Miecz Damoklesa

Ks. Stanisław Musiał SJ



Czy w sprawie aborcji możliwy jest kompromis? Nie. Życie bowiem jest tak fundamentalną wartością, że nie można opowiadać się za nim, trzymając równocześnie w zanadrzu różne „ale”.


Miałem kolegę, przyjaciela, nie Polaka. Jego rodzice rozwiedli się przed wojną, a potem w czasie zawieruchy wojennej obydwoje zginęli. Mój kolega jako kilkunastoletni chłopiec natknął się w piwnicy swego rodzinnego domu na papiery rozwodowe jego rodziców. Wpadł w szok. Rodzice rozeszli się z jego powodu, zanim zdążył się narodzić. Jedno z rodziców chciało, żeby dziecko nie zobaczyło światła dziennego. Drugie broniło jego życia. Szok, który mój kolega wtedy przeżył, trwa do dzisiaj, oczywiście z różnym nasileniem. Wiele razy słyszałem z jego ust, zwłaszcza w sytuacjach niepowodzeń i trudności, że przecież on nie powinien żyć, że pisana mu była jako żywo śmierć, że szkoda, iż w ogóle przyszedł na świat. Co dziwniejsze: raz miał żal do rodzica, który chciał go zabić, innym razem do tego, który go ocalił. Kiedyś wyznał mi: „Wiesz, czuję się jak wisielec, który się urwał ze sznura i uciekł spod szubienicy, ścigany przez kata”.
Przykład odwrotny (proszę mi wybaczyć, że będę mówił o sobie i moich rodzicach). Moi rodzice byli bardzo biedni. Pamiętam, wiele razy byłem głodny. Było nas sześcioro rodzeństwa (dwoje zmarło w wieku niemowlęcym). Gdy moja mama była już śmiertelnie chora (umarła mając 52 lata), mogłem odwiedzić po raz pierwszy mój dom rodzinny po 9 latach od wstąpienia do zakonu. Studiowałem wtedy teologię w Warszawie. Byłem już dojrzałym 23-latkiem, półtora roku przed święceniami kapłańskimi. Pozwolono mi pozostać u chorej mamy przez cztery dni (zmarła w kilka dni po moim wyjeździe). Prowadziliśmy rozmowy na różne tematy, także o życiu wiecznym, trochę jak św. Augustyn ze swoją umierającą matką w Ostii. M.in. zapytałem moją mamę wprost, czy byłem dzieckiem chcianym. Uśmiechnęła się zamiast odpowiedzi. Usłyszałem natomiast od niej dziwne i zarazem piękne wyznanie: w dniu ślubu, w kościele, prosiła Boga o światło i pomoc w „planowaniu” rodziny (nie chciała być jedną z kobiet, które miały – jak to często wówczas bywało – po kilkanaścioro dzieci), równocześnie jednak powiedziała mi, że przyrzekła wtedy Bogu, iż każde życie w jej łonie przyjmie jako dar od Boga. Mogę szczerze powiedzieć, że nigdy w życiu nie doświadczałem rozterek i załamań, jak mój kolega: po co przyszedłem na ten świat i czy nie lepiej byłoby, żebym w ogóle nań nie przychodził. Sądzę, że zawdzięczam to temu, że w żadnym momencie mego życia przed narodzeniem, w moim domu rodzinnym, nie wisiał nade mną miecz Damoklesa.
Bogu dzięki, przeważa na świecie liczba tych, którzy narodzili się, bo zostali zaakceptowani przez rodziców jako „dar Boży” czy zrządzenie losu. Co będzie jednak, gdy wraz ze wzrostem zastosowania diagnostyki prenatalnej i wraz z „postępem” inżynierii ludzkiej, wszyscy ludzie na świecie, zanim się narodzą, będą musieli przejść przed „trybunałem” rodzicielsko-medycznym, który będzie orzekał o ich prawie do życia? Nie wiem, jakie to będzie pokolenie. Jakie będzie mieć ono poczucie wartości życia? Jakim szacunkiem będzie darzyć życie innych, a także swoje własne życie? Już teraz jesteśmy świadkami procesów na Zachodzie, wytoczonych przeciw rodzicom przez ich własne dzieci, niezadowolone z jakości swego życia.
Dzisiejsze państwo w krajach tzw.„cywilizowanych”, które stawiamy sobie za wzór (i do których nawet odwołujemy się listownie, apelując o pomoc), skapitulowało na najważniejszym odcinku życia ludzkiego, bo w jego fazie początkowej, podczas jego pierwszych trzech miesięcy. Państwa „cywilizowane”, których zadaniem powinna być ochrona życia ludzkiego od chwili poczęcia aż po jego naturalną śmierć, zdają się mówić: „Kochani! Jak się Wam uda przeżyć pierwsze trzy miesiące Waszego życia, to potem możecie liczyć na nas. Będziemy was bronić wszelkimi dostępnymi środkami. Prawem i, jeśli zajdzie potrzeba, bronią. Wybaczcie, ale będziemy to mogli zrobić dla Was dopiero wtedy”. Jakże wspaniały jest sposób liczenia ludzkiego wieku w buddyjskiej Korei Południowej – nie od chwili narodzin, tylko od chwili poczęcia.
Scenariusz przyszłościowy jest niestety jeszcze czarniejszy. Wszystko wskazuje na to, że drugim okresem w życiu obywateli, nie chronionym przez państwo, będzie krańcowy etap życia ludzkiego: starość lub przypadek nieuleczalnej choroby. Prawodawstwo niektórych krajów zachodnich już w tym kierunku mocno pracuje. Mówił mi pewien ksiądz z diecezji akwizgrańskiej w Niemczech, że ilość zgłoszeń z Holandii do domów starców, prowadzonych przez siostry zakonne po stronie niemieckiej, wzrasta w niesłychanym tempie. Ja sam, na podstawie moich doświadczeń duszpasterskich w Niemczech, odnotowuję gwałtowny przyrost u ludzi starych i chorych gotowości „cichego” odejścia z tego świata, by nie być nikomu ciężarem, zwłaszcza dzieciom i rodzinie. Już teraz procent pogrzebów „anonimowych” jest bardzo wysoki, zwłaszcza w Niemczech Północnych. Polegają one na tym, że zainteresowani składają notarialną deklarację, iż po ich śmierci chcą być spaleni „bez śladu”. Nikt, nawet najbliżsi, nie mogą wiedzieć ani prawnie tego dochodzić, kiedy odbyła się ich kremacja i gdzie zostały rozsypane ich prochy. Gdy rozmawiałem z osobami, które były sygnatariuszami takich kontraktów, prawie wszystkie podawały jako rację to jedno, że nie chcą swoim najbliższym sprawiać kłopotu troską o ich grób lub urnę z prochami na cmentarzu.
Jest to przerażający dramat cywilizacji współczesnej: może się ona pochwalić cudownymi osiągnięciami i równocześnie hołdować degeneracjom, które w tej skali dotychczas nie występowały. Jedną z nich jest właśnie fakt, że największym potencjalnym zagrożeniem dla rozwijającego się życia ludzkiego jest nie kto inny, jak właśnie matka. Nie chcę przez to stwierdzenie kłaść cienia na wszystkie bez różnicy matki ani rzucać kamieniem na te z nich, które mają na swym sumieniu grzech przeciw życiu własnych dzieci. (Wiemy aż nadto dobrze, jaką tragiczną rolę odgrywają tutaj niektórzy ojcowie czy mężczyźni w ogóle – kobiety bywają zwykle ich ofiarami.) Stwierdzam tylko fakt: jeśli dziecko przeżyje w łonie matki pierwsze trzy miesiące, może dopiero wtedy wydać z siebie westchnienie ulgi; „Uf! Udało się! Są szanse, że ujrzę światło dzienne”. 
Gdyby mnie ktoś zapytał, po czyjej jestem stronie, jeśli idzie o życie ludzkie, odpowiedziałbym bez wahania: jestem po stronie młodych, którzy cieszą się życiem i często tę radość celebrują! To, że memu życiu w pierwszych trzech miesiącach ani nigdy potem nic nie groziło ze strony bliskich, nie zwalnia mnie od tego, żeby nie bronić zagrożonych (to tak, jakby ktoś powiedział: ja osobiście nie myślę posiadać niewolników, ale, jeśli ktoś chce ich mieć, to proszę bardzo, mnie to wcale nie przeszkadza). Chciałbym, żeby nad żadnym poczętym dzieckiem nigdy nie wisiał miecz Damoklesa. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl