Każdy kocha swój kraj

Artur Klimaszewski z Autonomii Palestyńskiej i Izraela



Po 18 miesiącach „drugiej intifady” sytuacja na Bliskim Wschodzie jest coraz bardziej dramatyczna i beznadziejna. Problemem są nie tylko ofiary, ponoszone przez Palestyńczyków i Żydów, lecz coraz większa nienawiść między tymi narodami. Przepaść, której nie uda się zasypać przez dziesiątki lat. 


– Kiedy Szaron chciał być wybrany, obiecywał wiele, głównie spokój. A widzisz co się dzieje? Mam tego dosyć – mówi Nimrod, oficer rezerwy armii izraelskiej. Rzeczywiście, kandydując przed ponad rokiem na premiera, Ariel Szaron swym hasłem uczynił poprawę bezpieczeństwa Izraelczyków i wzmocnienie jedności narodu. Dziś efekty jego polityki są odwrotne: przemoc rozkręca się, a Izraelczycy są podzieleni. 
Nimrod spędził w wojsku pięć lat. Służył w „strefie buforowej” w Libanie i na terenach okupowanych: w Gazie i na Zachodnim Brzegu Jordanu. – My Izraelczycy jesteśmy dumni, że idziemy do armii – podkreśla. – Jesteś młody, nie zastanawiasz się. Idziesz. Ale po tym, co tam zobaczyłem, nabrałem wątpliwości. To, co się teraz dzieje, jest dla mnie nie do przyjęcia. Musimy dać tym ludziom państwo, zabrać naszych osadników i zacząć normalnie żyć. 
Taka recepta na rozwiązanie konfliktu obwarowana jest jednak kilkoma „ale”. Żydowscy osadnicy zapowiadają, że nie dadzą się usunąć. Dla Nimroda to drobiazg: – Nie ma problemu. Z Synaju (który Izrael zdobył w 1967 r. i z którego wycofał się po zawarciu pokoju z Egiptem) zabieraliśmy osadników siłą. Czy przez nich mamy wszyscy cierpieć? – pyta.

NIMROD KOCHA KRAJ

Ale nie tylko osadnicy są problemem. W Nimrodzie, i wielu młodych ludziach, irytację budzą żydowscy ortodoksi: mimo że są mniejszością (większość społeczeństwa jest zlaicyzowana), mają nieproporcjonalny wpływ na resztę współobywateli. Dzieje się tak, gdyż partia ortodoksów „Szas” jest „języczkiem u wagi”: bez niej nie można utworzyć rządu. 
Nimrod jest wzburzony: – Doprowadzają mnie do szału – mówi. – Kiedy byłem w Libanie, w moim oddziale zginęło trzech chłopaków, imigrantów z Rosji. Byliśmy tam jak rodzina. Ale najgorszy był moment, gdy dowiedzieliśmy się, że nie zostaną pochowani z innymi, bo rabin się sprzeciwił. Powiedział, że nie przeszli wszystkich obrzędów. Później, kiedy nas wycofano, okazało się, że jeden chłopak chce wziąć ślub z dziewczyną, którą poznał w wojsku. I co? Pojechali na Cypr, bo u nas rabini stwierdzili, że on, jako imigrant, nie spełnia warunków. Ja nie jestem religijny. Wkurza mnie, kiedy ultraortodoksyjni goście z Ameryki pouczają mnie, jak być Izraelczykiem. Nawet nie byli w wojsku, a uczą mnie, jak kochać mój kraj. 
Oni idą do wojska w wieku 18 lat – o czym przypominają maskotki, przytroczone do plecaków dziewczyn-żołnierek – a ortodoksi są zwolnieni ze służby. Co nie przeszkadza im nawoływać do świętej wojny w obronie Izraela. Ich uprzywilejowana pozycja spotyka się z coraz większym sprzeciwem młodych Izraelczyków, którzy idą wypełnić swój obowiązek, bez ideologizowania. 
Jest piękny, słoneczny dzień. Trudno uwierzyć, że w Europie panuje zima. Autobus pędzący przez pustynię Negev wypełniony jest żołnierzami. Tak, do tego trzeba się przyzwyczaić: autobus w Izraelu nie jest tym samym, czym w Polsce. Większość pasażerów to młodzi ludzie w mundurach. Wszyscy uzbrojeni. Sąsiad obok opiera lufę karabinu o moją nogę. – Nie bój się, to nie kałasznikow. To M-16, amerykańska broń – mówi z rosyjskim akcentem, nie kryjąc dumy ze swej „amerykańskiej broni”. 
Jego rodzice przyjechali 10 lat temu z Petersburga. On był dzieckiem, niewiele pamięta poza językiem. Teraz Izrael to jego ojczyzna, za którą jest gotów nadstawiać głowę. – Nie mam nic przeciw Palestyńczykom – zaznacza. – Ale oni dostali się pod złe wpływy. Zobacz, co się dzieje w Czeczenii, Afganistanie. Od czasu do czasu trzeba uderzyć, zlikwidować niebezpieczne elementy. Szkoda tylko, że giną niewinni ludzie. I u nas, i u nich... 
Stwierdzenie „niebezpieczne elementy” zastanawia. Czy rzeczywiście ze starej ojczyzny zapamiętał tylko język rosyjski? 
Właśnie teraz w armii izraelskiej, dotąd zwartej i zdyscyplinowanej, rodzi się sprzeciw. Od początku „drugiej intifady” kilkuset żołnierzy i oficerów rezerwy odmówiło służby na terenach okupowanych. Motywacja: nie chcą brać udziału w „brudnej wojnie okupacyjnej”. A spory przybierają charakter publiczny: pod koniec stycznia grupa 52 oficerów i żołnierzy swój protest przeciw służbie za „zieloną linią” (czyli za granicą sprzed wojny 1967 roku) opublikowała w formie listu otwartego. Publicznie debatuje się, czy żołnierz może odmówić wykonania rozkazu, gdy dowódca każe mu strzelać do podejrzanych cywilów albo niszczyć cywilne domy. 

YASSIN MIĘDZY FRONTAMI

Yassin, lat 28, nie ma złudzeń odnośnie przyszłości swojej i Palestyny. – Zanim powstał Izrael, żyliśmy w zgodzie – tłumaczy. – Mój dziadek miał pod Beer Szeewą 200 dunamów (arabska miara) ziemi. Teraz ojciec ma 10. Dlaczego? Izrael uznał, że na naszej ziemi wybuduje autostradę. 
Rozmowa z Yassinem wymaga cierpliwości. Jak większość izraelskich Arabów musi nabrać zaufania. Najpierw ściszonym głosem stwierdził, że jest mu wszystko jedno: teraz jest Izrael, więc jest izraelskim Arabem; jeśli kiedyś będzie Palestyna, stanie się Palestyńczykiem. Ale naprawdę nie jest mu wszystko jedno. 
Mieszka w moszawie, spółdzielni rolniczej na pustyni Negev. Przyjechał tu przed czterema laty, by zarobić pieniądze i spełnić marzenie: otworzyć zakład fryzjerski. – Czy w Europie myślicie, że tu jest tylko konflikt izraelsko-palestyński? – pyta. – Mój Boże, przecież po zakończenia tego konfliktu wybuchnie tu wojna domowa! Wystarczy spojrzeć na nierówność: dziś Izraelczyk znaczy Żyd. Ja mam obywatelstwo, paszport i niby wszystkie prawa. Ale tylko niby. Pracując z bratem w moszawie dostajemy połowę tego, co Żyd. Jeśli zdecyduje się tu przyjść. 
Rzeczywiście, warunki życia w moszawie są tak ciężkie, że mimo dobrych zarobków niewielu Żydów decyduje się na podjęcie pracy. Ci, którzy się decydują, po kilku latach pracy mają szansę (przy pomocy rządu) zostać farmerami. Jednak izraelscy Arabowie nie zostają farmerami, mimo najlepszej pracy: – Mogę tu pracować 20 lat i zawsze coś znajdą, by nie objął mnie program pomocy. Jesteśmy tolerowani, bo nie wiedzą, co z nami zrobić. W paszporcie mam narodowość arabską. Gdzie nie pojadę, traktują mnie jak terrorystę. 
Problemem jest wyjazd na Zachodni Brzeg lub do Gazy, gdzie wielu izraelskich Arabów ma rodziny. – Kiedyś po odwiedzinach u kuzyna w Betlejem spędziłem noc na posterunku – wspomina Yassin. – Żołnierze wmawiali mi powiązania z terrorystami. W końcu mnie puścili, ale nie pozwolili wezwać taksówki i szedłem pięć kilometrów. Czy tak postąpiliby z Żydem?
Co roku w Ramadanie Yassin i inni wysyłają pieniądze do obozów uchodźców. – Oni żyją w nędzy – mówi. – W telewizji pokazują domy elity związanej z Arafatem. Ale zwykli ludzie ledwo wiążą koniec z końcem. Czy trudno zrobić terrorystę z człowieka, który nic nie ma?! 
Terroryzm to temat, od którego nie ma tu ucieczki. Żydzi pamiętają Palestyńczyków, świętujących zamachy w USA. 11 września stał się początkiem eskalacji konfliktu. Kiedy w Ramallah i innych miastach Autonomii pojawiły się billboardy z hasłem „Lepszy ból pokoju niż agonia wojny”, miasta północnego Izraela zapełniły plakaty zestawiające bin Ladena i Arafata, z komentarzem: „Bliźniacy”.
Później obie strony przeszły do czynów. Każdego dnia media przynoszą informacje o kolejnych zamachach i odwetach. W styczniu w Rafah w strefie Gazy zginęło czterech żołnierzy izraelskich. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszyscy byli Arabami służącymi ochotniczo. – Teraz rozumiesz, dlaczego nie poszedłem do armii – mówi Yassin. – Izrael walczy z Arabami, a nie mam ochoty ani zabić, ani być zabitym przez Araba. Tamtych czterech Yassin traktuje jak zdrajców: z własnej woli wystąpili przeciw własnemu narodowi. 
W odwecie Izrael burzy, w środku zimy, prywatne domy. Oficjalna wersja: w domach były tunele służące terrorystom. Przy następnych wyburzeniach nikt już nie sili się na usprawiedliwienia. Czy młody mieszkaniec zburzonego domu następnego dnia nie wstąpi do Hamasu? Nad tym nikt się chyba nie zastanawia. Błędne koło zniszczenia rządzi się własną logiką. 
Kilka dni później w Betlejem od kul palestyńskich ginie izraelski Arab, który jechał autem na izraelskich numerach. Pomyłka. Kolor tablic rejestracyjnych decyduje o życiu. Po tym zdarzeniu izraelscy Arabowie, wjeżdżając do Autonomii, za szybą umieszczają plakaty Hamasu, np. z poległym bojownikiem (w jednej ręce Koran, w drugiej kałasznikow, w tle meczet Al-Aksa). Taki plakat ocala życie. Albo ściąga izraelskie represje, gdy kierowca przed wyjazdem z Autonomii zapomni go usunąć.
Yassin jest u kresu wytrzymałości: – Stało się zbyt wiele. Ludzie nie zapomną o tym przez pokolenia. Będą żyli, nienawidząc. Ja tego nie chcę dla mojej rodziny. Czy u was w Polsce można założyć jakiś interes? Nie chcę, żeby tu żyły moje dzieci. 

OCZY Z JAFFA ROAD

Jerozolima, popołudnie. Jaffa Road jak zawsze o tej porze tętni życiem, w okolicy jest bazar Manachem Yehuda, główny dworzec autobusowy i sklepiki, przyciągające niskimi cenami. Dziś jednak atmosfera podszyta jest strachem. Tydzień wcześniej, w odstępie kilku dni, na Jaffa Road były dwa zamachy. Drugiego – samobójczego ataku bombowego – dokonał wróg dotąd nieznany: palestyńska kobieta. Jak powstrzymać tę falę? Rząd Izraela wpadł na pomysł wybudowania muru między wschodnią a zachodnią Jerozolimą. 
Póki co Jaffa Road wygląda jak ulice polskich miast w stanie wojennym. Na każdym rogu grupy policjantów uzbrojonych w broń długą i kamizelki kuloodporne. Osoby wyglądające podejrzanie są natychmiast legitymowane. A podejrzenie może wzbudzić wszystko, od ciemniejszej karnacji skóry po dużą torbę. Ja zwracam uwagę plecakiem – i natychmiast pojawia się radiowóz, którego załoga, jadąc wzdłuż chodnika, zadaje mi szybkie pytania. Ponowna kontrola przy wejściu na bazar Manachem Yehuda. Zakup pomarańczy związany jest z okazaniem paszportu i zawartości plecaka. Na całej ulicy, aż do murów Starego Miasta, czuje się setki oczu, które próbują wychwycić jakikolwiek podejrzany ruch. 
Z ulgą przekracza się mury Starówki. Tu atmosfera bardziej przypomina wąskie ulice Marakeszu niż stolicę państwa żydowskiego. Jedynym obcym akcentem w tej części miasta jest dom Szarona. Rozpoznawalny z daleka budynek obwieszony jest od dachu po chodnik wielkimi izraelskimi flagami. Gdyby ktoś miał wątpliwości, jakiej narodowości jest posiadacz posesji, kominy pomalowano w Gwiazdy Dawida. 
Dom kupił przed paroma laty obecny premier, dając wyraz przekonaniu o możliwości zamieszkania Żyda w każdym miejscu kraju. Wkrótce dołączyli inni Żydzi, zdobiąc swoje domy w podobny sposób. A później premier dał wyraz swoim przekonaniom, wchodząc na Wzgórze Świątynne, co doprowadziło do „drugiej intifady”. 

OPOWIEŚĆ HASHIMIEGO

Pan Hashimi jest kierownikiem hotelu we wschodniej Jerozolimie. Trudno uwierzyć, że ten zawsze uśmiechnięty mężczyzna po czterdziestce ma taką przeszłość. W późnych latach 70. był członkiem palestyńskiej „Grupy A” w Libanie („Żaden z nas, a było nas piętnastu, nie pił, nie palił, nie chodził na kobiety. Byliśmy elitą”). Hashimi był specjalistą od materiałów wybuchowych. 
Dziś tamta przeszłość sprowadza na niego kłopoty. Kiedy w 1997 r. w Jerozolimie wzmogły się eksplozje bombowe, Hashimi został aresztowany i 73 dni spędził w więzieniu. – To był najgorszy czas w moim życiu – wspomina. – Zamknięto mnie w pomalowanym jaskrawą, czerwoną farbą pokoju. Po trzydziestu minutach patrzenia masz uczucie, że oczy wypłyną z bólu. Zamykasz powieki, ale widzisz ten kolor. Szybko człowiek chce do toalety. Nie pozwalają. 
Potem badano go wykrywaczem kłamstw. Bez efektu. Został zwolniony. Teraz czasem przychodzi policja i odbywa z nim „rozmowy”. Czy jest terrorystą? Hashimi: – 20 lat temu byliśmy twardzi, ideowi. Dziś nie skrzywdziłbym kota. Musimy negocjować, ataki na cywilów to błąd. Musimy powstrzymać fanatyków, z nimi nie da się dyskutować. Oni mają misję. 
Dziś Hashimi wierzy w pokój i w Arafata: – Znam go z Libanu. Izraelska propaganda chce wmówić Zachodowi, że jest chory na Parkinsona. To nieprawda. Nasza grupa była blisko niego. Wiem, że kiedy przebiera nerwowo nogami – jest zdenerwowany, kiedy rozkłada ręce – cieszy się. Nie chcesz jednak wiedzieć, jak strasznie klnie, kiedy rozmawia z podwładnymi. Ale tylko na tych, z którymi jest blisko. Zresztą możesz jechać na Zachodni Brzeg i zobaczyć. 
Ramallah (dosłownie: Boskie Wyżyny) leży 15 km od Jerozolimy. Mimo napiętej sytuacji są dni, kiedy na Zachodni Brzeg można wjechać bez kłopotów. Po 20 minutach dojeżdżamy do punktu kontrolnego. Kilkanaście dni później zginie tu sześciu żołnierzy, co zaowocuje kolejnym odwetem. Jednak tego dnia ruch graniczny przebiega bez przeszkód. Zatrzymywani i legitymowani są tylko młodzi Arabowie. Europejczycy przechodzą bez problemu. 
Ramallah rzeczywiście leży na wzniesieniach. Przedtem, w okresie pokoju, było to jedno z najdynamiczniej rozwijających się miast Zachodniego Brzegu. Świadczą o tym nowoczesne budynki ze szkła i stali, których nie powstydziłaby się Jerozolima. Na ulicach gwar, tłumy ludzi. Nic nie wskazuje, że obok izraelskie czołgi pilnują Arafata w jego kwaterze. Palestyńczykom trudno jest powstrzymać się od okazania sympatii dla Europejczyków, którzy przyjechali odwiedzić to pozbawione atrakcji miasto. Ich obecność odbierają jak wyraz poparcia, zewsząd słychać „Saalam alejkum w Ramallah”. 

DZIECI I CZOŁGI

W Ramallah nikt nie pamięta o jesiennych billboardach („Lepszy ból pokoju...”), ich miejsce zajęły inne plakaty. Te same, które izraelscy Arabowie jadący do Autonomii wieszają na samochodach. Ostatni przedstawia męczenniczkę, samobójczynię z Jaffa Road: delikatna twarz o wielkich czarnych oczach spogląda z każdej ściany. W innym kraju reklamowałaby proszek do prania. Do kwatery Arafata łatwo trafić, 500 metrów od tętniącej życiem głównej ulicy stoją izraelskie czołgi. Od pozycji policji palestyńskiej dzieli je 50 metrów. 
Ulubioną zabawą palestyńskich dzieci jest gra w piłkę. Jak wszędzie, z tym że tu wygrywa ten, kto kopiąc podejdzie najbliżej żołnierzy. Wtem strzał, wszystko pokrywa dym. Płacz. To któremuś z Izraelczyków zabawa nie przypadła do gustu i przerwał ją pociskiem gazowym. Po 10 minutach kolejny zawodnik próbuje zdobyć punkty w zabawie. Znowu huk, płacz.
Do kwatery Arafata zbliża się kilkusetosobowa demonstracja. Pod wielką ilością palestyńskich flag trudno dostrzec ludzi. Palestyńscy policjanci legitymują demonstrantów, otwierają bramę. Rzut oka na paszport, do plecaka i jesteśmy w znanej z telewizji całego świata siedzibie Arafata – dla jednych terrorysty, a dla innych bojownika o wolność. Jeszcze jedna kontrola i jesteśmy w sali, gdzie odbywają się konferencje prasowe (na ścianie zdjęcie Al-Aksa). 
Sala wypełnia się tłumem. Są eleganccy biznesmeni i mężczyźni w strojach Beduinów. To demonstracja poparcia Palestyńskiego Związku Kupców dla władz Autonomii; tłum rytmicznie skanduje hasła. Po dwunastej tłum się ożywia. Skandowanie. Na salę wchodzi Arafat i świta. Po drodze każdy stara się uścisnąć dłoń przywódcy. Rozpoczyna się wiec. Ci ludzie, w obecności kamer światowych telewizji, chcą wykrzyczeć swój gniew. Kilku odczytuje wiersze. Sypią się gromy na „zbrodniarza Szarona”. Arafat robi dobrą minę do złej gry. Wie, że ci ludzie i policjanci przed budynkiem to jego jedyny kapitał. Wydaje się starym, zmęczonym człowiekiem, który ma małą szansę zapanowania nad emocjami.
Koniec konferencji, tłum opuszcza budynki. Starsi szybkim krokiem idą w kierunku centrum, młodzi w przeciwną stronę. Piłkę zastępują kamienie. Pojawiają się proce. To już nie zabawa. Ulica szybko wypełnia się chmurą gazu. Chłopcy nie dają za wygraną. Ambicją każdego jest podnieść i odrzucić dymiący granat. Owację wzbudza metaliczny dźwięk: to kamień trafił w czołg. Efekt jest żaden, lecz chłopcy mają ogromną satysfakcję. W końcu Izraelczycy wysyłają naprzeciw tłumu samochód pancerny, który zmusza dzieci do ucieczki. 
Rytuał skończony. Kolejna runda jutro. 

ANTONIO ZATACZA KRĄG

Znaczna część palestyńskich chrześcijan mieszka w Betlejem. Do miasta narodzenia Chrystusa można dostać się w ten sam sposób, co do Ramallah. Z tą różnicą, że tu strefa zniszczenia zaczyna się na rogatkach, około kilometra od posterunku kontrolnego. Ciężkie walki toczyły się w Betlejem w listopadzie i grudniu. Celem były budynki, z których ostrzeliwano izraelskie osiedla Beit Jalla i Gilo. Wiele budynków zostało uszkodzonych bądź zniszczonych w chaotycznej wymianie ognia. Powypalane okna, dziury po pociskach. Tutaj, na faktyczną linię frontu, mieszkańcy szybko nie wrócą.
Antonio mieszka w Betlejem od zawsze. Obcokrajowców napotkanych pod Bazyliką Narodzenia chętnie zaprosi do domu na filiżankę kawy. To dla niego to jedyna możliwość takiego kontaktu. Ponieważ pracuje w Betlejem, nie dostanie pozwolenia na wjazd do Jerozolimy, gdzie mógłby spotkać Europejczyków. Takie zezwolenia Izraelczycy wydają tylko zatrudnionym w stolicy. 
Stałym punktem wizyt u Antonia jest wyjście na dach jego domu. Stąd roztacza się widok na całe Betlejem, na wieże kościołów i minarety. Z drugiej strony droga do Jerozolimy przecięta jest izraelskim posterunkiem. Wzgórza na lewo to Beit Jalla i Gilo, wzgórze na wprost to nie ukończone osiedle Harhoma. Widać, jak mała odległość dzieli osiedla izraelskie i domy palestyńskie. – Przyprowadziłem was tu, żebyście zobaczyli pętlę zaciskającą się na naszej szyi – Antonio zatacza ręką krąg. – Co raz powstaje nowe osiedle, niedługo okaże się, że nawet tu zawadzamy. Czy mało jest ziemi na Negevie, muszą się tu pchać? Kiedy w tym świętym mieście będzie spokój? 
Bo dla Antonia, jednego z nielicznych palestyńskich chrześcijan, to Święte Miasto. Ale przede wszystkim Antonio jest Palestyńczykiem i także chce wolnej Palestyny. 
Beit Jalla i Gilo są celem częstych ataków. Wielu z ich mieszkańców padło ofiarami niewypowiedzianej wojny. Trudno jest jednak oprzeć się ofercie 6-pokojowego mieszkania z tarasem, windą i innymi udogodnieniami w Harhoma w cenie dwupokojowej klitki w Jerozolimie. Wielu dla takiej oferty jest w stanie zanurzyć się w morzu wszechogarniającej ich tutaj nienawiści. 
Dla Palestyńczyków będą zawsze kolonizatorami, odgrodzonymi systemem płotów, blokad, czasem też kuloodpornymi szybami. I jako tacy będą celem ataków, co pociągnie konieczność odwetu. Błędne koło znowu zostanie zamknięte. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl