O wszystkim

Jedno słowo za dużo

ANDRZEJ DOBOSZ

 

Andrzej Rostworowski (1899–1980), autor zajmującego pamiętnika „Ziemia, której już nie zobaczysz”, pisanego w latach 60., a wydanego przez Czytelnika w roku 2001, opowiada o klasówce z logiki, którą miał zimą 1917 w maturalnej klasie, w polskim gimnazjum w Moskwie. „Trzeba było napisać jakąś definicję, którą zresztą doskonale umiałem. Profesor Leśniewski (Stanisław Leśniewski – wielki logik, współtwórca warszawskiej szkoły logicznej) wykładał bowiem nadzwyczaj zajmująco. Chcąc być jeszcze bardziej zrozumiany, dodałem do definicji jedno jedyne słowo – i zamiast »5«, oceny otrzymanej przez wszystkich, którzy dosłownie definicję napisali, dostałem tylko »3+« z uwagą „zanadto rozwlekłe”.
Pamiętnikarz doświadczył zresztą chyba wszelkich możliwych metod wychowawczych. Wczesne dzieciństwo spędzał w majątku wuja w piętrowym pałacu o dwudziestu kilku pokojach na wysokim brzegu o sto metrów od Prypeci, pałacu otoczonym parkiem, który miał dwadzieścia albo i więcej hektarów. „Poza godzinami lekcji dzieci mogły niczym nie skrępowane biegać po całym parku, łowić ryby, chodzić do stajni, z daleka tylko i teoretycznie doglądane przez »pedagogium«, które miało swoje sprawy i zainteresowania. Pamiętam na tym tle dysputy, czy trzeba dzieci pilnować ściśle, czy nie? Wuj był za najdalej idącą autonomią, przytaczając opowiadanie, jak w pewnym domu, gdzie było dwanaścioro dzieci chowanych dość luźno, o stracie jednego z nich dowiedziano się dopiero, gdy ojciec wróciwszy z miasta rozdawał prezenty i został mu jeden w ręku”.
Gdy skończył 11 lat, został oddany do słynnego Zakładu Ojców Jezuitów w Chyrowie. Gmach liczący 327 pokoi i sal zachwycił go, a zarazem przeraził swym ogromem. Na dwu piętrach były tam w sumie dwa kilometry korytarzy. Każda z klas miała oddzielną sypialnię, salę do nauki, salę do rekreacji. Przemarsze przez korytarze odbywały się w milczeniu w dwóch szeregach. „W milczeniu wchodziło się do jadalni na 550 osób i dopiero na dzwonek prefekta generalnego, który jadał obiad razem z nimi, wolno było rozmawiać. Na koniec obiadu, na sygnał dzwonka trzeba było zamilknąć, co nie zawsze się udawało zrobić równocześnie”. Pobudka była o szóstej rano, cisza nocna o pół do dziesiątej. Lekcje trwały od 9 rano do pierwszej, z trzema kwadransami dużej pauzy i od czwartej do pół do szóstej. Przygotowanie lekcji zajmowało 4 godziny w trzech porcjach, z których pierwsza trwała od 8 do 9 rano. Na rekreację poświęcano dwie i pół godziny w dwu ratach. We wtorki i czwartki zamiast poobiednich rekreacji i lekcji odbywały się wycieczki-
-spacery. Zimą: łyżwy, narty, sanki. Latem kąpiele w rzece. Ta dyscyplina nie pozostawiła jednak Andrzejowi Rostworowskiemu żadnych złych wspomnień. W roku 2000 ukazał się nakładem WAM (w czasach mojej młodości oficyna ta nazywała się Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy) liczący 648 stron „Słownik biograficzny wychowanków – Chyrowiacy”. Lista ponad 6 tysięcy osób, które przeszły przez zakład, 1260 maturzystów zawiera wiele nazwisk, które odcisnęły trwały ślad w najrozmaitszych dziedzinach polskiej historii.
Pierwszy raz usłyszałem o Chyrowie od starszego pana z Krakowa, którego poznałem we wrześniu 1954 na Krupówkach. Były to moje pierwsze samodzielne wakacje. Wyjechałem w góry nieświadomy, że w miejscu zamieszkania trzeba się było zaopatrzyć w pozwolenie na pobyt w strefie przygranicznej. Bez tego papierka nie wolno było wkroczyć nawet do doliny Kościeliskiej. Po kilku godzinach przymusowego pobytu na Krupówkach zwierzyłem się z mego kłopotu budzącemu zaufanie jakimś przypadkiem spotkanemu nieznajomemu. Starszy pan roześmiał się mówiąc, że podobne historie były do przewidzenia i wyjął z plecaka parę papierków in blanco podstemplowanych przez jakąś krakowską instytucję. Wypisawszy moje dane na jednym z nich udzielił mi pozwolenia na wymarsz w góry. Zapamiętałem, że w tej rozmowie zdążyliśmy wspomnieć o naszych szkołach: on o Chyrowie, ja o liceum Batorego w Warszawie. Dziś myślę, że mógł to być właśnie pan A. R., który podczas pobytu w oflagu ukończył kurs technika budowlanego, a po wojnie, pozbawiony majątku, pracował do emerytury w Krakowie w przedsiębiorstwie zapór wodnych Hydrobudowa.
W szkole Batorego, przed maturą, dokonano próby wprowadzenia cokolwiek zakonnej dyscypliny, zresztą nie z inicjatywy nauczycieli, lecz organizacji ZMP. Lekcje domowe mieliśmy odrabiać w cztero-, pięcioosobowych kolektywach, w ściśle określonych godzinach. Brygada Lekkiej Kawalerii miała sprawdzać, czy godziny są przestrzegane. Jednoosobową Brygadą Lekkiej Kawalerii byłem ja. Spotykani po latach koledzy z klasy nie żywili do mnie pretensji z racji mych kawaleryjskich rajdów, w trakcie których znalazłem grupę, w której nie bez swawoli przygotowaliśmy się skutecznie do matury.
W tej chwili na myśl, że może wśród czytelników jest mój starszy kolega z Batorego, a zarazem ulubiony profesor logiki dr Jerzy Pelc, którego pasjonującym wykładom zawdzięczam, że wytrwałem na pierwszych latach polonistyki (1952–1954), gdzie dyscyplina była nie zakonna, lecz stalinowska, kończę i zaczynam się zastanawiać, co mógłbym skreślić.

Andrzej Dobosz

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl