Mała glosa do epopei ducha

LESZEK KOŁAKOWSKI

 

Inni komentatorzy powiedzieli już prawie wszystko, co ważne o „Traktacie teologicznym” Miłosza. Ja jednak z własnym słowem się wtrącę, pretensji sobie nie roszcząc, by nowe było. Gdy się „Traktat” przeczyta, przechowując zarazem w pamięci różne poprzednie teksty autora, wydaje się, jakby chodziło o naturalne, oczekiwane zwieńczenie jego losu poetyckiego, po prostu ustawienie brakującej wieżyczki na budowli od tak dawna wznoszonej. Pewnie to złudzenie, ale zrozumiałe.
Nie jest to, jak łatwo zauważyć, teologia w sensie właściwym, lecz wyznanie wiary albo niewiary i opis różnych z tym związanych kłopotów. Teologia w dziejach wiary jest narzędziem obronnym, ona nie buduje wiary, lecz broni ją przed napaściami z zewnątrz, odpiera zarzuty; gdyby cały świat był jak należy wierzący, wątpliwości nie doświadczający, na krytyki i prześmiewki niewierzących albo ludzi innych wiar nie wystawiony, teologia pewnie nie byłaby potrzebna. Teologia, z natury swego powołania, ma skłonność do tego, by traktować religię chrześcijańską jako zbiór twierdzeń, w które wierzyć należy (choć prawie zawsze przestrzega odróżnienia między porządkiem wiedzy i porządkiem wiary).
No tak, to się nazywa „Traktat”, ale jest to nade wszystko dzieło poetyckie, niezwyczajnej urody. Ja zaś, choć na uroki poezji jestem wrażliwy, nie umiem o poezji i jej pięknościach pisać, bo to za trudne. Patrzmy więc tak, jakby „Traktat” traktatem właśnie był. Wszystkiego powiedzieć nie można, a zresztą i nie wolno; Mickiewicz, na którego Miłosz się parokrotnie powołuje, też o tym wspomniał: „są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi...” itd. Liczne są też strony boskiego świata, które, jak nas zawsze uczono – choć nie zawsze skutecznie – są niewypowiadalne, tak iż żaden język ludzki dostępu do nich nie ma i sam anioł Akraziel, który boskie tajemnice ludziom objawia, nie umiałby ich przekazać.
Miłosz wie, że religia nie jest listą twierdzeń doktrynalnych. Wie też, że nie jest tym, co przechowują do końca życia owe w poemacie wspomniane dziewczynki, którym wyłożono główne prawdy wiary, nim przystąpiły do pierwszej Komunii. Jedno i drugie jest jakąś stroną życia religijnego, oczywiście, ale żadne z nich ani oba razem nie stwarzają życia wiary. Miłosz doświadcza boleśnie tej, od kilku wieków już trwającej, nieprzyjaźni między chrześcijaństwem i oświeceniem. Sprawa była na wszystkie strony przerabiana, przeorana, a mimo to wszystko jest w niej dwuznaczne i niejasne; chrześcijaństwo chwiejny żywot dziś wiedzie, ale oświecenie samo sobie w plecy nóż wbiło, dochodząc do miejsca, gdzie sama wiara w prawdę zostaje unieważniona, a wiara w rzeczywistość okazuje się zbędna i przesądna (bo „metafizyczna”).
Największe zawężenie kłopotów widzimy w dwóch miejscach. Jednym jest tak zwany naukowy obraz świata i przyczepiona do niego (choć logicznie zeń niewywodliwa) ideologia racjonalistyczna. Od półtora wieku prawie Darwin jest też w ciele chrześcijaństwa cierniem, ile że wydawał się zacierać granicę między człowiekiem i resztą świata żyjącego; katecheci, którzy go bez trudu obalali („ten Darwin mówi, że twój pradziadek był małpą, ale to on sam jest małpą”, „ten Darwin mówi, że jak wsadzisz ziarnko pszenicy do ziemi, to z tego może krowa wyrosnąć, ano spróbuj”), wystarczali może tym uczniom, którzy mieli potem zasilać szeregi tak zwanych analfabetów funkcjonalnych, ale już nie czternastolatkom rozgarniętym, którzy widzieli ich zawstydzające ciemniactwo; czy działają u nas jeszcze tacy katecheci – nie wiem. Antyreligijne ostrze Darwina można zneutralizować, do czego jednak Rozum się przyda, ale inny chyba Rozum – nie ten scholastycznego racjonalizmu, który miał swój dzień, oczywiście, ale ten dzień dawno minął. Że wiara nie ma fundamentu w nauce, wiedziało już wielu w XVII w., bez Darwina. Ale jakieś dziwne rzeczy się stały w nauce XX stulecia i może przywróciły sens niektórym ważnym tradycjom teologów; jakże musiał się śmiać uczony XIX wieku nad głupotą świętego Augustyna, który głosił, że nim Bóg świat stworzył, czasu nie było (albo Jana apostoła, który przepowiadał, że czasu nie będzie więcej); jakże to, czas płynie po prostu, czy jest świat, czy go nie ma. A teraz całkiem inaczej. Na teorię wielkiego wybuchu (o czym i Miłosz wspomina), w którym czas powstał, przestrzeń i materia, nieraz się powoływano: a więc Bóg jest! Nie ma jednak „więc”, nie ma logicznego wynikania, ale jest otwarcie myśli ludzkiej na coś, co sens zdaje się dawać tajemnicy stworzenia.
Drugi węzeł niemożliwy, to sprawa zła, o którą Miłosz nieustannie się potyka, czy też z którą usiłuje się zmierzyć, jak tylu przed nim, przez tyle wieków. Były co najmniej dwa sposoby, by tej sprawy się pozbyć przez unieważnienie. Jeden wyrasta z ideologii racjonalistycznej właśnie: „zło to takie słowo, które ludzie sobie wymyślili, żeby nazwać cierpienie, ale w cierpieniu nie ma nic tajemniczego, dla przetrwania gatunku konieczne jest, by jednostki cierpiały, inaczej gatunek zginąłby rychło, nie mając sygnałów zwiastujących niebezpieczeństwo”. Jest to wyjaśnienie niemądre, ale pozornie spójne. Drugie wyjaśnienie jest teologiczne właśnie, z tradycji teodycei: to, co złem zwiemy, jest nieuchronnym skutkiem świata poczętego z dobra; Bóg jest dobrem samym, ale i on nie może sprawić ani by zło moralne nie dochodziło do skutku (o ile ludzie są wolną wolą obdarzeni), ani fizyczne (o ile samo powiązanie powszechne rzeczy powoduje ich wzajemne niszczenie). Tak, znamy dobrze te wyjaśnienia, ale one nigdy nie uśmierzały niepokoju dusz wrażliwych i mądrych.
To, o czym wiara mówi, nigdy nie może się ukazać z taką wyrazistością, jak dla przykładu fakt, że słońce wokół ziemi krąży (podobno jacyś ludzie twierdzą, że jest odwrotnie, ale to chyba żart. Dość wyjść na ulicę, by zobaczyć, jak jest naprawdę). Przestrzeń dla niewiary musi być otwarta zawsze, różnych rzeczy wiedzieć nie możemy, non est nostrum scire.
Istnieje głupota wiary i głupota niewiary. Istnieje mądrość wiary i mądrość niewiary. Sprawa ta wymaga bardzo długiego rozwinięcia, ale nie tu miejsce na nie. A kiedy Miłosz powiada: „Ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę”, to nie jest tak, by jednego dnia był mądry, a drugiego głupi; nie, on żyje w mądrości wiary i mądrości niewiary na przemian.
Oto przykład. Głupota niewiary mówi: „przecież cię nauczyli, jak mnożyć ułamki i że woda jest związkiem wodoru i tlenu, jakże możesz jeszcze potem wierzyć w anioły, w grzech pierworodny i podobne głupstwa?” Głupota wiary mówi: „a co ty myślisz, że jesteś mądrzejszy niż cały Kościół i wszyscy jego uczeni? A Newton też w Boga wierzył, a nawet i Darwin, i tylu fizyków. A ty co, mądrzejszy od nich?” A tego, co mówi mądrość wiary i mądrość niewiary, nie będziemy teraz roztrząsać; zadowolimy się tym, że obie są u Miłosza obecne.
Słowo żadnego z polskich pisarzy nie jest i nie było tak na świecie dostrzeżone i docenione, jak Miłoszowe, a to nie tylko przez noblowską nobilitację, ale dlatego, że myśl i troska o świat w każdym słowie świecą, a wyznania, jakich nikt inny nie czyni, nigdy nie są samozadowoleniem okraszone, a jeszcze ironii tam pełno. W tym przynajmniej wypadku wolno powiedzieć, że autor jest sprawiedliwie, wedle zasług mierzony.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl