Komentarze

 


Bartosz Cichocki Kaliningradzka gra pozorów

Piotr Legutko Edukacja: na wsi będzie normalnie

Tadeusz Jagodziński z Londynu Irlandczycy o aborcji

Wojciech Pięciak „Centrum wypędzeń” we Wrocławiu

 

 




  
Kaliningradzka gra pozorów

Spotkanie premierów Rosji, Litwy i Polski w nadmorskim kurorcie pod Swietłogorskiem w minioną środę dało okazję do przedstawienia stanowisk w kwestiach istotnych dla funkcjonowania obwodu kaliningradzkiego po rozszerzeniu Unii Europejskiej i dla stosunków między tymi trzema państwami. Rosjan z oczywistych względów najbardziej interesowały zagadnienia wizowe, transportowe i energetyczne. Mieszkańcy Kaliningradu od 1 lipca 2003 r. będą musieli mieć wizę, by przekroczyć granicę z Polską i Litwą. Takie są wymogi prawodawstwa unijnego (w szczególności układu z Schengen), które musimy przyjąć. Ponadto po zamknięciu litewskiej elektrowni atomowej w Ignalinie (to też wymóg UE) enklawa straci podstawowe źródło zasilania w energię. Problemem jest wreszcie marginalizacja Kaliningradu na mapie połączeń transportowych w tym regionie.
Znajomy z kaliningradzkiej Dumy tłumaczył mi kilka lat temu, że poziom zainteresowania Moskwy Kaliningradem wynosi 0,89 proc. – czyli tyle, ile procentowo liczy ludność obwodu w stosunku do wszystkich obywateli Rosji. Ale od początku ubiegłego roku widać znaczącą zmianę w podejściu Moskwy. Dowodem tego specjalne posiedzenia rządu, Rady Bezpieczeństwa i wypowiedzi samego Putina. W grudniu 2001 w Moskwie podpisano „Federalny program rozwoju obwodu kaliningradzkiego do 2010 r.”, który zawiera kilkadziesiąt projektów (wartości ponad 3 mld dolarów). Równocześnie Rosja prowadzi intensywne działania dyplomatyczne: stara się przekonać Unię i państwa kandydujące do zastosowania specjalnych rozwiązań wizowych wobec mieszkańców Kaliningradu czy do przyznania środków na budowę międzynarodowych połączeń transportowych. Takie propozycje przedstawił również rosyjski premier Kasjanow pod Swietłogorskiem.
Mimo tej zmiany „ilościowej”, postępowanie Moskwy wobec Kaliningradu „jakościowo” pozostaje bez zmian – to znaczy nadal jest grą pozorów. Zamiast wymienić stare radzieckie paszporty swych obywateli na nowoczesne i trudniejsze do podrobienia, zamiast walczyć z korupcją służb granicznych czy niekompetencją administracji, rosyjskie władze federalne domagają się od Brukseli, Warszawy i Wilna podpisania specjalnych umów, gwarancji i przyznania środków na rozwój enklawy. Tymczasem własne starania o poprawę sytuacji Rosja ogranicza do ogłaszania co kilka lat kilkusetstronicowych programów. Słusznie zauważył premier Miller, że granicę polsko-rosyjską można dziś przekroczyć bez wizy, ale za to z wielkim trudem i stratą czasu. Wprowadzenie wiz i unijnych standardów technicznych usunie z przejść granicznych kolejki „mrówek” i przyspieszy ruch ludzi i towarów – a nie odizoluje Kaliningrad od otoczenia, jak przedstawiają to Rosjanie. A jeśli Moskwa oczekuje, że Polska i Litwa przy udziale Unii wybudują międzynarodowe szosy łączące enklawę z resztą świata, to powinna sprawić, by tiry po kaliningradzkich drogach mogły przemieszczać się bez ryzyka urwania zawieszenia czy zatrzymania na wiele dni pod byle pretekstem przez byle mundurowego.
Jednak Rosja (w tym jej integralna, kaliningradzka część) nie od dziś czuje alergię do norm prawnych, standardów technologicznych i certyfikatów. Swój ustrój nasi wschodni sąsiedzi określają jako „prawowo-dogoworocznyj” (prawno-umowny) – bo z jednej strony istnieją jakieś zapisy, ale przecież zawsze można się dogadać... Tymczasem rozszerzająca się Unia uznaje prawo, a nie „dogadywanie się”. I wątpliwe jest, by uległo to zmianie tylko dlatego, że za kilka lat ten kawałek Rosji znajdzie się w otoczeniu państw unijnych. 
 
Bartosz Cichocki

 

 


 

 

 

 

 



Edukacja: na wsi będzie normalnie

Trzeba pochylić czoła nad konsekwencją, z jaką Sojusz Lewicy Demokratycznej odwraca reformę szkolną. Po zablokowaniu nowej matury i zachowaniu techników przyszła kolej na gimnazja. Nowelizacja ustawy o systemie oświaty – zaproponowana przez SLD – pozwala na bezterminowe współistnienie w jednym „zespole szkół” podstawówki oraz gimnazjum. W praktyce może to doprowadzić do zalegalizowania dziewięcioklasowej szkoły podstawowej.
Nie ma w tej decyzji nic sensacyjnego. Podobnie jak poprzednie kroki, była ona zapowiadana przez SLD już w kampanii wyborczej. Czy oznacza to pożegnanie z gimnazjum i faktyczny powrót do starej podstawówki, tyle że dłuższej o rok? W dużych miastach na pewno nie. Sieć szkolna jest tam już utrwalona, a nadchodzący niż demograficzny będzie sprzyjał procesowi rozdzielania obu typów szkół. Co innego w małych ośrodkach, zwłaszcza wiejskich. Tam aż 68 proc. gimnazjów mieści się w tym samym budynku co podstawówka. W miarę upływu czasu (i odpływu dzieci) miało następować ich rozdzielenie. Zawarcie w ustawie zgody na bezterminowy związek oznacza faktycznie – w warunkach wiejskich – ich połączenie. 
Opinie o gimnazjum są podzielone. Źle mówi się o nim w miastach. W mieście gimnazjum to najczęściej moloch, liczący po kilkadziesiąt klas, gdzie gwałtownie wzrosły problemy wychowawcze. Ale na wsiach – co przyznaje w swym raporcie Instytut Spraw Publicznych – dla większości dzieci przejście do gimnazjum (jeśli było faktyczną zmianą szkoły) oznaczało zmianę na lepsze. Gimnazjum w małych ośrodkach się sprawdza: jest postrzegane jako szansa na awans społeczny. Wyraźnie zmniejszył się dystans między gimnazjum na wsi i w mieście, pod względem standardu wyposażenia i poziomu nauczania. Bo też gimnazja miały służyć przede wszystkim wyrównaniu szans edukacyjnych dzieci wiejskich. Teraz wygląda na to, że ten typ szkoły zaistnieje tylko w miastach. Na wsi będzie po staremu, czyli – jak mawiają politycy SLD – normalnie. 


Piotr Legutko

 


 

 

 

 

 

 

 

 


Irlandczycy o aborcji

Już po raz piąty w ciągu ostatnich 20 lat Irlandczycy wypowiadali się w referendum na temat dopuszczalności aborcji, która jest zakazana z wyjątkiem sytuacji zagrażających życiu matki. Tym razem centroprawicowy rząd Bertie Aherna przedstawił im pod rozwagę wprowadzenie poprawki do konstytucyjnego zapisu o obronie życia poczętego. Poprawka nawiązywała do głośnej „sprawy X” z 1992 r., kiedy Sąd Najwyższy uznał, że 14-letnia dziewczyna, która zaszła w ciążę w wyniku gwałtu i groziła samobójstwem, może wyjechać za granicę i tam usunąć płód. Wprawdzie do zabiegu nie doszło, ale powstał precedens, stwarzający prawną furtkę, której zlikwidowania domagali się obrońcy życia poczętego. Za takim rozwiązaniem opowiadali się przed referendum z ubiegłej środy politycy rządowi i biskupi katoliccy. Jednak wyborcy (przy niskiej frekwencji 43 proc.) odrzucili proponowane zmiany minimalną większością ok. 0,5 proc. głosów. Czy decyzja ta oznacza nieuchronne złagodzenie przepisów antyaborcyjnych w Irlandii? „Na pewno nie” – twierdzą pokonani, wskazując na dwuznaczności towarzyszące głosowaniu (np. część przeciwników aborcji głosowała „nie”, uznając że proponowana poprawka nie szła wystarczająco daleko). Druga zaś strona przyznaje, że do przeforsowania radykalnej liberalizacji przepisów nie ma jeszcze wystarczającego mandatu. 
W sensie formalno-prawnym w Irlandii utrzymuje się zatem w tej sprawie status quo, niewątpliwie mające posmak hipokryzji, jeśli weźmie się pod uwagę możliwość tzw. turystyki aborcyjnej, głównie do Wielkiej Brytanii (szacuje się, że każdego dnia z Irlandii wyjeżdża w tym celu za granicę 20 kobiet). Sama skala zjawiska jest więc bolesnym gwarantem, że aborcja długo jeszcze będzie dzielić mieszkańców „Zielonej Wyspy”.

  
Tadeusz Jagodziński z Londynu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Centrum wypędzeń” we Wrocławiu

Poseł niemieckiej SPD Markus Meckel, przewodniczący polsko-niemieckiej grupy parlamentarnej, zaproponował („Rzeczpospolita” z 7 marca), by kompleks muzealno-pomnikowy pod nazwą „Centrum przeciw Wypędzeniom”, o którego powstanie w Berlinie walczy Związek Wypędzonych (BdV), owszem powstał, ale nie w stolicy Niemiec, lecz we Wrocławiu, i by jego autorem była nie organizacja Eriki Steinbach, znanej z antypolskich poglądów szefowej BdV, lecz wspólnie Polska i Niemcy (i inne kraje, które w XX w. dotknęły przymusowe wysiedlenia), oraz by takie miejsce nie dzieliło znowu ludzi, cofając polsko-niemieckie dyskusje o wiele lat wstecz. Propozycja Meckela – znamienne, że skrytykowana przez Steinbach – powinna być w Polsce potraktowana poważnie, i to na szczeblu rządowym. Jest ona szansą na – mówią otwarcie – „wyjęcie” projektu spod kurateli pani Steinbach i stworzenie go w formie, która (w wersji minimum) nie okaże się kolejnym w ostatnich latach powodem do napięć w stosunkach polsko-niemieckich. A tak będzie, jeśli „Centrum” – którego budowie zapobiec nie sposób (za jego powstaniem jest i kandydat opozycyjnej chadecji na kanclerza Edmund Stoiber, i spora część rządzącej SPD) – stworzy Erika Steinbach. Także dlatego projekt Meckela powinien znaleźć uznanie nawet w oczach polityków LPR: z zimnej kalkulacji, jako szansa na uzyskanie przez Polskę wpływu na kształt „Centrum”, od którego – powtórzmy – nie ma ucieczki.

  
Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11, 17 marca 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl