Kolumbia i guerrilla: nieudolna ekshumacja lewackiej retoryki


Przemoc powszednia jak koka 

Marcin Żurek z Miasta Meksyk



Wielkie musi być znużenie kilkudziesięcioletnim okresem niepokojów, porwań, zamachów i starć, jeśli Kolumbijczycy dają dzisiaj swojemu rządowi moralne wsparcie w wojnie domowej, która dotyka przecież także ich samych. Ale mają dość: chcą pokoju, choćby przyszło zapłacić za niego wysoką cenę. I chyba niewiele mają do stracenia, bo „pokój” podtrzymywany dotąd jałowymi negocjacjami z lewacką guerrillą kosztował co roku życie tysięcy ludzi. 


Kiedy w 1998 roku prezydent Kolumbii Andrés Pastrana obejmował urząd, po raz pierwszy od lat pojawiła się nadzieja na porozumienie z Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia (Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii; FARC), czyli z największą i najstarszą guerrillą tego kraju. Ale choć Pastrana poświęcił mnóstwo energii na rozmowy z FARC, zdecydował się niedawno zerwać rokowania. Sami Kolumbijczycy też stracili cierpliwość i domagają się rozprawy z FARC – przekonani, że jedyną drogą ku pokojowi jest wojna. 
W kwaterze komendanta FARC Manuela Marulandy, zwanego „Tirofijo”, wisi ponoć portret Lenina – skompromitowanego proroka epoki, która miała zakończyć społeczną historię rodzaju ludzkiego. Lenin z portretu ma zapewne moralnie żyrować wysiłki partyzantów o zapewnienie narodowi świetlanej przyszłości. Starania guerrilli o przyszłość Kolumbijczyków wyrażają się jednak głównie w ofiarach, które muszą ponosić. W popularnym wśród rewolucjonistów przesądzie, „Tirofijo” podziela bowiem – wzgardzany przez Aleksandra Hercena – pogląd, że rewolucyjne ideały usprawiedliwiają traktowanie „dzisiejszych pokoleń jako kariatyd tarasu, na którym tańczyć będą przyszłe generacje”. 

GUERRILLA I KOKAINA

Jak większość ludzi, zmuszanych do ofiar w imię szczęścia przyszłych pokoleń, Kolumbijczycy są jednak mniej przekonani do bezkompromisowej taktyki rewolucjonistów. Tym bardziej, że „Tirofijo” zdążył z ich życia uczynić koszmar. Dlatego wybory prezydenckie w maju prawdopodobnie wygra Alvaro Uribe, kandydat, który najbardziej przekonująco i stanowczo obiecuje zerwanie z pokojową postawą wobec guerrilli (jaką prezentował Pastrana) i skierowanie przeciw niej całej potęgi armii. 
Pastrana wprawdzie dalej apeluje o pokój i pojednanie, ale spora część społeczeństwa nie chce słyszeć o dialogu, bo guerrilla zbyt długo czyniła zeń farsę. 
Znakomita meksykańska dziennikarka Alma Guillermoprieto wspominała osobliwą dysputę w gronie swych kolumbijskich przyjaciół. Kiedy Pastrana obejmował urząd, FARC ogłosiły rozejm. Jako że rzecz miała miejsce w okresie Bożego Narodzenia, można podejrzewać, że i partyzanci zapragnęli spożyć w spokoju świąteczną kolację, nie nękani kulami świszczącymi nad wigilijnym karpiem. Natomiast znajomi dziennikarki postanowili wykorzystać okres względnego spokoju, by wybrać się nad morze. Przypomnieli sobie jednak, że guerrilla obiecała zawieszenie broni, lecz nie wspomniała nic na temat porwań. A porwania dla okupu są jednym ze źródeł imponujących dochodów FARC. Drugie z nich to płatna ochrona producentów i hurtowych handlarzy narkotyków. 
Porwania i związki z producentami narkotyków tak silnie splatają się z historią kolumbijskiej guerrilli, że pominąwszy ten wątek nie sposób niemal zrozumieć jej długowieczności i siły. Marulanda twierdzi, że „chłopi i robotnicy Kolumbii walczą z imperializmem i niesprawiedliwościami oligarchicznego państwa”, ale więcej w tym hipokryzji niż prawdy. Choć początkowy impet guerrilli rzeczywiście płynął z frustracji wsi, nie mającej widoków na przyszłość, to od dawna nie tyle troszczy się ona o los „chłopa i robotnika”, ile chroni narkotykowych baronów, by finansować zmasowany terror, od lat paraliżujący kraj.
Historia FARC sięga początku lat 60., kiedy tworzyli ją prymitywnie uzbrojeni chłopi, próbujący wymóc na rządzie reformy socjalne, nie widząc na nie szans w drodze negocjacji. Dziś guerrilla liczy kilkanaście tysięcy dobrze wyposażonych i wyszkolonych partyzantów (nierzadko dzieci), którzy wdają się w potyczki z armią rządową, strącają helikoptery, biorą jeńców, napadają na posterunki policji i wojska, i działają w całym kraju, który jest ich zbiorowym zakładnikiem. 
Głównym czynnikiem błyskawicznego rozwoju guerrilli w latach 80. i 90. była kokaina. FARC ma swe główne bazy w rejonie słabo rozpoznanym nawet przez kartografów, który jest jednocześnie centrum uprawy koki. W latach 80. stała się ona podstawowym produktem eksportowym Kolumbii i jedynym źródłem utrzymania potężnej części kolumbijskich wsi. Żyjący w nędzy chłopi ruszyli wówczas ku swemu El Dorado, a razem z nimi guerrilleros z FARC, widzący w kokainowym boomie szansę także dla siebie. Rzecznik guerrilli powiada wprawdzie, że „chłop, który sieje kokę nie różni się niczym od tego, który sieje kakao”, ale można podejrzewać, że nieprzypadkowo FARC ignoruje producentów kakao i „chroni” tych, którzy uprawiają kokę. W końcu utrzymanie partyzanckiej armii, wyposażonej w sprzęt pochodzący z czarnego rynku i przemytu jest kosztowne, a – mimo niezaprzeczalnej popularności kakao – kokaina jest źródłem nieporównywalnie większych dochodów.
Guerrilla uważa się za praworządną władzę na terenach przez siebie kontrolowanych i przypisuje sobie prawo do pobierania podatków. Tak oto płatna ochrona plantacji i producentów narkotyków stała się, drogą pokrętnych zabiegów lingwistycznych, „polityką fiskalną”. Dochody guerrilli z „opodatkowania rolnictwa” szacuje się na 200-600 mln dolarów rocznie.

GUERRILLA I „SAMOOBRONA”

Liczba porwań, stanowiących drugie źródło dochodów FARC, sięga kilku tysięcy rocznie, a ich ofiarami padają ci wszyscy, którzy zmuszeni są podróżować po kraju. Doniesienia o porwaniach są tak powszechne, że choć powodować muszą złość, frustrację i strach, to z pewnością nie budzą już zdziwienia, bo nie dziwi coś, co zdarza się codziennie. 
Inna działająca w Kolumbii guerrilla – Ejército de Liberación Nacional (Armia Narodowowyzwoleńcza; ELN) – nie rozdrabniając się ekonomicznie, utrzymuje się z okupów niemal w stu procentach. Zdarzyło się jej uprowadzić samolot ze wszystkimi pasażerami, a nawet wszystkich parafian pewnej wioski, porwanych z niedzielnej Mszy.
O ile jednak kiedyś porwania były zasadniczym źródłem dochodów guerrilli, to z czasem stały się też przyczyną poważnych kłopotów. Oto jej krótkowzroczni „ekonomiści”, nie czyniąc rozróżnień między ofiarami i zaślepieni perspektywą intensyfikacji zysków, zaczęli porywać także członków rodzin narcotraficantes, czyli handlarzy narkotyków. Szybko okazało się to błędem o fatalnych konsekwencjach tak dla samej guerrilli, jak i znacznej części nie związanej z nią ludności kraju.
Przerażająca jest kolumbijska tradycja symbolicznej zemsty, gdzie w odwecie za śmierć brata wyrzyna się całą wioskę, która udzieliła niegdyś noclegu dziadkowi zabójcy. W odpowiedzi na porwania, w latach 80. powstały Autodefensas Campesinas de Córdoba y Urabá – Oddziały Samoobrony Prowincji Córdoba i Urabá (ACCU). Można byłoby zaakceptować naturalny odruch samoobrony wiosek, zagrożonych atakami guerrilli, gdyby nie fakt, że wyraża się on właśnie hurtową i ślepą zemstą, daleko wykraczającą poza obronę konieczną. 
Pierwszym aktem „samoobrony” ACCU było okrutne wymordowanie wiosek, podejrzewanych o sprzyjanie guerrilleros, którzy wcześniej porwali ojca ich lidera Fidela Castańo. Brat Castańo doprowadził do zjednoczenia podobnych organizacji w całym kraju, tworząc Autodefensas Unidas de Colombia (Zjednoczone Oddziały Samoobrony; AUC). 
Tak zaczęła się seria zbiorowych mordów popełnianych we wsiach, które jakoby udzielały guerrilli schronienia. Walka AUC z guerrillą ma zatem charakter symboliczny i nie wyraża się w otwartych potyczkach, a „samoobrona” jest raczej kampanią bezwzględnego, zbrodniczego i okrutnego terroru, skierowaną przeciw niewinnej ludności cywilnej.

POCZĄTEK KOŃCA FARC?

Także związek guerrilli z narcotraficantes okazał się być znacznie mniej fortunny niż oczekiwali partyzanci. Paradoksalnie, choć zapewnił im przetrwanie, będzie też najpewniej oznaczać ich kres. W 1998 r. prezydent Clinton przedstawił amerykańskiemu Senatowi projekt tzw. Plan Colombia, dotyczący finansowej i logistycznej pomocy dla rządu Kolumbii w walce z narkotykowymi baronami. Do dziś rząd Pastrany otrzymał ponad miliard dolarów, z których część przeznaczono na szkolenie armii. Nigdy nie przyznano otwarcie, że chodzi też o wsparcie walki z guerrillą, ale że jest ona jednym z ogniw kolumbijskiego przemysłu narkotykowego, nie ma wątpliwości, że i przeciw niej Plan Colombia jest skierowany. Szkolone za amerykańskie pieniądze wojsko miało być wprawdzie użyte do likwidacji plantacji koki, ale to w końcu guerrilla te plantacje ochrania. 
Taktyka guerrilli zadziwia swą krótkowzrocznością. Ostatnim i spektakularnym jej wyczynem – którym partyzanci ściągnęli na swe głowy wojskowe lotnictwo – było uprowadzenie pasażerskiego samolotu z członkiem parlamentu na pokładzie. Porwania samolotów nigdy nie należały do czynów chwalebnych, ale ich postrzeganie zmieniło się radykalnie po 11 września ubiegłego roku, o czym guerrilleros wydają się nie wiedzieć. Również niedawne porwanie kandydatki do urzędu prezydenckiego wydaje się taktycznie osobliwe.
Z kolei rodzaj świadomości politycznej przywódców guerrilli uderza samobójczą głupotą. Zakładając, że guerrilla mogła kiedykolwiek obalić w Kolumbii legalną władzę – co nigdy nie było prawdopodobne, a dziś jest absolutnie niemożliwe – niewiarygodne jest jej lekceważenie bazy społecznej dla swych (ewentualnych) rządów. Nie ma bowiem możliwości, aby społeczeństwo, które przez dziesięciolecia stanowiło ofiarę partyzantów, wsparło ich w walce z wybranym przez siebie rządem, bo zasadniczym problemem Kolumbijczyków jest codzienny strach przed porwaniami i zamachami FARC. 
Może zresztą źródłem konfliktu w Kolumbii nie jest głupota, ale raczej zachwiana psychika komendanta Marulandy, który zwyczajnie obawia się partyzanckiej emerytury i bezczynności. 

PRZEMOC, NĘDZA I ZBAWIENIE

Tak czy inaczej, ekshumowane przez Marulandę rewolucyjne slogany są po części makijażem dla przestępczego charakteru FARC i cynicznym wyzyskiwaniem podatności na lewicową retorykę, która cechuje zwłaszcza zacofane regiony Ameryki Łacińskiej. Pozostaje pytanie o przyczyny popularności tej działalności kryminalnej, ukrytej pod hasłami reformy socjalnej.
Pierwsza jest natury ekonomicznej: guerrilla zapewniła byt setkom tysięcy kolumbijskich chłopów, dla których plantacje koki stanowią jedyne źródło utrzymania. Z tego też powodu nie uda się zapewne zahamować produkcji kokainy, ani zakończyć konfliktu z FARC jedynie przez szkolenie brygad antynarkotykowych i działania zbrojne. Ciągnąć się one bowiem mogą – w kolejnej latynoamerykańskiej guerra de guerrillas – przez dziesięciolecia. Trzeba więc przede wszystkim pomyśleć o tych setkach tysięcy ludzi, których byt jest uzależniony od kokainy i przekonać ich, że kres guerrilli nie będzie dla nich oznaczać ponownego wykluczenia ze społeczeństwa oraz biedy, których zawsze doświadczali.
Inna przyczyna długowieczności kolumbijskiej guerrilli wiąże się z kulturą polityczną kontynentu. O ile w Europie słowa Führer czy Duce są dziś synonimem haniebnych epizodów jej historii, to tutaj wyraz caudillo wciąż jeszcze pobrzmiewa westchnieniem nadziei, że zbawienie przyjdzie „z góry”. Życie społeczne czasem silniej kształtuje wieszczona przez proroków rodzaju Marulandy eschatologia, niż zasady społeczeństwa obywatelskiego i demokratyczne struktury państwa. Zbyt często też wierzy się, że droga ku zbawieniu wiedzie przez przemoc, która zawsze była właściwa życiu politycznemu i społecznemu Ameryki Łacińskiej. 
Kolumbia jest ostatnim krajem, w którym tego zamierzchłego przekonania wydają się nie osłabiać ani upływ czasu, ani demokratyczne przemiany, które w ostatnich latach odmieniły cały kontynent. Historia i natura konfliktu w z FARC i dziedzictwo latynoamerykańskiej przemocy budzą obawy, że długo jeszcze nie zapanuje w Kolumbii pokój. Choćby jednak wojna z guerrilą miała się zakończyć szybko, najważniejsze jest zrozumieć, że po Marulandzie przyjdą kolejni „zbawiciele”, jeśli zignoruje się społeczne i kulturowe tło konfliktu. 
Smutny paradoks tej wojny polega na tym, ze choć jest ona jedynym wyjściem z sytuacji, to nie przyniesie jej rozwiązania. Szansa na pokój w większym stopniu uzależniona jest bowiem od społecznych reform i edukacji, niż od siły rażenia rządowej armii. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl