zapisków kard. Wyszyńskiego, głównie jego „Pro memoria”, na razie nie udostępnione historykom. Znamy tylko dokumenty opublikowane przez Petera Rainę, ale ten skąpy wybór podporządkowany jest koncepcji Rainy apologetycznego opowiadania o Prymasie i kąśliwego przedstawiania „Znaku”, którego nie lubi. Na podstawie tych materiałów i dziennika Jerzego Zawieyskiego, jednego z liderów „Znaku”, można jednak pokusić się o odpowiedź. Otóż w latach 1958-59, w okresie zaostrzania polityki antykościelnej (spór o „Caritas”, o rozdział darów z zagranicy, religię w szkołach) Prymas oczekiwał od „Znaku” głównie mediacji z państwem. Mediacja ta skończyła się fiaskiem. Nie z winy Koła, po prostu władze nie zamierzały rewidować swej polityki, zdecydowanie dążyły do ograniczenia wpływu Kościoła na społeczeństwo, do zredukowania jego roli do ściśle religijnej.
Na progu lat 60., po zahamowaniu reform październikowych, zadawano sobie pytanie, czy Koło powinno dalej istnieć. Prymas i abp Wojtyła uważali, że nie ma sensu opuszczać sejmu. Odtąd „Znak” to głos wołającego na puszczy, bez realnego wpływu na politykę PRL, a jedynie podkreślający, że ta czy inna ustawa jest sprzeczna z przekonaniami katolików. I upominający się o wartości. Niekiedy posłowie musieli dawać świadectwo, wiedząc, że ich sprzeciw i tak nic nie zmieni. Czasem krytyczne przemówienia sejmowe oznaczały represje wobec ich środowiska. W 1961 r. „Znak” głosował przeciw ustawie o przejęciu przez państwo majątku kościelnego na „ziemiach zachodnich”. Ustawa i tak przeszła, a nakład „Tygodnika Powszechnego” obcięto o 10 tys. egzemplarzy. 
Dlaczego po Październiku ’56 władze zaoferowały grupie katolickich działaczy tych kilka sejmowych mandatów?
– Tu znów pojawia się problem źródeł. Nie udało się odnaleźć dokumentu, który jasno określałby cele, którymi kierowali się komuniści, proponując środowisku „Znak” wejście do sejmu. Nie ulega jednak wątpliwości, że po Październiku Gomułce chodziło o to, by zbudować jak najszerszy społeczny front porozumienia na rzecz reform i zachowania w kraju spokoju. Październik wyrwał społeczeństwo z letargu, a krwawe powstanie na Węgrzech budziło obawę, że silny ruch rewindykacji narodowych i politycznych może, jak na Węgrzech, wymknąć się spod kontroli. Wskazywało to na potrzebę uspokojenia nastrojów i szukania konsensusu wokół programu ostrożnych, ale demokratyzujących kraj reform. Gomułka zwracał się do różnych środowisk. W ówczesnej sytuacji „Znak” nie mógł powiedzieć, że go to nie obchodzi. Wszyscy mieli świadomość, że waży się przyszłość Polski. 
Potem, od 1958 r., władze zmieniły politykę wobec „Znaku”. Był im przydatny w tym sensie, że ułatwiał kontakty z Prymasem. Z drugiej strony – i przez późniejsze lata działalności Koła było to poważne zagrożenie – komuniści usiłowali sprowokować „znakowców”, ludzi wiarygodnych i głęboko wierzących, do krytykowania Prymasa. Władze mogłyby wtedy powiedzieć: patrzcie, oni też twierdzą, że Wyszyński nie ma racji. Chodziło o to, by Prymas był krytykowany przez miarodajne środowiska kościelne. To się nie udało i po 1966 r. właściwie władze nie miały już żadnego interesu w utrzymywaniu Koła. Nie dążyły jednak do jego likwidacji, ale do „paxizacji”, czyli do zastępowania osób niepokornych katolikami lojalnymi wobec PZPR. Tą metodą „odcinania” posługiwano się i wcześniej: w 1961 r. partia nie zgodziła się na kandydowanie Zbigniewa Makarczyka, w 1965 r. była zadowolona, że nie kandyduje Stefan Kisielewski. 
Tych pierwszych pięciu „znakowców” z 1957 r. stawiało sobie pewne cele. Stomma czy Zawieyski to ludzie głęboko wierzący, a z drugiej strony polityczni pragmatycy, skłonni do kompromisów.
– Warto przypomnieć tekst Stommy z 1946 r., zatytułowany „Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików”. Jego sens był taki: komuniści zdobyli władzę, tego zmienić nie można, w tej sytuacji walka o katolicki program społeczny, ustrojowy jest beznadziejna, musimy skupić się na obronie podstawowych wartości i tożsamości, rozwijaniu katolickiej kultury intelektualnej, a gdy sytuacja się zmieni, z tego kapitału będzie można czerpać. „Znak” charakteryzowało przekonanie, że polityka to nie tylko szybka realizacja celów, ale i przypominanie do znudzenia pewnych spraw. Tak, by wpisały się w świadomość społeczeństwa, a nawet władz. „Znakowcy” przypominali hasła Października: że władza musi szanować obywatela, że powinien następować może wolny, ale stały postęp demokratyzacji, Kościół jest trwałym elementem kra-ju, a kultura polska nie powstała po 1945 r. i od początku związana jest z Zachodem. 
Na pozycję „Znaku” kluczowy wpływ miały stosunki Prymasa z pierwszymi sekretarzami PZPR. Relacje z Gomułką były złe. „Znakowcy” oburzali się nawet, że Wyszyński porównuje go do jego węgierskiego odpowiednika Kadara.
– I irytacja ta była słuszna, bo Kadar miał od początku krew na rękach. W osłupienie wprawiała też Zawieyskiego opinia Wyszyńskiego, że Bierut był od Gomułki bardziej komunikatywny, a więc w pewnym sensie lepszy.
Lata 1958-67, okres ostrych konfliktów Kościół–państwo, nie niosły jednak radykalnego zagrożenia dla niezależności wewnętrznej Kościoła. Bierut chciał Kościół rozbić, zerwać więź z Rzymem, przekształcić w organizację faktycznie rządzoną wedle reguł nomenklatury. Gomułka zaś traktował Kościół jako byt suwerenny, z którym musi się zmagać, bo w jego psychice komunisty nie mieściło się, że na obszarze kontrolowanym przez państwo może istnieć instytucja tak niezależna i ekspansywna. Chciał zepchnąć Kościół do kruchty, usunąć na margines życia publicznego. Ale nie podjął próby wprowadzenia na miejsce Wyszyńskiego innego biskupa, który będzie powolny jego rozkazom. Szczytem represji wobec Prymasa była odmowa paszportu, dalej Gomułka się nie posunął. Stosowano liczne szykany wobec Kościoła, są one opisane przez historyków, walczono o laickie wychowanie młodzieży, ale zarazem pogodzono się z powszechnym nauczaniem religii w punktach katechetycznych, co było ewenementem w „bloku” komunistycznym. 
– A Edward Gierek?
– Gierek poszedł krok dalej niż Gomułka. Wiedział, że w Marcu ’68 i Grudniu ’70 Kościół studził nastroje. A to znaczyło, że Kościół jest przeciwnikiem ideologicznym, ale i przewidywalnym partnerem o ogromnych możliwościach. W pierwszej połowie lat 70. Gierek chciał łagodzić wszelkie konflikty i także z Kościołem szukał spokojnej koegzystencji. Ale i Kościół nie liczył już na większe ustępstwa. Po 1956 r. marzył o rozbudowie prasy religijnej, katechezie w szkołach, ogólnopolskiej organizacji młodzieżowej. Po 1970 r. takich postulatów nie wysuwał. Uciera się wtedy modus vivendi: obie strony prowadzą „politykę rzeczy możliwych”. Jeśli Kościół domaga się np. dostępu do radia i TV, nie oznacza to od razu sporu, bo jest to postulat stawiany „perspektywicznie”. Więc i mediacja „Znaku” przestaje być potrzebna. Od 1971 r. istnieją bezpośrednie kontakty między władzą a Episkopatem.
Czy głosowanie w sejmie z 1976 r., gdy Stomma nie poparł wprowadzenia do konstytucji PRL zapisu o „przewodniej roli PZPR” i „przyjaźni z ZSRR”, i co było końcem niezależnego Koła, nie było sprzeczne z owym modus vivendi?
– W poprzedniej dekadzie koncentrowano się na religii, tradycji, kondycji duchowej narodu. Połowa lat 70. to w Kościele, także u kard. Wyszyńskiego, okres częstszego zabierania głosu w sprawach politycznych i społecznych. Symptomem tej ewolucji w myśleniu Prymasa są „Kazania świętokrzyskie” z 1974 r. Gdy więc rozpoczyna się dyskusja nad zmianami w konstytucji PRL, stanowisko Episkopatu jest wyraźne. Kościół polemizuje z władzą i z satysfakcją obserwuje inteligencki ruch protestu. Gdy jednak posłowie „Znaku” przychodzą przed głosowaniem do Prymasa, to oświadcza on, że to, co myśli o poprawkach, wszyscy już wiedzą, a posłom nic kazać nie może. Oraz... apeluje o jedność. Dlaczego? Bo od 1968 r. Wyszyński wierzy, że każda placówka związana z Kościołem powinna działać jak najdłużej. Kiedy po agresji na Czechosłowację posłowie „Znaku” chcieli złożyć mandaty, Prymas im to odradzał.
Jak Prymas zareagował na rozłam, który nastąpił po głosowaniu w 1976 r.? Grupa Janusza Zabłockiego przejęła wtedy, wbrew większości środowiska, nazwę „Znak”.
– Swoje zdanie wyraził pośrednio: utrzymywał kontakt z ludźmi tzw. „starego Znaku” skupionymi wokół Stommy, „Tygodnika” i KIK-ów, a ochłodził stosunki z tzw. grupą Zabłockiego, która postanowiła wbrew Stommie zostać w Sejmie. Po kolejnych wyborach Prymas nie przyjął „nowego Znaku”, choć wcześniej zawsze posłów Koła przyjmował. Jednocześnie nie zerwał stosunków z indywidualnymi osobami, które weszły do sejmu. To przykład, że polityka Wyszyńskiego nie była tak zasadnicza, jak się dziś często przedstawia. Była elastyczna, zależna od okoliczności. Bo i PRL nie był monolitem: system się zmieniał i na każdym etapie pojawiały się inne dylematy.
Przed „Znakiem” też stało wiele dylematów, np. czy lepiej protestować, czy stosować ostrożną perswazję. Posłowie decydowali się raczej na perswazję, ale w Marcu ’68, gdy wystąpili w obronie studentów, można mówić wręcz o „krzyczącym proteście”. Skąd ta zmiana taktyki?
– Od Października nie było protestu społecznego na taką skalę jak w Marcu. „Znakowcy” uważali się za część społeczeństwa, a nie establishmentu, i dlatego byli solidarni ze studentami. Poza tym idee Marca były im bliskie. Już w grudniu 1967 Stomma mówił w Sejmie, czego domaga się Koło: to przemówienie jest niemal listą późniejszych postulatów studenckich.
Złożona w sejmie przez „Znak” 11 marca 1968 r. interpelacja w sprawie bitych studentów groziła likwidacją Koła, a może też KIK-ów i „Tygodnika Powszechnego”. Czy posłowie mieli tego świadomość? Raczej nie. Protesty trwały dopiero trzeci dzień i „znakowcy” nie znali jeszcze ich wagi i skali. Zresztą nie wydali PZPR wojny totalnej: w przemówieniu Zawieyskiego z 10 kwietnia 1968 r., podczas debaty nad tą marcową interpelacją, jest protest przeciw represjom, ale i próba mediacji; kluczowym słowem jest tu „dialog”. Zawieyski adresował to wystąpienie do Gomułki, jakby przypominał mu o Październiku.
– Dlaczego Koło przetrwało zawieruchę 1968 roku?
– Po tamtej kwietniowej debacie, „Znak” w tamtym systemie nie miał już prawa istnieć. W PRL nie było zwyczaju, aby jakiś podmiot życia publicznego, który wdał się w polityczną polemikę z komunistami, i to na takim forum, mógł nadal funkcjonować. Padły słowa o „reakcyjnej resztówce” powiązanej z wrogimi siłami, a później cisza, brak prawdziwych konsekwencji, co było demoralizujące dla partyjnego aparatu. Przetrwanie Koła to prawdopodobnie zasługa Zenona Kliszki, członka władz PZPR i „drugiego” po Gomułce. Kliszko szukał przeciwwagi dla „PAX”-u i dla Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego, które przeszły do wrogiego mu w strukturach władzy „obozu” Mieczysława Moczara, odwołującego się do komunizmu połączonego z nacjonalizmem.
W 1968 r. nikt nie mógł zarzucić „znakowcom” braku odwagi. Taki zarzut pojawił się jednak wcześniej, gdy w 1966 r. rozpętała się nagonka na Kościół za list do biskupów niemieckich. Sejmowe wystąpienie Zawieyskiego odebrano wtedy jako bojaźliwe. Posłowie „Znaku” byli w trudnej sytuacji: Prymas nie powiadomił ich o liście, a przed debatą w sejmie odmówił nawet udostępnienia jego tekstu.
– To był błąd Wyszyńskiego. Postawił posłów „Znaku” w niewesołej sytuacji: oczekiwał obrony Kościoła i treści orędzia, a oni nie znali tekstu. A kiedy potem wybuchł konflikt Kościół–państwo wokół obchodów tysiąclecia chrztu Polski, posłowie zachowali się niezręcznie: bardzo długo milczeli. Może był to wynik rozczarowania sprawą listu: nie wiedzieli, czy Kościół traktuje ich serio. Poza tym nie odpowiadał im charakter uroczystości kościelnych związanych z Millennium.
– Podsumowując: czy Kołu udało się zrealizować to, czego chciał Kościół?
– Nie. Po pierwsze, to było niemożliwe. Po drugie, Koło nie zakładało, że będzie transformacją polityki kard. Wyszyńskiego. Posłowie działali na własny rachunek, choć robili wszystko, by być w jedności z Kościołem. Poza tym, jak wspominałem, polityka Episkopatu ewoluowała, więc zmieniały się i oczekiwania wobec „Znaku”. 
Ale Kościół coś zyskał: bez „znakowców” konflikty władze–Episkopat byłyby ostrzejsze. To, że Stomma i Zawieyski rozmawiali najpierw z Kliszką i Gomułką, a potem z Prymasem, nie prowadziło do błyskotliwych kompromisów, ale obniżało temperaturę sporu. Pod wpływem takiej mediacji władze wycofywały się, często po cichu, z niektórych represji. Przykładem sprawa punktów katechetycznych, które powstały przy parafiach po usunięciu religii ze szkół. W ZSRR nauczanie religii było przestępstwem, „agitacją polityczną” nieletnich. W PRL lokalny aparat partyjny próbował najpierw kontrolować punkty katechetyczne i paraliżować je. Rozmowa Prymasa z Gomułką, do której doszło dzięki Zawieyskiemu, doprowadziła do tego, że władze, choć nie uznały tej katechezy, przestały ją czynnie zwalczać. I PRL była jedynym krajem w „bloku”, gdzie prawie cała młodzież uczęszczała na katechezę, choć nie było jej w szkole.
– A władze PRL?
– Też coś zyskały. Na początku – przynajmniej tak myśleli komuniści – pewna grupa katolików, ta „reakcyjna” (mówiąc językiem władz) z natury część społeczeństwa, do której nigdy nie dotarłby „PAX”, mogła powiedzieć: żyjemy w państwie ułomnym, ale polskim, mamy w sejmie katolickich przedstawicieli. Dzięki „Znakowi” część katolików wróciła z wewnętrznej emigracji i uczestniczyła w życiu kulturalnym, intelektualnym czy społecznym. Działalność Koła sprzyjała też budowaniu lepszego wizerunku Polski na Zachodzie, jako kraju bardziej tolerancyjnego od innych „demoludów”. Przyczyniała się także do normalizacji stosunków z Niemcami Zachodnimi: ludzie „Znaku”, szczególnie Stomma i Tadeusz Mazowiecki, pracowali nad polsko-niemieckim pojednaniem, czego partia z powodów ideologicznych nie chciała czynić. Stomma wypowiadał się na Zachodzie jako osoba prywatna, ale przecież był członkiem sejmowej komisji spraw zagranicznych, więc jego wypowiedzi miały pewien ciężar gatunkowy. Wreszcie, Koło pluralizowało polski katolicyzm, reprezentowany nie tylko przez hierarchię, ale i elitę świecką, bliższą ideom Soboru niż Wyszyński. Środowisko „Znaku”, „Tygodnika”, KIK-ów i „Więzi” kształtowało ważny nurt w świeckich elitach katolickich.
A posłowie „Znaku”? Czy osiągnęli to, co zamierzali? Jerzy Turowicz zażartował kiedyś: „Stomma z Kisielewskim piszą memoriały, smrodu z tego dużo, a pożytek mały”.
– „Znakowcy” nie mogli odczuwać satysfakcji, że zrealizowali to, co sobie założyli. Na fali październikowych nadziei myśleli o państwie praworządnym, racjonalnym, neutralnym światopoglądowo, w którym katolicy nie będą szykanowani. Ale polityka PRL poszła w inną stronę. Czy posłowie „Znaku” mogli dokonać więcej niż uczynili przez te prawie 20 lat? Nie, bo nie mieli możliwości wpłynięcia na jakąś głęboką zmianę polityki partii.
I wtedy, i dziś spór dotyczy jednak innego pytania: czy w chwili, gdy jasne już było, że władze PRL wycofują się z liberalizacji państwa, zapowiadanej w 1956 r., posłowie „Znaku” powinni byli opuścić sejm? Tu nie będzie jednoznacznej odpowiedzi. Ale dwie rzeczy nie ulegają wątpliwości. Gdyby „Znak” demonstracyjnie opuścił wtedy sejm, władze prawdopodobnie zlikwidowałyby KIK-i, „Tygodnik Powszechny”, może też miesięczniki „Znak” i „Więź”. Partia nie miała powodów, by tolerować te niezależne instytucje, gdyby nie miały one sejmowej reprezentacji. Zaangażowanie w oficjalną strukturę, a tym samym jakby legitymizowanie jej, to była cena. Po drugie, gdyby nie „Znak”, na linii państwo–Kościół dochodziłoby do częstszych i ostrzejszych konfliktów. A to odbiłoby się negatywnie na losach wtedy żyjących Polaków, i na przyszłości Polski. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl