Orientalny Deskur

Tadeusz Chrzanowski



10 marca w dziwnym miejscu – w Zwierzynieckim Salonie Artystycznym przy ulicy Królowej Jadwigi 41 w Krakowie, gdzie jeszcze niedawno mieścił się oddział... Muzeum Lenina – otwarto wystawę poświęconą twórczości Józefa Deskura, artysty z epoki Młodej Polski niemal całkowicie i z pewnością całkowicie niesłusznie zapomnianego. 


Zapomnienie było następstwem kilku czynników: gwałtownej zmiany orientacji artystycznej, która miała doprowadzić do panawangardyzmu, jak również faktu, że ów artysta był przede wszystkim zamożnym ziemianinem, właścicielem dóbr w Sancygniowie w okolicy Pińczowa, gdzie zbudował okazały pałac. Ponadto żył krótko, zmarł w 1915 r, po dwuletniej ciężkiej chorobie, w wieku 54 lat. Ale nie był to ziemiański dyletant i – podobnie jak Michałowski – miał dobre przygotowanie zawodowe zdobyte w Monachium i Paryżu, brał udział w kilku wystawach i cieszył się znacznym uznaniem. A potem zniknął z artystycznej widowni właściwie bez śladu, zaś jego spuścizna została przez burze dziejowe znacznie przetrzebiona. 
Obecna wystawa nie jest premierą, ale powtórzeniem ekspozycji zorganizowanej przed paroma miesiącami w Kielcach w ramach cyklu poświęconego artystom regionu świętokrzyskiego. Do Krakowa sprowadzono ją dzięki staraniom potomków artysty, którzy gęsto obsiedli krakowską grzędę. Komisarzem wystawy i autorem większości materiałów składających się na piękny katalog jest pani Małgorzata Gorzelak. Obecna prezentacja jest więc zasługą Muzeum Narodowego w Kielcach i jego dyrektora Alojzego Obornego jako inicjatora, a Muzeum Historycznego Miasta Krakowa oraz Przewodniczącego Dzielnicy VII Miasta Krakowa jako gospodarzy. Lokal jest niezbyt wielki (choć jakoby mieszkał tu swego czasu sam Włodzimierz Iljicz), gęsto jednak w nim było od arystokracji i artystów, a Staś Deskur wygłosił piękne przemówienie o dziadku.
Józef Deskur zalicza się do symbolistów z wyraźną orientacją w kierunku sztuki Wschodu, przede wszystkim hinduskiej. Był malarzem i na wystawie jest kilka jego płócien, ale w pierwszym rzędzie był znakomitym (i tego określenia nie cofam!) rysownikiem, który wykonywał sporych rozmiarów kartony składające się w cykle. Najwybitniejszym przykładem jest cykl „Tysiąc nocy i jedna” do słynnych baśni arabskich, które w XIX w. zostały w Europie ponownie odkryte. Bogate w szczegóły przedstawienia wprowadzają widza w wirtualny świat artysty wizjonera; są tu motywy arabskie i hinduskie albo zgoła fantastyczne, które do treści podstawowych dołączają wiele elementów symbolicznych. Są też modne wówczas wątki erotyczne; kompozycje Deskura prezentują nieskazitelnie dorodne ciała młodych i doskonale zbudowanych kobiet, których, jak sądzę, w Sancygniowie przełomu wieków nie mogło być zbyt wiele, ale od czego wyobraźnia artysty? Cykl „Tysiąca nocy i jednej” liczy obecnie 14 kartonów, drugim liczebnie jest cykl „Sfinks” umieszczony w scenerii egipsko-mezopotamskiej. Trzeci cykl – „Wojna” – zdekompletowany i najsłabszy, nie odwołuje się do żadnej kultury starożytnej, a odniesienia do średniowiecza są najbardziej eklektyczne. Zachowało się też kilka obrazów olejnych Józefa Deskura: portrety i efektowny krajobraz ze stawem i jesiennymi drzewami. Jest też na wystawie kilka przykładów mebli projektowanych przez artystę i nieco materiałów fotograficznych.
Deskura trudno wywieść z licznych przecież symbolistów tamtego fin de sičcle’u. Dopracował się własnego stylu i własnej wizji. Nie bardzo przekonał mnie Wiesław Juszczak, snując analogie ze sztuką Williama Blake’a; ja bym upatrywał raczej powinowactw z wizjami Féliciena Ropsa. Analogię podkreśla silny element erotyczny, ale pozbawiony typowych dla Belga akcentów bluźnierczych. Któż zresztą w tej belle epoque dziełem lub czynem nie oddawał czci pani Venus? Mimo to polski symbolizm był zawsze podszyty pruderią i czymś w rodzaju zaściankowości, chociaż – jak wieść gminna głosi – i w zaściankach działy się rzeczy dziwne i nieskromne. 
Tak czy inaczej, fakt przypomnienia Deskura jest wydarzeniem ważnym i mam nadzieję, że dziedzica na Sancygniowie wpisze ostatecznie do polskiej historii sztuki, jako że zasłużył on sobie na godne miejsce w gronie tych artystów, z którymi kolegował i z którymi wyniósł sztukę tego kraju na wysoki piedestał. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl