Wielkopostne rekolekcje z „Tygodnikiem” (6)

Szaleństwo miłości

S. MAŁGORZATA CHMIELEWSKA

 

„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął.” 
(Łk 12,49) 



Minęło dwa tysiące lat i pragnienie Jezusa pozostaje żywe. Ziemia co prawda płonie, ale nie zawsze jest to ogień ewangelicznej miłości. Czujemy się bezradni wobec bezmiaru ludzkich tragedii, atakowani codziennymi wiadomościami o wojnach, głodzie, zbrodniach, katastrofach. Informacjami o bezrobociu i biedzie. Przytłoczeni ogromem problemów, na rozwiązanie których nie mamy przecież wpływu, opuszczamy ręce i nie robimy nic. I wtedy dopiero zło odnosi sukces. Czy Chrystus nie dał nam swojego Ducha? Ducha prawdy, mocy, mądrości? Czy wierzymy, że On jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata? „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka.” (J 14, 27)
Niebawem zasiądziemy do świątecznego stołu. Co tak naprawdę będziemy świętować? Wielkanoc jest przejściem ze śmierci do życia. Jest świętem, które przypomina nam, kim jesteśmy. Jakże często przypominamy zatrwożonych uczniów zebranych w Wieczerniku, opłakujących śmierć Pana i lękających się o własną skórę. A przecież my, ludzie ochrzczeni, mamy moc Ducha Świętego. Bez Chrystusa nic nie możemy uczynić. Z Chrystusem – wszystko. „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity.” (J 15,5).
„O cokolwiek będziecie prosili Ojca, da wam w imię Moje” – powtarza wielokrotnie Chrystus. Nie oznacza to jednak, że Pan Bóg jest skrzynką życzeń realizowanych natychmiast. Prosić Ojca w imię Jezusa to prosić o to, czego On pragnie, za co oddał życie. O miłość. Prosić to coś więcej niż wypowiadać prośbę. To pozwolić samemu Jezusowi krzyczeć we mnie: o pokój, o sprawiedliwość, za nienawidzących, aby zmiękły ich serca i ich ofiary, aby przebaczyły. To pokazywać Mu wszelkie nieszczęścia tego świata. Tutaj Panie i jeszcze tam. I w Afganistanie, i w Palestynie. W Afryce i Czeczenii. W sąsiednim bloku i na ulicy. Dlaczego w czasie niedzielnej Mszy Świętej odczytuje się zdawkowe i ogólne prośby z książki? A my, wierni powtarzamy grzecznie „Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Panie”, nie zastanawiając się często, o co prosimy. No o to, żeby wszyscy ludzie mieli co jeść. Ale przecież ci wszyscy ludzie składają się z konkretnych osób: bezrobotnego sąsiada, któremu mogę dyskretnie pomóc, afrykańskiego dziecka, które mogę „zaadoptować”, pomagając mu poprzez misjonarzy. Czy nasza modlitwa nie powinna brzmieć raczej: daj nam Panie odwagę i środki, abyśmy nakarmili głodnych w naszej parafii, mieście, wiosce w Kamerunie? 
Marta po śmierci Łazarza wyrzuca panu Jezusowi: „Panie, gdybyś tu był, mój brat byłby nie umarł.” (J 11,21). Panie, gdybyś tu był, mój brat nie umierałby wewnętrznie z powodu grzechu. Gdybyś był w sercach terrorystów, nie zabijaliby niewinnych. Gdybyś był w sercach rządzących, podejmowaliby mądre i sprawiedliwe decyzje dla dobra ludzi. Gdybyś tu był, ten pijak wyrwałby się z nałogu. Bądź zatem, bo wierzymy, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek poprosisz, tak jak wierzyła Marta i odzyskała brata. Przeszedł ze śmierci do życia. Iluż ludzi dzięki naszej miłości przeszło ze śmierci do życia? Oczywiście, Bóg nie potrzebuje naszych podpowiedzi, co ma robić. Bóg pragnie, abyśmy poczuli smak miłości. 
W ten sposób możemy rozpalać ogień, którego tak pragnie Chrystus. Czy nie o to chodziło Ojcu Świętemu, kiedy wezwał nas wszystkich do postu i modlitwy o pokój? Szaleństwu ciemności trzeba przeciwstawić szaleństwo miłości. 
„Kto nie jest ze Mną jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną rozprasza.” [Łk 11,23] Te dziwne słowa Pana Jezusa zrozumiałam zupełnie niedawno. Mieszkała z nami dość długo pewna kobieta, która chciała wstąpić do naszej Wspólnoty. Bardzo pobożna, oddawała niemałe przysługi w domu. Jednak cały czas „nie była z nami”. Niby nie występowała przeciwko nam, nie krytykowała, ale prowadziła swoje życie obok naszego. Nie jadała z nami, nie zadawała się z nami, nie dzieliła swoimi kłopotami i radościami. Dbała wyłącznie o swoją doskonałość. W końcu poprosiłam ją, aby dalej szukała swojej drogi. Można sobie wyobrazić, że w rodzinie każdy żyje osobno, nikt z nikim się nie kłóci, ale też członków rodziny nie łączy nic oprócz adresu. Sytuacja nie do wytrzymania. Kościół jest rodziną. Kościół boleśnie odczuwa rozdarcie, jakie niesie postawa letniości i chłodu, dlatego, że Kościół to Chrystus. Nie wiem, czy postawa otwartej wrogości nie jest w sumie łatwiejsza do zaakceptowania. Z wrogiem można dyskutować, spierać się, walczyć (jemu przynajmniej o coś chodzi), a ze swoim, ale obojętnym – nie. Jakże często w naszym życiu chrześcijańskim o nic nam nie chodzi, bo nas Chrystus nie obchodzi. Kiedy kogoś kochamy, staramy się zrozumieć jego pragnienia i uprzedzić spełnieniem jego prośby. 
„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął”. (Łk 12,49) 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl