Po śmierci Marion Gräfin Dönhoff (1909–2002)


Przesłanie

Tomasz Fiałkowski



Marion Gräfin Dönhoff – niemiecka publicystka, współtwórczyni tygodnika „Die Zeit”, przyjaciółka Polski i Polaków – zmarła 11 marca na zamku Crottorf w wieku 92 lat. Aktywna niemal do końca, mimo przebytej w zeszłym roku ciężkiej operacji, jeszcze w styczniu brała udział w cotygodniowej naradzie redakcyjnej.


„Trudno byłoby dziś żyć, gdyby człowiek nie był optymistą” – mówiła dwa lata temu w wywiadzie dla „Tygodnika”. Pytana o kryzys niemieckiej partii chadeckiej wywołany ujawnieniem nielegalnych źródeł jej finansowania, o sukcesy polityczne austriackiego populisty Haidera, o ochłodzenie stosunków polsko-niemieckich, zachowywała w swych sądach powściągliwość i zdrowy rozsądek. Przyjechała wtedy do Warszawy na promocję swojej biografii. Kilka tygodni wcześniej obchodziła 90. urodziny, trudno było jednak w to uwierzyć, patrząc na szczupłą, prosto się trzymającą panią, jak zwykle w białej bluzce i skromnym beżowym kostiumie, która zeszła do nas do kawiarni hotelu „Bristol”. 
Potomkini rodu, który przed sześciuset laty przywędrował z zachodu nad Łynę i Pregołę, zawsze zdawała się ucieleśniać wszystkie cnoty nielubianej u nas tradycji pruskiej. Prostolinijność, pracowitość, sumienność, odpowiedzialność, zdecydowanie, trzeźwość sądu i pewna surowość przejawiająca się nawet w stroju – a przy tym romantyczne przywiązanie do ziemi rodzinnej, do jej lasów, jezior i łąk. Utraconych na zawsze – co do tego nie miała wątpliwości, nie tylko dlatego, że barokowy pałac w rodzinnym majątku Friedrichstein, gdzie się urodziła, został po wojnie zrównany z ziemią. Świadomość „końca Prus Wschodnich” zrodziła się w niej już wtedy, gdy w styczniu 1945, uciekając na koniu imieniem Alaryk przed nadciągającą Armią Czerwoną, przekraczała most na Nogacie. „Jakby wymazano siedemset lat historii” – pisała w pięknym szkicu otwierającym jej pierwszą książkę, „Nazwy, których już nikt nie wymienia” (1962). Domagała się tylko prawa do pamięci i tej pamięci pozostała wierna. „Może to najwyższy stopień miłości: kochać, nie posiadając” – często przytaczane zdanie stanowiło rzeczywiście jej credo.
Z lekcji historii umiała wyciągnąć konsekwencje polityczne. Piewczyni wschodniopruskiej ojczyzny stała się jednym z architektów polsko-niemieckiego pojednania. Arystokratka o demokratycznych przekonaniach, zawsze była mistrzynią w łączeniu przeciwieństw: „Dziwna równoczesność przywiązania do tradycji i ciekawości nowego, pamięci i woli prognozowania, pruskiego ducha i kosmopolityzmu jest zasadniczym rysem jej dzieła” – zauważył Andreas Platthaus na jej 90-lecie. 
„Temat polski” był tylko jednym z wątków publicystyki Marion Dönhoff, choć zarazem stanowił ważny punkt niemieckiego rachunku sumienia. Trybuną stał się dla niej hamburski tygodnik „Die Zeit”, którego była współtwórczynią, dziennikarką, redaktorką naczelną i wydawczynią; głos nowych Niemiec podejmujących rozliczenie z przeszłością, przez wiele lat główny autorytet dla środowisk liberalno-lewicowych. „Przez dziesiątki lat czytałem ją, pozostając pod wrażeniem ostrości jej analiz, trafności jej komentarzy, zwłaszcza zaś szerokości politycznego horyzontu, który otwierała jej myśl” – napisał teraz prozaik Siegfried Lenz, autor „Muzeum ziemi ojczystej” i krajan Marion Dönhoff, urodzony w Ełku. Czasem myliła się w swoich prognozach, a jej wypowiedzi po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego raziły nadmierną wyrozumiałością wobec ekipy generała Jaruzelskiego. Zawsze jednak postępowała w zgodzie z własnym przekonaniem, nie starając się niczyj poklask. 
Na łamach „Die Zeit” poruszała dziesiątki ważnych tematów. Oddawała hołd swym przyjaciołom, uczestnikom spisku 20 lipca przeciw Hitlerowi, krytykowała politykę aliantów wobec okupowanych Niemiec i pisała o niemieckich zbrodniach. Komentowała niemiecką scenę polityczną, analizowała przemiany społeczne w Stanach Zjednoczonych i atakowała apartheid w Afryce Południowej. W 1994 roku – miała już blisko 85 lat! – po zlocie punków, którzy zdemolowali połowę Hannoweru, zaprosiła do redakcji trzech uczestników zajść, usiłując w rozmowie z nimi dociec założeń ideologii ruchu punk. 
Dziennikarstwo okazało się jej powołaniem, choć gdy zaczęła pracę w „Die Zeit”, miała już 36 lat i doktorat z ekonomii obroniony przed wojną w Bazylei na podstawie pracy o historii gospodarczej rodzinnych dóbr. Uprawianie zawodu dziennikarza było dla niej nierozłącznie związane z przyjęciem pewnego systemu wartości, z wewnętrzną busolą, którą bezwzględnie trzeba się kierować. Istotniejsza też była treść przekazu, aniżeli jego forma. Toteż niepokoiły ją przemiany zachodzące w mediach, pogoń za sensacją, rezygnacja z zasad, terror „oglądalności”, który sprawia, że na ekranach królują „plotka, seks i przemoc” – jak pisała w 1994 roku w artykule „Dziennikarstwo – zawód bez moralności?” Nie proponowała zakazów – wzywała raczej do opamiętania. 
„Nie ma nic niebezpieczniejszego niż Marketing-Journalismus, zwracanie uwagi tylko na wielkość nakładu, utrzymywanie, że to nie informacja jest najważniejsza, lecz rozrywka – mówiła w marcu 2000 w rozmowie z „Tygodnikiem”. – To myślenie krótkowzroczne, zawsze przychodzi moment, że ludzie mają rozrywki powyżej uszu... Oczywiście, jest to dosyć bolesne, kiedy się obserwuje, że podobne pisma nas wyprzedzają. Ale musimy działać tak, jak w bajce o zającu i jeżu. Jesteśmy jak ten jeż – siedzimy sobie, czekamy i kiedy wszyscy mają już dosyć, okazuje się, że to my jesteśmy na właściwym miejscu”. I w tym była optymistką. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl