Kapitalizm nasz realny

O kryzysie związków zawodowych i relacjach między pracownikami a pracobiorcami z RYSZARDEM BUGAJEM rozmawia ANNA MATEJA

 


ANNA MATEJA: – Strajkujący niedawno pracownicy stoczni gdyńskiej negocjowali z pracodawcami bez udziału związków zawodowych. Zignorowali je. W niedalekim Gdańsku 20 lat wcześniej związki zawodowe walczyły o lepsze warunki pracy – i o wolność. Czy związki zawodowe przestają być dzisiaj potrzebne?
RYSZARD BUGAJ: – Nie mam wątpliwości, że wydarzenia w Gdyni były symptomatyczne. Związki zawodowe w Polsce uległy (strach powiedzieć, bo to marksistowskie określenie) głębokiej alienacji. Zarówno w centralnych aparatach związkowych, jak i w zakładach pracy najważniejsze stały się autonomiczne interesy i polityka. „Solidarność” odgrywa rolę polityczną, nadając jeszcze do niedawna swym zwolennikom określoną tożsamość. Z kolei OPZZ jest powiązany, choćby wspólnotą biografii, ze środowiskami postkomunistycznymi. W minionych 12 latach „Solidarność” jako związek zawodowy była bardziej przychylna rządom, ogólnie mówiąc, prawicowym (używam tego określenia umownie, bo np. w sferze socjalnej nie widzę różnicy między SLD a prawicą). Natomiast OPZZ popierało rządy SLD z lat 1993-97. Byłem wtedy posłem w Sejmie i widziałem, jak blisko 60 posłów OPZZ w żadnej sprawie nie głosowało inaczej niż SLD. 
W centralach mamy więc do czynienia z interesami politycznymi elit związkowych, które szukają dla siebie szansy w parlamencie, wyborach na różnych szczeblach i w miejscach quasi-politycznych. Na niższym szczeblu rozbudowany jest system przekupstwa działaczy związkowych: związki prowadzą działalność gospodarczą, urządzają krewnych i znajomych, są obecne w samorządach i innych lokalnych strukturach. Zabezpieczają zatrudnienie, ale przede wszystkim sobie. 
– Można powiedzieć, że niezależnie od systemu zawsze coś jest deficytowe...
– Dziś deficytowa jest jako tako płatna praca. Alienacja elit związkowych i słabość związków w sytuacji bezrobocia połączyła się z tzw. „prywatyzacją niezadowolenia”. W czasach komunizmu – dokładnie: do chwili, gdy niezadowolenie skupiło się w buncie społecznym – niezadowolenie społeczeństwa znajdowało ujście w prywatnych sposobach rozwiązania problemów. Ludzie nie lubili ustroju, ale nauczyli się „organizować” talon na samochód, „załatwiać” zgodę sekretarza w gminie itd. Przeklinali PRL – i jednocześnie próbowali wygrać w tamtym systemie swoją małą szansę. 
Dziś człowiek z kartką wyborczą ma poczucie podobnej bezsilności: czym innym są wybory, czym innym późniejsza działalność reprezentantów narodu, na którą nie ma się już wpływu. „Prywatyzacja niezadowolenia” jest chyba tak samo silna jak w poprzednim systemie. Członek związków zawodowych musi płacić składkę i brać pod uwagę potencjalne niezadowolenie szefa, któremu może nie spodobać się taka przynależność. Jednocześnie ludzie widzą, że większe znaczenie dla działania związków ma fakt, czy są one komunistyczne czy prawicowe, niż realna sytuacja pracowników. 
W klubie parlamentarnym Unii Pracy w latach 1993-97 przygotowaliśmy ustawę o tworzeniu w przedsiębiorstwach rad zakładowych. Miały one być wybierane z mocy prawa i przez wszystkich zatrudnionych. Pracownik nie musiałby się zapisywać do związku: uzyskiwałby prawo wyborcze z racji zatrudnienia w danym zakładzie. Nie obawiałby się, że wstępuje do organizacji, która np. za rok wystąpi w wyborach albo zobliguje go do udziału w strajku, bo tak zdecydowała jej centrala. Rady nie miały zastępować związków zawodowych, miały mieć wąskie uprawnienia: konsultacyjne, informacyjne, w minimalnym zakresie socjalne, bez prawa do strajku. Nie przewidywaliśmy struktur pionowych, rady istniałyby wyłącznie w poszczególnych przedsiębiorstwach. Rady zakładowe chroniłyby także pracowników firm prywatnych, w których pracodawcy niechętnie patrzą na powstawanie związków.
Projekt ostro skrytykowali wtedy przedstawiciele i OPZZ, i „Solidarności”. Związki obawiały się, że doprowadzi do decentralizacji i jeszcze liczniejszego odchodzenia ludzi. Aparat udowodnił, że strzeże swego monopolu: nie funkcji związku zawodowego, ale władzy i przywilejów w zakładzie. 
W 1980 roku związki zawodowe „Fiata” we Włoszech zawarły kompromis z pracodawcą i zgodziły się na restrukturyzację fabryki, co oznaczało zwolnienie 40 tys. ludzi. Inaczej fabryce groziła likwidacja. Czy w Polsce związki zawodowe, chcąc utrzymać pewną liczbę miejsc pracy albo zapewnić zwalnianym osłony socjalne, zgodziłyby się na taki kompromis? 
– Restrukturyzacja firmy zwykle dokonuje się niezależnie od zgody związków, więc lepiej brać udział w negocjacjach. Jeśli związkowcy nie są tak bezkompromisowi jak działacze np. z „Ursusa”, którzy zrujnowali swój zakład, mogą uzyskać wpływ na kształt restrukturyzacji. Ludziom łatwiej zgodzić się na zwolnienia, jeśli wiedzą, że przyszli bezrobotni są jakoś zabezpieczeni. Dziś niecałe 20 proc. zarejestrowanych bezrobotnych ma zasiłek, który jest rażąco niski w porównaniu z zachodnimi standardami. Dużo mówi się o uelastycznieniu rynku pracy i osłabieniu osłon kodeksowych. Zgadzam się na to, ale jeśli skracamy czas wypowiedzenia, np. do dwóch tygodni, musimy przedłużyć okres pobierania zasiłku dla bezrobotnych.
Takie kwestie nie są jednak zadaniami dla związków z zakładów, ale dla central związkowych. Oni mają rozmawiać o zapewnieniu praw bezrobotnym, szukać w negocjacjach równowagi między racjami pracowników i pracodawców. Tylko że negocjatorzy związkowi często nie są partnerami dla rządu i stowarzyszeń biznesowych. Jak więc mogą być efektywni? Poza tym pluralizm zakładowy doprowadzono do absurdu: są wielkie zakłady pracy, gdzie jest kilkanaście związków zawodowych. W większości fikcyjnych, ochraniających przywileje aparatu. Nie zawsze związkowcy rozumieją konieczność zmian, często ulegają złudzeniom. 
– Może dzieje się tak dlatego, że pracownicy nie traktują związków zawodowych jako siły rozjemczej, ale organizującej strajk?
– Do powstania takich przekonań przyczynił się okres pierwszej „Solidarności” i stan wojenny, kiedy „Solidarność” była głównie antykomunistycznym taranem. Ale także dziś związki postrzega się przede wszystkim jako siłę polityczną, choć nie ma takiej potrzeby. Przez to nie są wiarygodne. 
Tymczasem relacje między pracownikami a pracodawcami czekają dziś na uregulowanie w nowej formule ładu ustrojowego. Możemy np. przyjąć zasadę, że pracownicy współodpowiadają za przedsiębiorstwo, nie są tylko siłą najemną, ale uczestnikami organizacji przemysłowej. W kapitalizmie partycypacyjnym (tak nazywam ten model) szef nie zagrozi pracownikom, że jeśli nie zgodzą się na obniżenie pensji stracą pracę. Jest zobowiązany informować, co dzieje się w firmie, wysłuchiwać postulatów pracowniczych. W Polsce pracodawcy godzą się na partnerstwo w chwili kryzysu, ale nie chcą dzielić się prawami, gdy on minie. 
Nie istnieje zwyczaj rozmowy pracodawcy ze związkami zawodowymi o stanie firmy chyba nie tylko dlatego, że związki nie są partnerami. W rozmowie trzeba by ujawnić pewne dane, np. wysokość płac. Dlaczego pracownicy nie mogą wiedzieć, ile zarabia ich szef? 
– Nie ma żadnego ważnego powodu, by utajniać płace menadżerów. Struktura dochodów powinna być jawna. Szef gdańskiego Big Banku zarabiał miesięcznie, w pierwszym półroczu 2001 r., 900 tys. zł. To tyle, co nieduża gmina. Ten bank ma od kilku lat marne rezultaty finansowe. „Rzeczpospolita” opublikowała te dane, gdyż Big Bank jest spółką akcyjną i musi publikować sprawozdania finansowe. Normalnie w zakładach jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic są dane na „pasku”. 
Wydaje mi się, że ludzie potrafią pogodzić się z wysokimi zarobkami szefa, jeśli uznają, że firmie to się opłaca. Szczególnie dzisiaj, gdy mamy ponad 17-procentowe bezrobocie, ludzie są w stanie dużo dać za utrzymanie miejsc pracy. 
Wróćmy do sytuacji w gdyńskiej stoczni. Śmiejemy się, że przyczyną strajku było zabranie robotnikom kiełbasy z zupy. A policzył ktoś, czy koszt kiełbasy albo nowych ubrań roboczych przewyższał roczną premię jednego z dyrektorów? Powód strajku jest kuriozalny, ale pamiętajmy, że dzieje się to na początku XXI wieku! Dla stoczniowców to upokarzające. Wyliczono im, że zarabiają 3 tys. zł brutto, ale pracują 11 godzin w ciężkich warunkach. Choć kandydujemy do członkostwa w Unii Europejskiej, czasami mam wrażenie, że jesteśmy w jakimś latynoskim przedsionku.
Czy nie są to reminiscencje sprzed ponad 100 lat, gdy dążąc do poprawy warunków pracy powstawał ruch socjalistyczny i związkowy, albo z czasów pierwszej „Solidarności”, kiedy kwestii wynagrodzenia i warunków pracy nie potrafił rozwiązać poprzedni system?
– Wyzwania są te same, ale narzędzia i środki, by im sprostać, odmienne. System komunistyczny nie mógł być efektywny i maksimum, które dał pracownikom, to „średni Gierek”. Ale czy musimy dziś przechodzić przez wszystkie etapy kapitalizmu? Stykam się z firmami prywatnymi z rejonu Warszawy, w których standardem ochrony praw pracowniczych jest XIX wiek. Pewien właściciel firmy budowlanej przywiózł ludzi do pracy z daleka. Mieszkali w rozpadającym się baraku, choć zapewnienie im minimalnego standardu byłoby głupstwem. Otrzymywali płacę minimalną: 2,50 zł netto na godzinę. Pracowali po 10 godzin. Sposób, w jaki pryncypał mówił o pracownikach, był oburzający. Problemem w Polsce, także dla związków zawodowych, jest właśnie niski poziom kultury pracy zarówno wśród przedsiębiorców, jak pracowników. Jakim pracodawcą jest człowiek, który tak jak w Gdyni posyła nocą do strajkujących stoczniowców ochroniarzy z wypowiedzeniami? Rozsądny menadżer by tego nie zrobił, bo wie, że nic mu tak nie zagraża jak tępa niechęć pracowników, którzy pilnują tylko, czy nikt na nich nie patrzy. 
Owszem, można zorganizować przedsiębiorstwo jak supermarket: żadnego partnerstwa i wielki wydział ochrony wewnętrznej oraz nadzoru. Tylko że koszty funkcjonowania przedsiębiorstwa, które nie daje poczucia wspólnoty działań i świadomości, że sukces tej organizacji jest po trosze sukcesem pracowników, są nieporównywalnie większe. 
Jedną z przyczyn kryzysu w stosunkach pracy jest nieświadomość ról społecznych. I brak świadomości u pracodawców, że własność rodzi nie tylko prawa, ale także powinności.
Istnieje dziś także model stosunków w pracy opierający się na żądaniu: nie będzie dla pani/pana pracy, o ile nie zarejestruje pani/pan samodzielnej działalności gospodarczej. 
– To patologia, ale zgodna z prawem: umowy o pracę zastępuje się umowami cywilnoprawnymi. Często ludzie zamożni robią to dla ominięcia przepisów podatkowych, ale z reguły jest to przymus, wywierany przez pracodawców. W pewnej gminie o dużym bezrobociu, pisała o tym „GW”, zarejestrowało się nagle 30 podmiotów gospodarczych. Okazało się, że działa tam betoniarnia, którą sprywatyzowano i nowy właściciel zwolnił wszystkich pracowników. Aby się na nowo zatrudnić, musieli rozpocząć samodzielną działalność gospodarczą. I tak np. stróż zarejestrował agencję ochrony mienia itp. Urlopy, zwolnienia chorobowe, warunki BHP przestały być zmartwieniem właściciela. On tylko kasuje. A że są to biedni ludzie pod presją, godzą się na to. Przy takim samo-zatrudnieniu można nie płacić składki ubezpieczeniowej od rzeczywistych dochodów, ale od 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Przypuszczam, że większość z nich płaci ubezpieczenie właśnie według tej najniższej stawki. Kiedyś będą mieć głodowe emerytury.
Ale w tej sytuacji trudno o interwencję związków zawodowych, bo nie są to pracownicy w klasycznym znaczeniu. A takich „klasycznych” pracowników jest coraz mniej. Czy związki zawodowe nie stają się anachronizmem?
– We współczesnym zglobalizowanym świecie instytucja związków zawodowych faktycznie przeżywa kryzys. Nie tylko pracownicy się zmienili, także właściciel. Nie jest nim już kapitalista w cylindrze i z cygarem. Przepływy kapitałowe powodują, że jego miejsce zajął menedżer, działający lokalnie, natomiast decyzje podejmuje się gdzieś daleko, w centrali. Trudno o trwałość relacji i porozumienia, bo zmieniają się akcjonariusze i menadżerowie. Poza tym – co prawda jeszcze nie w Polsce, tylko na Zachodzie – pracownicy stają się kapitalistami: powierzają swe pieniądze funduszom emerytalnym. Nie podejmują co prawda decyzji dotyczących ich kapitału składkowego, ale ostatecznie to ich pieniądze są inwestowane. 
Globalizacja, podważając funkcje państwa narodowego, jest wyzwaniem dla tradycyjnego ładu demokratycznej gospodarki wolnorynkowej. Jednak ani demokracja, ani solidarność nie zaistnieją poza państwem narodowym. Jestem przekonany, że nie wolno bezkrytycznie akceptować globalizacji oraz, niezależnie od jej rozpowszechniania, modyfikować związki zawodowe tak, aby je ocalić. Pracownicy muszą mieć realną reprezentację działającą zgodnie z ich interesami. Dlatego jestem zwolennikiem budowy rad pracowniczych na poziomie przedsiębiorstw. Prawa pracownicze powinny być skutecznie chronione także wtedy, gdy nie potrafią lub nie chcą tego robić związki zawodowe.



RYSZARD BUGAJ – ekonomista i członek Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, przed rokiem 1989 działacz opozycji demokratycznej, później poseł i lider Unii Pracy.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl