A mój syn

Głoduj razem z nimi

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn, zapytany wczoraj, czy wie, co to jest półwysep, odpowiedział: „Jasne, że wiem: pół palmy, pół piasku, pół tratwy, pół rozbitka...”. Ale śmiał się, nim jeszcze skończył mówić, bo wie już, że języka giętkiego nie należy rozumieć bezwzględnie i dosłownie.
Nigdy nie zgadzałem się z powiedzeniem, że „dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają”. Co to za dżentelmeni, myślałem sobie, którzy nie rozmawiają o tym, o czym w kółko myślą? Będąc posiadaczem dużych ilości dezynwoltury, ale i znając ludzki rodzaj, lubiłem pytać w potrzebie nielicznych przełożonych, jakich w życiu miałem: „A pan ile właściwie zarabia?” To była dobra broń i polecam ją każdemu, komu kiepsko płacą.
Zatem porozmawiajmy o pieniądzach. Ze wszystkich stron dobiega powtarzane zgodnym chórem: mało. Mało zarabiamy, oj, jak mało. Los doświadcza nas srodze, zmniejszyliśmy inflację, to dziurę budżetową wykopał nam na drodze. I w sumie trudno nie zgodzić się z tym wielkim „mało”, ale jednak niektóre głosy w chórze brzmią mi jakoś fałszywie. Ostatnio szczególnie często słyszę narzekających na biedę ludzi filmu: aktorów, rzadziej reżyserów... Oświetleniowców nie słyszę. I myślę sobie: jak to jest, żeby takiemu wielgachnemu przemysłowi filmowemu nie starczało na chleb dla swoich dzieci? Toż nawet na środku mojej prowincjonalnej mieściny z dwoma nieuczęszczanymi kinami postawili jakiś hipodrom i każą na niego mówić „multipleks”. Niestety, z aktorami nie jest tak łatwo jak na przykład z prezydentami, których kondycję finansową łatwo ocenić po tuszy (nie mylić z półtuszą, vide wstęp; z naszych to jeno jenerał Jaruzelski utrzymał wagę przez całą kadencję). Aktor potrafi na potrzeby filmu przytyć 25 kilo, a po filmie schudnąć sobie jakby nigdy nic. 
Aktor najczęściej narzeka na biedę, kiedy jakiś nie-dżentelmen zapyta go o chałturę. „Dla chleba, panie, dla chleba” – odpowiada tonem proszalnego dziada legendarny aktor zapytany o powody udziału w telewizyjnej żenadzie. Mniej więcej to samo mówią jego koledzy zapytani o występy w reklamach lub przedkładanie ról w mydlanych operach nad role teatralne. Gdy o reklamach mowa, nie mogę pominąć głosu Agnieszki Holland oburzonej ujawnieniem jej autorstwa reklamy operatora telefonii komórkowej. Ta sytuacja jest tak śmieszna, że aż mi się chce śmiać. Niezły mamy ubaw oglądając teraz ze znajomymi różne fajne reklamy. „Ten proszek do prania to chyba Zanussi reżyserował”. „Nie, nie, ja tu stanowczo czuję rękę Wajdy. Zwróć uwagę na paralelne prowadzenie wątku tego proszku i wątku proszku zwykłego”. Być może ktoś uzna, że należałoby na finanse branży filmowej spuścić zasłonę litościwego milczenia, jednak ośmielę się zaproponować co innego. Kurtyna w górę! Pomyśl, aktorze, jakim pocieszeniem dla narodu, któremu mają właśnie opodatkować oszczędności (oj, tak mi się chce śmiać, że ledwie mogę dalej pisać!), może być wysokość twoich dochodów. Co, dżentelmeni nie rozmawiają? 
Obywatelu! Nie starcza ci do pierwszego, a twoje dzieci są głodne? Pomyśl o ciężkiej sytuacji polskiego aktora. Zobacz, jak kluby sportowe zalegają z pensjami piłkarzom. Wejrzyj na los gwiazd piosenki okradanych przez złych fonograficznych piratów. Coś ja podejrzewam, że bieda aktora lub reżysera to jednak co innego niż bieda zdołowanego górnika. Sam jestem artycha, ale imałem się w życiu łopaty i wideł. Zaprawdę powiadam wam, że zwykłemu robotnikowi powinno się płacić pięć razy tyle, co najdowcipniejszemu felietoniście. A aktorzy mają jeszcze lżej, bo do łopaty i wideł mają dublerów. 
Jose Arcadio przesłał mi właśnie, z dopiskiem „znając pańskie sportowe zainteresowania”, kilka „klasyków” komentatorskich. Ponieważ sam jestem ciekaw, ile psów da się powiesić na komentatorach sportowych bez jakiegokolwiek wpływu na poprawę ich pracy i ponieważ jedna ze skrzydlatych myśli pasuje mi do dzisiejszego tematu, psa nr 178 wieszam na red. Szaranowiczu, który ponoć powiedział: „Nikt na świecie nie będzie przecież pracował za trzy tysiące
złotych”. No to żądam ujawnienia dochodów naszych sprawozdawców! Na początek proszę mi powiedzieć, ile kosztował bilet do Rotterdamu red. Jońcy, który dwa tygodnie temu podczas meczu w ogóle nie odróżniał piłkarzy, a ile bilet (chyba lotniczy?) do Salt Lake City red. Szaranowicza, który cudownie nie zauważył podczas decydującego o medalu Małysza skoku Hannawalda, że Hannawald się przewrócił (pies nr 180).
Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl

PS. Za postscriptum niech dziś posłużą fragmenty listu od ks. Marka Łuczaka komentującego jeszcze mój felieton z anagramami: „Najczęściej zaczynam lekturę »TP« od ostatniej strony. Powód jest oczywisty: Hennelowa, a zaraz po niej Podsiadło. Po raz pierwszy poczułem, że się z Panem nie zgadzam. Chodzi o pewnego rodzaju zwroty i opisaną przez Pana reakcję redakcji. Nie używam takich słów na ambonie wcale nie dlatego, że nie mam takich pokus. Nie robię tego nawet nie z powodu troski o swoje sumienie, bo podobnie jak Pan uznaję pewne konwenanse za wytwór kultury i »produkt« ulegający zmianie, a więc nie – dogmat. (Mam nadzieję, że dobrze rozumiem Pana eksplikację z felietonu). Unikam pewnych sformułowań z szacunku do tych, którzy mają dość chamstwa na co dzień i dlatego w kościele byłoby tego za wiele – miarka by się przebrała. Podobnie, gdy chodzi o niektóre media – oczekiwania są większe. Przyznam się, że w »TP« rażą mnie czasami błędy stylistyczne czy inne językowe wpadki. Gdyby do tego dodać styl »GW« albo »Nie« – powtórzyłbym za Zanussim: »Pora umierać«. Proszę nie traktować moich słów jako pozór choćby ataku na Pana osobę. Apeluję jednak o szacunek do tych, którzy wychowali się w innym świecie, być może umierającym, ale jeszcze żywym. Dopóki żyje ten świat, który rozróżnia słowa parlamentarne od nieparlamentarnych – trzeba to uszanować. Pamięta Pan swój felieton w świątecznym numerze »TP«? Chodzi o tę reakcję na chamskie potraktowanie sióstr zakonnych. Ten tekst był dla mnie próbą obrony wszelkiego sacrum. Język nie musi być w »TP« nośnikiem sacrum, bo wtedy z pisma o intelektualnych ambicjach stałby się nudną »kazalnicą«, ale owo sacrum, dzięki kulturze autorów, może być immanentne z językiem. Bez względu na światopogląd czy wyznanie pismaków”.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl