Przebrane skarby

Bogusław Deptuła



Skarby Habsburgów, gromadzone przez wieki w całej Europie, stały się podstawą niezwykłego bogactwa wiedeńskiego Kunsthistorisches Museum. To z pewnością jedno z najzasobniejszych muzeów świata. Wystawa w warszawskim Zamku Królewskim niestety nie w pełni o tym przekonuje. 


Wiem, że nie można przewieźć całego muzeum. Wiem, że trudno liczyć na sprowadzenie największych arcydzieł, ale zarazem trudno zwalczyć uczucie niedosytu, oglądając warszawskie „Skarby Habsburgów”. Najbardziej mi brak jakiegoś niekwestionowanego malarskiego arcydzieła, które swoją obecnością potwierdziłoby rangę tej prezentacji. Można by też bez szkody zrezygnować z kilku obrazów czy tym bardziej strzelb, skoro najwyraźniej brakło miejsca na staranne wyeksponowanie tego, co przywieziono. Po co przywozić coś, by potem powiesić to w kącie? Tak jest na przykład z portretem Velazqueza. Może to jakaś kara za to, że nie jest to najlepszy spośród portretów infantek czy infantów z wiedeńskiego zbioru? 
Co gorsza, kulminacje następują w zupełnie niewłaściwych miejscach. Przeciętny, warsztatowy obraz Rubensa został starannie wyeksponowany, podczas gdy naprawdę wybitny, choć kameralny portret pędzla van Dycka niknie wśród innych płócien. Podobnie ze znakomitym Tintorettem czy Ruisdaelem. Sale Zamku, w których organizuje się wystawy czasowe, są wyjątkowo niewdzięczne, ale skoro wszyscy już o tym wiedzą, tym bardziej powinno się uważać. 
Poprzedniczką muzeów była Kunstkamera, czyli komnata, w której władca umieszczał najcenniejsze lub najbardziej osobliwe przedmioty i dzieła sztuki będące w jego posiadaniu. Zacytujmy katalog: „Kunstkamera była uważana za swoiste odzwierciedlenie kosmosu i summę ówczesnego stanu wiedzy na temat świata. Z tego względu gromadzono w niej nie tylko dzieła sztuki, tzw. artefakty, ale także naturalia, exotica oraz scientifica (przyrządy naukowe do badania kosmosu). Osobną grupę eksponatów stanowiły osobliwości – »cuda« natury, nauki i techniki, zwane mirabiliami”. Niskie i ciasnawe przestrzenie Zamku dobrze nadają się do tego, by spróbować w nich zaimprowizować kunstkamerę, gdzie wszystkie eksponaty po równo znaczą i zarazem nie znaczą, bo są cenne z najdziwniejszych powodów. Augsburski kielich ma czaszę wykonaną z płaskorzeźbionego orzecha kokosowego. W XVI wieku orzech ten był wielką osobliwością, został więc kunsztownie oprawiony w złocone srebro. Dziś podziwiamy robotę złotnika, a nie skorupę kokosa, bo ta przestała zadziwiać, skoro jest do kupienia w każdym supermarkecie czy warzywniaku. Szlachetne kamienie, cenne minerały, wreszcie ludzkie umiejętności przyciągają nieodmiennie.
Warszawska prezentacja pomyślana została jako Kunsthistorisches Museum w pigułce. Najpierw wstęp o Habsburgach-kolekcjonerach, z portretami najwybitniejszych z nich. Potem trochę o ich kolekcjonerskich pasjach i ikonografia pokazująca, jak to kiedyś owe zbiory prezentowano, zanim trafiły do obecnego budynku Muzeum wzniesionego przy Ringu za panowania miłościwego cesarza Franza Josepha. W tej części znalazły się między innymi dwa szkice Gustawa Klimta do fresków zdobiących wnętrze tego historycyzującego gmachu, z personifikacjami malarstwa średniowiecznego i renesansowego. Dalej wystawa postępuje w zgodzie z obowiązującym w Wiedniu rozkładem ekspozycji: zbiory starożytności, zbiory Kunstkamery, izba myśliwska i zbrojownia, galeria malarstwa. Nie była to koncepcja najlepsza z możliwych.
Najciekawszą osobowością pośród habsburskich kolekcjonerów był cesarz Rudolf II. Na swoją siedzibę wybrał Pragę i tam stworzył arcyciekawe środowisko artystów. Najwięcej było wśród nich złotników i malarzy. Cesarz osobliwie cenił technikę kamieniarsko-jubilerską zwaną pietra dura, polegającą na tworzeniu niewielkich obrazków z precyzyjnie wycinanych kolorowych półszlachetnych kamieni, głównie jaspisu i agatów. Bogactwo form i kolorów nie ułatwia oglądania tych dzieł, ale gdy się w nich zagustuje, trudno oderwać oczy. Równie charakterystyczne było łączenie w jednym przedmiocie kamieni z metalem. Wiele takich obiektów możemy na wystawie zobaczyć, zarówno rzeźb, jak i „przedmiotów użytkowych”, które jednak ze względu na swoją drogocenność nie były przeznaczone do codziennego użytku. Podobnie jak ozdobne pistolety, strzelby czy mundury, tworzone od początku bardziej dla oczu niż rąk.
Wśród malarzy Rudolfa II najsławniejszy był Arcimboldo, znany z przedziwnych „portretów”, które powstawały z antropomorficznych akumulacji przedmiotów. Niestety w Warszawie zabrakło jego obrazów. Możemy podziwiać za to dzieło Bartholomäusa Sprangera, najlepszego z tego grona. Był specjalistą od scen erotycznych, szczególnie cenionych przez cesarza. Na wystawie znalazł się obraz „Wenus marznie opuszczona przez Ceres i Bachusa”. Ten cytat z komedii Terencjusza mówi o znaczeniu wina dla miłosnych zapałów. Obraz znacznych rozmiarów (160 x 100), precyzyjnie malowany, ma w sobie miniatorską dbałość o detale i lśnienie rodem z emalii. Doskonałość anatomicznego rysunku idzie o lepsze z subtelnością zgaszonej i ciemnej tonacji, znaczącej nocną porę sceny. 
Krytycy przyjęli wystawę bez entuzjazmu, inaczej niż publiczność, która licznie wypełnia sale Zamku. Żywość reakcji upewnia w słuszności decyzji sprowadzenia do Polski fragmentu habsburskich zbiorów. Akcentuje się chętnie wspólnotę historii Austrii i Polski, więzy personalne i dynastyczne. Nie da się ukryć – „Europa w rodzinie”, choć niestety od razu widać, kto w tej rodzinie jest ubogim kuzynem.


„Skarby Habsburgów”. Wystawa ze zbiorów Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Zamek Królewski w Warszawie, 26 stycznia – 7 kwietnia 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl