Idee i polityka międzynarodowa: na marginesie listu amerykańskich intelektualistów

Ameryka i świat – w poszukiwaniu osi zła

ROMAN KUŹNIAR

 


Najpierw był szok. Potem gniew, współczucie i solidarność z Ameryką. Niemal cały świat natychmiast zadeklarował gotowość pomocy. Później obserwowaliśmy coraz intensywniejszą operację antyterrorystyczną i niespodziewanie szybki upadek reżimu talibów. Dziś oddziały specjalne poszukują członków Al-Kaidy; mówi się o rozszerzeniu operacji na inne kraje, pojawia się termin „oś zła”. I równolegle słychać w Europie i w innych częściach świata głosy krytyki wobec prowadzonej przez Waszyngton operacji. Amerykanie spostrzegają, że mimo zwycięstwa w Afganistanie i toczonej przez nich walki „w obronie cywilizacji” nie są kochani. W obliczu narastającej krytyki – nie brak jej też w samej Ameryce – grupa wybitnych amerykańskich intelektualistów postanowiła zareagować listem otwartym wyjaśniającym sens toczonej przez USA walki.


„DZIEDZICTWO CAŁEJ LUDZKOŚCI” 

Zatytułowany „O co walczymy” (What We’re Fighting For), został podpisany przez kilkudziesięciu naukowców, pisarzy, filozofów, politologów, publicystów. Są wśród nich świetne, znane na świecie nazwiska, m.in. D. Blankenhorn, A. Etzioni, F. Fukuyama, S. Huntington, H.C. Mansfield, D.P. Moynihan, M. Novak, R.D. Putnam, Th. Skocpol, M. Walzer czy D. Yankelovich. List, bez rozległych przypisów, został ogłoszony w „Rzeczpospolitej” (23–24 lutego), co zwalnia od szerszego przypominania jego tez. Autorzy przedstawiają swe stanowisko w tak fundamentalnych sprawach, jak amerykańskie wartości, ocena systemu społecznego i politycznego Stanów Zjednoczonych, własny oraz społeczeństwa USA stosunek do Boga i do koncepcji wojny sprawiedliwej w kontekście 11 września. Punktem wyjścia jest przez nikogo na świecie nie kwestionowane stwierdzenie, że „bywają chwile, w których naród musi się uciekać w obronie własnej do użycia siły zbrojnej”.
Ujmuje uczciwość autorów listu, którzy odważnie mówią o niekiedy „błędnej i niesprawiedliwej” amerykańskiej polityce zagranicznej, o „arogancji i ignorancji wobec innych społeczeństw”. Nie do końca zdają się oni jednak rozumieć cenę tej polityki, którą do tej pory płacą inni, i związanych z tym emocji. Warto przypomnieć, że w wypowiedziach po 11 września niektórzy, np. N. Davies, Z. Brzeziński, F. Fukuyama, uznali to wydarzenie za pierwszą próbę przerzucenia przez podmiot zewnętrzny ceny polityki zagranicznej USA na jej własne społeczeństwo. 
Autorzy listu odnoszą się także krytycznie do niektórych schorzeń amerykańskiego systemu społecznego, piszą o „rozziewie, jaki zbyt często ma miejsce pomiędzy ich (amerykańskimi) ideałami a postępowaniem”. Pozostają zarazem przekonani, że jest to najlepsze z możliwych społeczeństw, wzorzec dla innych. Wiara w wyjątkowość Ameryki przebija m.in. w stwierdzeniu, iż „amerykańskie wartości są także dziedzictwem podzielanym przez całą ludzkość”. 
Całość dalszych wywodów umieszczona jest całkowicie w płaszczyźnie moralnej, a niekiedy (rozważania o Bogu) teologicznej. Jest to swoisty traktat z zakresu filozofii moralnej. Dotyczy to zwłaszcza rozważań na temat wojny sprawiedliwej, której koncepcja obecna jest w filozofii europejskiej od świętego Augustyna, choć jej korzenie są jeszcze wcześniejsze. W tym przypadku amerykańscy intelektualiści wchodzą zresztą na grząski grunt, bowiem koncepcja ta jest jeszcze bardziej kontrowersyjna niż doktryna interwencji humanitarnej. Łatwo tu o nadużycia, zwłaszcza, gdy oskarżycielem, sędzią i wykonawcą wyroku jest podmiot silniejszy. To dlatego współczesne prawo międzynarodowe milczy w tej kwestii, z oczywistym wyjątkiem zapisanego w Karcie Narodów Zjednoczonych prawa do samoobrony.
Jednak wojna (zwalczanie zła) jest nie tylko sprawiedliwa lub nie, a zatem teoretycznie moralna lub niemoralna, lecz podlega osądowi moralnemu w każdym jej aspekcie, także lub zwłaszcza wtedy, gdy staje się faktem. I w tym właśnie miejscu zaczynają się kłopoty, których autorzy listu zdają się nie rozumieć lub je pomijają. Źródłem tego jest niezrozumienie krytyki amerykańskich działań militarnych. Owa krytyka nie dotyczy bowiem prawa USA do obrony czy walki z terroryzmem; nie ma też żadnych rozbieżności co do osądu moralnego ludobójczego czynu i nieludzkich intencji autorów zamachu z 11 września.

SKĄD TA KRYTYKA?

Problemy leżą gdzie indziej – w sferze, od której abstrahują sygnatariusze listu: realnego porządku międzynarodowego, w warstwie realnych obaw i chorób trapiących różne kraje i regiony. Z reakcji na amerykańską operację wynika, że chodzi o trzy kategorie obaw i problemów.
Po pierwsze, jest nią rosnąca potęga militarna Ameryki i jej bezprecedensowa w historii przewaga nad resztą świata. Rzecz nawet zresztą nie tyle w potencjale USA. Jak zauważył niedawno David Ignatius: „tym, czego obawia się Europa, jest nie siła Ameryki, lecz to, jak jest używana”. A zdaniem Europejczyków jest ona używana w sposób pociągający za sobą nadmierne straty materialne i ludzkie. Zgodnie z doktryną „zero strat własnych”, amerykańskie siły zbrojne stosują bomby i rakiety o ogromnej sile niszczenia. Ponadto, prowadząc działania wojenne, Amerykanie mają skłonność do ignorowania norm prawa humanitarnego, na co zresztą zwraca uwagę Międzynarodowy Czerwony Krzyż i Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka. Wreszcie, Waszyngton rozszerza swoją interpretację walki z terroryzmem i publicznie rozważa (budząc obawy w Europie i na Bliskim Wschodzie) zaatakowanie innych krajów, nawet jeśli wiadomo, iż nie mają one żadnych związków z organizacją terrorystyczną odpowiedzialną za zamach 11 września – CIA wyklucza bowiem powiązania Iraku z Al-Kaidą. W sumie chodzi o to, na co zwracał uwagę Jan Paweł II w czasie noworocznego spotkania z korpusem dyplomatycznym: o środki, przy pomocy których zwalcza się zło. Trzeba uważać, by nie prowadziły one do jeszcze większego zła.
Po drugie, obawy budzi wyjątkowe nasilenie unilateralizmu w polityce USA. Ta tendencja zarysowała się wcześniej i polega na wycofywaniu się Stanów Zjednoczonych z ważnych dwu- i wielostronnych, uniwersalnych porozumień międzynarodowych – ważnych dla całej społeczności międzynarodowej, bo stabilizujących światową politykę, chroniących wspólne wartości i osłaniających słabych przed samowolą silnych. Chodzi m.in. o umowy w sferze praw człowieka, ochrony klimatu czy rozbrojenie bądź kontrolę zbrojeń. Zarazem nierzadko Waszyngton próbuje zmusić inne państwa do respektowania porozumień, które sam odrzuca. I to właśnie w tej perspektywie jednostronne postępowanie Ameryki w walce z terroryzmem wywołuje krytykę ze strony innych.
Po trzecie, moralny sprzeciw w wielu regionach wywołuje niska wrażliwość Ameryki na nędzę, nierówności, marginalizację, zacofanie, poniżenie i brak nadziei, które są udziałem wielu krajów i społeczeństw. Ich sytuacja jest źródłem niestabilności i konfliktów, różnego rodzaju ekstremizmów i fundamentalizmów. To tam działają bojownicy różnych spraw czy wreszcie pozbawieni hamulców moralnych awanturnicy i terroryści. Z tej perspektywy Ameryka jest postrzegana nierzadko jako syte i zadowolone z siebie społeczeństwo, żyjące w twierdzy odgradzającej ją od reszty świata, i którego jedyną troską jest utrzymywanie – także przy użyciu siły – tego porządku międzynarodowego, który za pośrednictwem generowanych przez Amerykę procesów globalizacji wysysa z innych regionów zasoby zapewniające jej dobrobyt i stałe miejsce na szczycie światowej hierarchii.

KWESTIA PRZYZWOITOŚCI 

List amerykańskich intelektualistów zdaje się więc rozmijać z istotą zagadnienia i przechodzi obok rzeczywistych problemów, którymi żyje świat w ostatnich miesiącach. Zwłaszcza, że mimo wydarzeń z 11 września Ameryka pozostaje najbezpieczniejszym i najbardziej dostatnim miejscem na ziemi. Amerykanie są pogrążeni w bólu, którego natężenie jest proporcjonalne do uprzedniego przekonania o nietykalności ich ojczyzny. Tymczasem w Europie, Afryce czy Azji dramat związany ze śmiercią 3119 osób (jak to wyliczono w jednym z przypisów do listu) nie robi takiego wrażenia. Tutaj liczbę ofiar różnych konfliktów podaje się w cyfrach „opatrzonych haniebnym słówkiem »około«” (Zbigniew Herbert, „Pan Cogito o potrzebie ścisłości”): ok. 200 tys. na Bałkanach, ok. 60 tys. w Czeczenii, ok. 700 tys. w Rejonie Wielkich Jezior afrykańskich. Także na jednym z amerykańskich uniwersytetów obliczono, że w rezultacie bombardowań zginęło w Afganistanie już „około” 4 tys. cywili.
Wspomniane zjawiska i problemy ze sfery polityki realnej i realnego świata mają przecież także wymiar moralny. W zakończeniu listu autorzy zobowiązują się do działań temperujących „skłonności do arogancji i szowinizmu, którym podlegają niekiedy narody prowadzące wojnę”. Chwała Bogu, że są tacy, którzy wcześniej dostrzegli to niebezpieczeństwo. Niezawodna w sytuacjach wymagających trzeźwego wyczucia moralnego Flora Lewis zaprotestowała niedawno przeciwko próbie utworzenia w Pentagonie Biura Strategicznego Oddziaływania, które miało trudnić się czarną propagandą, czyli fabrykowaniem fałszywych informacji o różnych krajach i ich rozpowszechnianiem na cały świat (Pentagon odstąpił od tej mało chwalebnej inicjatywy, choć pozostał przy swym przekonaniu o jej słuszności). Lewis broniła wiarygodności Ameryki: dla niej ten projekt był jeszcze jedną „pokusą usprawiedliwiania każdego sposobu działania, który wydaje się niezbędny dla zapewnienia nadrzędnego celu – zwycięstwa”. To właśnie wypowiedź Lewis o operacji antyterrorystycznej była cytowana na łamach „TP”: „Natężenie emocji i gniew, aczkolwiek w pełni usprawiedliwione, nie mogą stać na przeszkodzie przyzwoitemu postępowaniu, zgodnemu z wartościami, które wyznajemy i z zasadą praworządności”. To w takiej płaszczyźnie mają źródło wspomniane obawy i to jej dotyczy spór, nie zaś zasad będących przedmiotem listu.

JAKIE PRZYWÓDZTWO

Świat potrzebuje amerykańskiego przywództwa. Stąd niepokój, że Ameryka odwraca się od świata, lub że kontakty z nim ogranicza do obrony swych globalnych interesów. Wiadomo skądinąd, że przywództwo nie może opierać się wyłącznie czy przede wszystkim na sile zbrojnej. To pragnienie i te obawy są obecne zwłaszcza w Europie. Europejczycy obawiają się erozji moralnych podstaw amerykańskiego przywództwa; obawiają się też pęknięcia pomiędzy obiema stronami Atlantyku w sferze wartości. O szczerości europejskich intencji, które przejawiają się także w głosach krytycznych wobec niektórych aspektów polityki USA świadczy wykazana instynktownie, błyskawicznie i bezwarunkowo solidarność z Ameryką po 11 września. Jej ostatecznym wyrazem było natychmiastowe odwołanie się do art. 5 (o wspólnej obronie) Traktatu Waszyngtońskiego, choć wydarzenia z 11 września nie spełniały przecież sformułowanych tam kryteriów. Udzielając pomocy Ameryce, Europa i świat mają także prawo do wyrażania ocen i obaw związanych z szerszym kontekstem prowadzonej przez nią operacji. 
Szlachetny w intencji list amerykańskich intelektualistów nie wychodzi naprzeciw tym niepokojom. Problemów realnego świata, w tym zwalczania terroryzmu, nie da się sprowadzić do obrony jednej zasady. Konieczne jest także uwzględnianie wartości, norm i porozumień odpowiadających lękom i bolączkom, którymi ów świat jest wypełniony. Ich ignorowanie prowadzi nierzadko do sytuacji, w których jedynym środkiem ekspresji zdaje się być sięganie po przemoc, która nie uznaje żadnych zasad.


Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów Strategicznych w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl