W tym roku decydować się będzie „być albo nie być” Słowacji


Czekając na Mecziara

Patrycja Bukalska z Bratysławy



Słowacja ma niewiele czasu. W tym roku odbędą się wybory parlamentarne, a dwa miesiące później na szczycie NATO w Pradze rozstrzygnie się, czy Bratysława otrzyma zaproszenie do Sojuszu. Jeśli nie, pod znakiem zapytania stanie też akces do Unii Europejskiej. Ale starania Słowaków o dołączenie do Zachodu zablokować może nie tylko polityczne zmartwychwstanie Vladimira Mecziara. 


„W kwestiach kulturowo-etycznych prawo słowackie ma wyższość nad prawem Unii Europejskiej” – w czasie niedawnej dyskusji nad taką deklaracją w słowackim parlamencie politycy podzielili się na „lewicę” i „konserwatystów”. „Nasz kraj akceptuje korzenie, tradycyjne wartości i etyczne zasady cywilizacji europejskiej, które stworzyły duchową jedność Europy” – głosiła deklaracja, zaproponowana przez Ruch Chrześcijańsko-Demokratyczny. „Za” była prawa strona koalicji rządzącej i opozycyjny Ruch na Rzecz Demokratycznej Słowacji byłego i prawdopodobnie przyszłego premiera Mecziara oraz nacjonaliści; „przeciw” posłowie z postkomunistycznej Partii Lewicy Demokratycznej i paru niezależnych.
Słowacy w latach 90. dzielili się już na zwolenników federacji czechosłowackiej i narodowców, potem na populistów i demokratów. Deklaracja, odwołująca się do lęków przed „liberalną zgnilizną Unii” – i formalnie niepotrzebna, gdyż Unia w takie kwestie nie ingeruje – po raz pierwszy pokazała klasyczny podział na „lewicę” i „konserwatystów”, a język, w jakim prowadzono debatę, przypominał podobne polskie spory. Ale ważniejszy na Słowacji jest dziś inny podział: na antywęgierskich nacjonalistów, słowackich Węgrów i coraz mniejszą grupkę polityków, próbujących zachować neutralność.

MECZIARA WZLOTY I UPADKI

Prawdziwe znaczenie na Słowacji ma dziś to, co mówi opozycyjny „Związek na rzecz demokratycznej Słowacji” (HZDS), a właściwie przewodniczący Mecziar. Był już premierem trzykrotnie – i teraz szykuje się do przejęcia władzy po raz czwarty. Od miesięcy jego partia niezmiennie prowadzi w sondażach, zdobywając co najmniej 25 proc. poparcia. Mecziar znajduje się też na pierwszym miejscu w rankingu polityków, ciesząc się największym zaufaniem ludzi. 
A przecież kiedy w 1998 r. władzę przejęła szeroka „koalicja antymecziarowska”, a na czele rządu stanął Mikulasz Dzurinda, wydawało się, że Mecziar już nie wróci. Odchodził, zostawiając Słowację wepchniętą w „szarą strefę”, w której na europejskiej scenie politycznej funkcjonują jeszcze tylko Serbia i Białoruś. Bratysława nie została zaproszona wtedy ani do NATO, ani do rozmów o członkostwie w Unii. W kraju wybuchały polityczne czy kryminalne skandale (jak porwanie syna prezydenta Michała Kovacza). Szalała korupcja, a wolność mediów była coraz bardziej zagrożona. Obawiano się nawet, czy Mecziar nie spróbuje fałszować wyborów. 
Sam Mecziar po przegranych wyborach najpierw kilka dni milczał, a potem wystąpił w telewizji i... żegnając się z narodem zaśpiewał ludową piosenkę „Z Panem Bogiem, ja odchodzę”. Było to jak przypieczętowanie politycznej śmierci „żelaznego Vlada”. Ale okazało się, że Mecziar, jak kot, umiera siedem razy.
Kluczem do nie słabnącej popularności Mecziara (której żaden skandal nie szkodzi) jest być może właśnie ta „ludowość”. Bastionem mecziarowców jest prowincja. Tam Mecziar jest postrzegany jako swój chłop, uczciwy, porządny, któremu intelektualiści z Bratysławy przeszkadzali w robieniu porządku. Kiedy w 1999 r. w czasie wyborów prezydenckich rozmawiałam z ludźmi przed lokalem wyborczym w jego rodzinnej Ladomerskiej Viesce, wszyscy twierdzili, że „wygra sąsiad” albo „nasz Vlado”, bo „tylko jemu można ufać”.
Mecziar ludzi do siebie nie przekonuje. On zdobywa ich wiarę i zaufanie. Żeby to osiągnąć, wykorzystuje powszechne lęki i budzi demony. Jednym z nich jest nacjonalizm. W czasie swych rządów Mecziar prowadził wyraźnie antyzachodnią politykę, głośno wołając: „Jak nas nie chcą na Zachodzie, to pójdziemy na Wschód”. W czasie wojny o Kosowo wysłał do prezydenta Serbii Slobodana Miloszevicia delegację z wyrazami solidarności – i nigdy nie ukrywał, że podziwia „Slobo”.

PRZYJACIELE I WROGOWIE

Teraz Mecziar jest mądrzejszy. Zauważył, że świat się zmienił, a Miloszević siedzi w areszcie w Hadze. Dlatego ostatnio nikt nie mówi głośniej o konieczności wejścia do NATO niż Vladimir Mecziar. Co rusz składa kolejne dowody lojalności wobec słowackiej racji stanu: a to organizuje międzynarodową konferencję poświęconą Sojuszowi, a to proponuje ponadpartyjny pakt przedwyborczy o niezmienności proeuropejskiej polityki państwa. Słowem, stara się zasłużyć na zaufanie Zachodu i zaakceptowanie swego powrotu do władzy. Jednak wyborcom, których latami szczuł na „biurokratów i imperialistów z Brukseli”, musi dać coś w zamian. Dlatego teraz wrogiem Mecziara są słowaccy Węgrzy.
W ubiegłym roku w czasie głosowania w parlamencie nad nowym podziałem administracyjnym Słowacji dwie partie rządzące (SDL i Partia Porozumienia Obywatelskiego SOP) wspólnie z opozycją – czyli z HZDS – głosowały przeciw projektowi rządowemu. I zatwierdzono podział na osiem regionów, pokrywający się z tym wprowadzonym jeszcze przez Mecziara. Wszystko po to, by nie wystawiać się na oskarżenia o zdradę interesów narodowych: przegłosowany wbrew rządowi podział jest tak skonstruowany, aby węgierskiej mniejszości nie dać szans na samorządność. 
Grudniowe wybory do władz nowych regionów potwierdziły tylko polityczną izolację Węgrów. Na przykład chadecy (KDH) odmówili poparcia kandydata partii węgierskiej na przewodniczącego jednego z regionów, akceptując tym samym zwycięstwo mecziarowca. Kampania wyborcza toczyła się pod hasłami typu „Głosuj na Słowaka”. A ostatnio retoryka ta jeszcze się zaostrzyła, w związku z wejściem w życie przyjętej przez węgierski parlament ustawy o tzw. Karcie Węgra, czyli zbioru przywilejów dla przedstawicieli mniejszości węgierskiej w sąsiadujących z Węgrami krajach. 
Polityków mniejszości węgierskiej ze Słowacji, którzy wystąpili o wydanie Karty, oskarżono o zdradę. Pojawiły się nawet żądania odebrania im mandatu. KDH przedstawiła projekt ustawy mającej „chronić słowackie interesy” i proponującej zajęcie majątku organizacji mniejszościowych, które otrzymują wsparcie finansowe z Węgier. Po trzydniowej dyskusji parlament oświadczył, że nie zgadza się, by Karta Węgra obowiązywała na Słowacji. „Jak mamy bronić słowackich interesów, gdy prezydent Schuster jest Niemcem, wicepremier Miklosz Rusinem, premier Dzurinda Cyganem, a żona ministra spraw zagranicznych Kukana nie nauczyła się nawet mówić po słowacku” – rozpaczał poseł HZDS Roman Hofbauer. 

STARY PROBLEM, NOWY STYL

Im bliżej wyborów, tym mniej liczna będzie grupa polityków próbujących zachować neutralność w tym sporze. Nacjonalistyczne sentymenty wciąż znajdują bowiem oddźwięk wśród Słowaków, zwłaszcza na południu, gdzie są regiony, w których węgierska mniejszość jest większością. Niedawno dziennik „Pravda” alarmował, że słowaccy wierni na południu kraju nie mogą uczestniczyć we Mszy, gdyż odbywa się po węgiersku. Inkryminowani duchowni zaprzeczają, jakoby nie odprawiali Mszy po słowacku, przyznają natomiast, że jest tu przewaga wiernych narodowości węgierskiej – stąd węgierskie Msze. Ksiądz z Mużli tłumaczył: „Na Mszę węgierską przychodzi 300 osób, na słowacką 10. Dlatego odprawiam ją tylko czasami”. Zwykle jednak obie Msze są odprawiane jedna po drugiej. Nie zmienia to faktu, że jeszcze bardziej zaognia to wzajemne stosunki. Słowacki ksiądz z okolic miejscowości Nove Zamky, który odprawia Mszę po węgiersku, przyznaje, że jest między młotem a kowadłem: „Dla Słowaków jestem odszczepieńcem, dla Węgrów Słowakiem. Nie muszę jechać do Afryki, czuję się jak misjonarz we własnym kraju”.
Stosunki słowacko-węgierskie nigdy nie układały się dobrze. Ciążyły na nich historyczne zaszłości i osobiste dramaty. Kiedy jednak w 1998 r. w koalicji rządzącej znalazła się po raz pierwszy w historii Słowacji Partia Koalicji Węgierskiej (SMK), wydawało się, że to przełom. Teraz, po czterech latach wspólnych rządów, Węgrzy mają przeciw sobie nawet koalicyjnych partnerów – i stary podział jest równie aktualny jak za Mecziara. 
Tymczasem Słowacja ma zbyt mało czasu, by pozwolić sobie na powolną ewolucję polityczną. Wybory parlamentarne, od których zależy słowackie być albo nie być, odbędą się już we wrześniu. Dwa miesiące później na szczycie NATO w Pradze rozstrzygnie się, czy Bratysława otrzyma zaproszenie do Sojuszu. Jeśli nie, wątpliwe stanie się też członkostwo w UE, o które tak zabiega. Problemem jest również Mecziar: mimo jego wysiłków, Zachód wciąż nie darzy go zaufaniem. Od zachodnich dyplomatów płyną sygnały, że rząd pod jego kierownictwem byłby zdecydowanie nie do zaakceptowania dla Zachodu. 
W 1998 r. międzynarodowa izolacja Słowacji zmobilizowała na tyle polityków, że stworzono szeroką „koalicję antymecziarowską”. Teraz, kiedy czteroletnie wysiłki integracyjne rządu Dzurindy mogą zostać zaprzepaszczone, o wielkiej koalicji nikt już nie mówi. Nikt też nie mówi o Mecziarze. Spory polityczne zdominowało „węgierskie zagrożenie”... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl