Komentarze

 


Andrzej Łukowski Czapajew reorganizuje NATO

Jan Strzałka Po 10 latach: nadal niewiadoma

Krzysztof Burnetko Chore zdrowie

Michał Zieliński Intelektualiści z „Pewexu

 

 

 




  
Czapajew reorganizuje NATO

Rosja nie chce być członkiem NATO, bo trzeba stać w długiej kolejce i spełnić określone kryteria. Ale chce więcej wiedzieć o tym, co się dzieje w Kwaterze Głównej Sojuszu i zabierać głos w ważnych kwestiach bezpieczeństwa światowego. Według nowej formuły współpracy NATO-Rosja, ogłoszonej 7 grudnia w Brukseli po spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw Sojuszu z szefem rosyjskiej dyplomacji, przedstawiciele Rosji zostaną dopuszczeni do udziału w niektórych posiedzeniach Rady Północnoatlantyckiej. Ale bez prawa weta, które przysługuje wyłącznie członkom NATO. 
Wypada zapytać, jakie mogą być konsekwencje otwartości Sojuszu wobec deklarującej wolę współpracy Moskwy. Czy zbliżenie to zaowocuje zbudowaniem rzeczywistego partnerstwa sił Wschodu i Zachodu w walce ze wspólnym wrogiem (terroryzmem), wyprowadzi Rosję z politycznej izolacji, pomoże w dokonaniu demokratycznych przeobrażeń? Czy też da Rosji możliwość destrukcyjnego oddziaływania wewnątrz struktur Sojuszu, przekształcenia efektywnej organizacji wojskowej w bezpłodne forum politycznych sporów? Warto przypomnieć, że przecież w przyjętej w 2000 r. nowej koncepcji bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej NATO zostało określone jako blok, realizujący hegemonistyczną politykę Stanów Zjednoczonych i zagrażający interesom Rosji. Wśród rosyjskich ekspertów nie brakuje głosów, że NATO jako pakt militarny jest skończone, a formuła jego istnienia jest w dzisiejszych realiach bezsensowna. I równie bezsensowne jest włączanie do Sojuszu nowych członków, zwłaszcza jeśli miałyby to być kraje bałtyckie. 
A niezmienne rosyjskie „niet” wobec rozszerzenia NATO nie jest tutaj jedyną kwestią sporną. Rosjanie nie wyrazili zgody na propozycję Sojuszu objęcia kontrolą eksportu broni i technologii wojskowych. Jak Czapajew – legendarny bohater powieści Dymitra Furmanowa – Rosjanie odpowiadają, że sami lepiej wszystko wiedzą i uczyć ich nie trzeba...
 

Andrzej Łukowski

 




Po 10 latach: nadal niewiadoma

Dziesięć lat temu przestał istnieć ZSRR. Przez te dziesięć lat Rosja i Rosjanie zmienili się nie do poznania: przywykli do wolności słowa i wyznania, uczą się indywidualizmu, stają się obywatelami świata. Ale przeżyli też dwa pucze i dwie wojny w Czeczenii. Często gardzą demokracją, która w ich państwie zamieniła się – jak mówią – w „dermokrację” (dosłownie znaczy to „gównokracja”). Czyli w dziką anarchię, rządy klanów i oligarchów, totalną kryminalizację. Społeczeństwo obywatelskie jest w powijakach, ruch obrońców praw człowieka zepchnięty został na margines. Pochłonięty wojną z terroryzmem Zachód chce dziś widzieć Rosję jako państwo demokratyczne, ale Rosji daleko do demokratycznych standardów. Większość Rosjan pogodziła się z rozpadem ZSRR, lecz z największym trudem – albo wcale – nie wyrzekła się nostalgii za „świetlaną przeszłością” i ciągotek imperialistycznych. Moskwa nie kryje się z tym, że – mając „w kieszeni” Białoruś Łukaszenki – próbuje podporządkować sobie Ukrainę. Po 11 września Putin wybrał kurs na Zachód nie z miłości do niego, lecz z kalkulacji. Pytanie: jak długo potrwa polityka prozachodnia i czy dobre stosunki z możnymi tego świata oznaczają, że w Rosji okrzepnie ustrój w gruncie rzeczy quasi-autorytarny z elementami demokracji? W każdym razie dziesięć lat po rozpadzie ZSRR przyszłość Rosji pozostaje wielką niewiadomą.

Jan Strzałka

 


 

 

 


Chore zdrowie

Składki na ubezpieczenie zdrowotne płaci, w takiej czy innej postaci, zdecydowana większość Polaków. Mimo to – jak wynika z opublikowanego przez Fundację Batorego raportu o korupcji w szpitalach, przychodniach i gabinetach lekarskich – w minionych 10 latach co trzeci pacjent dał łapówkę, prezent albo inny „dowód wdzięczności” pracownikom służby zdrowia. Trudno ocenić, czy taki odsetek świadczy już o patologii korupcji wśród lekarzy i pielęgniarek. Pewne jest natomiast, że zjawisko gratyfikowania nasiliło się w ostatnich trzech latach. Znamienne, że ponad 85 proc. Polaków za dopuszczalne uważa przyjęcie przez lekarza prezentu – w jakiejkolwiek postaci – po zakończeniu leczenia. Jesteśmy zatem przekonani, że odwdzięczać się lekarzom za usługę należy. Choć, powtórzmy, większość z nas już za nią zapłaciła, w postaci składki. To świadczy o nieskuteczności koncepcji uporządkowania służby zdrowia w Polsce. Dowodem drugim jest zwyczaj nieodpłatnego wykorzystywania przez tych lekarzy, którzy prowadzącą także prywatne praktyki, lokali i sprzętu publicznych szpitali i przychodni. Tolerowanie takiego procederu, również patologicznego, obrazuje stan świadomości i pomieszanie pojęć. 
Wedle samych lekarzy źródłem korupcji w ich fachu są niskie płace. Równocześnie 70 proc. z nich ocenia swą sytuację materialną jako dobrą bądź bardzo dobrą. To można tłumaczyć tylko jako wygodne korzystanie ze stereotypu – i przejaw jak najgorzej rozumianej solidarności zawodowej.
 

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 





 

Intelektualiści z „Pewexu”

Trzy partie – „Samoobrona”, LPR i PiS – proponują wydanie rezerw walutowych państwa. A że część społeczeństwa, wyedukowana ekonomicznie przez panów Minca, Gomułkę i Jaroszewicza, pomysł ten najwyraźniej popiera, wyjaśnijmy, dlaczego jest to horror ekonomiczny, nonsens prawny, polityczne dziwactwo i gospodarcza zbrodnia.
Waluty obce nie są w Polsce środkiem płatniczym, a prawo zabrania wymagania lub przyjmowania zapłaty w innych jednostkach pieniężnych niż złote. Propozycja, aby dolary i euro wydać, oznacza zatem albo zmianę prawa, albo uprzednią zamianę walut na złotówki, albo wydanie ich za granicą. Przypadek pierwszy i trzeci jest sprzeczny z narodowymi hasłami trzech pomysłowych partii. Dolaryzacja obrotu to przecież utrata suwerenności, nie tylko monetarnej; skoro bowiem państwo może płacić dolarami, to może także Rockefeller. I może, na przykład, kupić ziemię. Natomiast wydanie walut poza granicami oznaczałoby preferowanie producentów zewnętrznych i dorzynanie krajowych. 
Pozostaje wariant drugi: zamiana rezerw NBP na złote. Ale wtedy ktoś (banki?, Kowalski?) musi dolary kupić. Wymiana dolarów na złotówki skali obiegu nie zmieni. Zmieni się tyle tylko, że pieniądze – zamiast przedsiębiorstw i gospodarstw domowych – wyda państwo (na dotacje dla przedsiębiorstw i gospodarstw domowych). Przy okazji cena dolara (wskutek wielkiej ich podaży) spadnie do powiedzmy 3 zł, z oczywistym skutkiem dla eksportu. Naszym geniuszom nowej ekonomii zapewne nie o to chodzi. Zatem o co? Prawdopodobnie o rzecz niemożliwą do wymyślenia przez osobę, która choć raz w życiu wysłuchała popularnego wykładu o pieniądzu: oni chcieliby wydać pieniądze i je mieć. 
Jak to zrobić? Przez dwie godziny biłem się młotkiem w głowę, przeczytałem „Zeszyty filozoficzne” Lenina i dopiero po takim przygotowaniu intelektualnym zaczęło mi świtać, jak to sobie wyobrażają. Nauczyciele za mało zarabiają? To dajemy im podwyżkę. Jeśli chcą w dolarach, to w dolarach (prawo jednak trzeba zmienić). A jak nie chcą dolarów, NBP wymieni im je na złotówki. Tak jest nawet lepiej, bo pieniądz, czyli dolar, pozostaje w kasie, a nauczycielom damy świeżo wydrukowane papierki od cukierków. I tak NBP zamieni się w cudowny sezam, który stale zapełnia się wciąż na nowo drukowanymi pieniędzmi. Prawda, że to proste? Że genialne? I po co uczyć się ekonomii, skoro można zapytać Leppera, Macierewicza czy Kaczyńskiego, jak rozwiązać problemy gospodarcze, a oni wyjaśnią: wydać rezerwy walutowe. A jeszcze lepiej: wydać i dalej mieć. Przy takiej bystrości spojrzenia łatwo przeoczyć drobny fakt: że owe dolary nie spadły z nieba, tylko trafiły do NBP w efekcie ich wymiany na złote, czyli że już raz w kraju (w postaci równowartości złotowej) zostały wydane.
Każda głupota ma swe źródło. Frapująca w przypadku wymienionych osób jest kwestia, dlaczego ich genialna myśl skierowała się właśnie w stronę pieniądza? Przecież mogli wynaleźć perpetuum mobile, zimną fuzję jądrową albo dowieść, że ziemia jest wklęsła. Po dwóch dniach, gdy głowa przestała boleć, a żona (widząc, że podejrzanie podskakuję) odebrała mi „Zeszyty filozoficzne” Stagiryty z Symbirska, zrozumiałem. Dzieciństwo i młodość naszych geniuszy przypadły na czasy sklepów „Pewex”. Ukształtowało to ich wizję dualnego świata, składającego się z brudnej budki spółdzielni spożywców z czerstwym pieczywem i octem z jednej strony – oraz salonów „Pewex” z dżinsami, piwem w puszkach i lego z drugiej. Patrząc na ten dobrobyt, marzyli tylko o jednym: niech przyjdzie wujek Sam i ciocia UNRRA, i dadzą dolary na te cudeńka. A dziś dolary są, tylko brzydki Balcerowicz nie chce ich dać. 

 

Michał Zieliński 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50, 16 grudnia 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl