Korupcja i prawo

MARCIN KRÓL

 

O ile dobrze pamiętam, nie było w Polsce po 1989 roku ani jednego przypadku polityka, który zrezygnowałby ze stanowiska tylko dlatego, że jest poważnie podejrzany o korupcję lub dlatego, że stworzył sytuację, którą określamy mianem konfliktu interesów. A przecież podejrzanych w obecnym rządzie, w poprzednim i we wszystkich innych było co niemiara. Dlaczego zatem nikt nie ustępuje, nie podaje się do dymisji, nie popełnia samobójstwa, jak to się zdarzało wielokrotnie w europejskich demokracjach? Otóż dlatego, że politycy w Polsce, a za nimi także dziennikarze i opinia publiczna uważają, iż z przypadkiem korupcji mamy do czynienia dopiero wtedy, kiedy sąd udowodni, że istotnie ktoś został przekupiony, wziął łapówkę lub ukradł. 
Tak jest rzeczywiście w przypadku normalnego obywatela, jednak polityk nie jest normalnym obywatelem – zresztą nie tylko polityk, ale także menadżer wielkiej firmy, państwowej czy prywatnej. Ich odpowiedzialność ma inną naturę. Jakakolwiek forma konfliktu interesów, klientelizmu, podejrzenia o preferencje podczas przetargu, umieszczanie bliskich (krewnych lub znajomych) na wysokich stanowiskach czy w radach nadzorczych państwowych lub prywatnych firm – wszystko to jest naganne i jeden taki przypadek, który przecież nie podlega ściganiu przez prawo, powinien wystarczyć, by polityk zrezygnował ze stanowiska. Pójdźmy jeszcze dalej: należy również nie dopuszczać do sytuacji, kiedy na przykład w gminie lub mieście przewodniczący rady i proboszcz są bliskimi kuzynami. Inaczej mówiąc, rządzący w demokracji (i to na wszystkich poziomach władzy) muszą być poza wszelkim podejrzeniem. Uzasadnione podejrzenie powinno powodować natychmiastową rezygnację.
Nie chcę cytować konkretnych przypadków. Znamy je dostatecznie dobrze; a to właśnie miejsca w radach nadzorczych, a to niepotrzebne kredyty w banku, którego właściciel jest blisko związany z rządem, a to nadmierne i zbędne wydatki na wyjazdy zagraniczne, a to wykorzystywanie uprawnień posiadanych z racji funkcji politycznej (na przykład do latania rządowym samolotem) dla celów prywatnych. I tak dalej i tak dalej. Nie chodzi przy tym o marnotrawienie lub wręcz kradzież publicznych pieniędzy. Korupcja polityczna – wbrew opinii oszalałych posłów ze znanych nam partii – nie jest źródłem poważniejszych uszczerbków dla budżetu państwa. Korupcja polityczna istniała zawsze i w wielu ustrojach niedemokratycznych nie była traktowana jako zło, a raczej jako normalny element obyczajów politycznych. 
Dlaczego zatem w demokracji jest tak bardzo potępiana? Dlatego, że w demokracji władza nie jest przywilejem, ale służbą, czyli wybrani przez nas (bezpośrednio lub pośrednio) kierownicy spraw politycznych lub gospodarczych są naszymi pracownikami, a kto by chciał być okradany lub oszukiwany przez swojego podwładnego? Władza wykonawcza, czego nigdy dość przypominać, jest przez nas zatrudniana i nam podlega, a nie odwrotnie. Ponadto w demokracji władza realizuje tylko i wyłącznie interes publiczny, państwowy, narodowy, społeczny, a nigdy swój. 
Naturalnie wiemy, że ludzie nie są doskonali, a mechanizmy polityczne zmuszają do zawierania niejawnych sojuszy, do poszukiwania patronów i finansów. Jak wiemy z przykładów wielu państw zachodnich, bywa to czasem zalegalizowane prawnie (lobbying w USA), a już na pewno musi być jawne. Każde inne postępowanie jest oburzające, czego przykładem zachowanie prezydenta Clintona w ostatnich tygodniach sprawowania władzy, kiedy to wielokrotnie przekroczył reguły gry, za co został brutalnie potępiony i w historii Ameryki będzie mu to pamiętane. W Polsce jednak wciąż władza jest traktowana jako przywilej i dlatego mam poważne wątpliwości, czy tak naprawdę Polska jest krajem demokratycznym.


Marcin Król

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl