Kreatorzy

JÓZEFA HENNELOWA

 

„Można oczywiście zżymać się na niewątpliwą niekompetencję wielu zadających agresywne pytania posłów – pisze Krzysztof Bień w »Rzeczpospolitej« komentując awanturę sejmową podczas debaty na temat Rady Polityki Pieniężnej. – Nie można jednak zarazem zapominać, że finanse, a polityka pieniężna w szczególności, to bardzo trudna w odbiorze materia. Trzeba więc rozmawiać i tłumaczyć. Pod tym względem są niestety wieloletnie edukacyjne zaniedbania zarówno koalicji, jak i opozycji”.
Mam nadzieję, że redaktor Bień nie chce, by edukacją, rozmową i tłumaczeniem zawiłości materii objąć posłów – brzmiałoby to już nie humorystycznie, ale wręcz groteskowo. Niekompetencja posła oznacza jego dyskwalifikację i na tym koniec. A odbiorcom i owszem, tłumaczyć trzeba i wiele, i często, tylko że dziennikarze w tym względzie mają na sumieniu grzech wcale nie mniejszy niż grzech zaniedbania edukacji, wytykany przez „Rzeczpospolitą” politykom. I może warto przez chwilę tej właśnie stronie zagadnienia przyjrzeć się samokrytycznie.
Coraz częściej zdarza mi się, że wyłączam radio lub telewizję daleko przed zakończeniem następnej audycji typu „gość” lub „goście” najbardziej nawet znanego dziennikarza. Po prostu znowu słyszę to samo, czasem nawet wypowiadane jeszcze raz tymi samymi słowami. Dziennikarze zdają się wręcz lubić te sytuacje, gdy do odbiorcy docierają w obfitości akurat hasła, slogany, a także style zachowań najbardziej jaskrawe, najłatwiej zapadające w pamięć, budzące najłatwiejsze emocje. Żeby nie powoływać się tylko na własne obserwacje, przytoczę tu publicystę z 8 numeru częstochowskiej „Niedzieli”, który podniósł głos protestu, że akurat nie dane mu było wysłuchać w telewizyjnym przekazie z sejmowych obrad osławionego wystąpienia przywódcy Samoobrony. „Czy mamy już cenzurę?” zapytuje, a potem wybucha kaskadą zachwytów nad posłem, który „może mówi czasami rzeczy nie do końca sprawdzone (sic! – J. H.), ale jakże prawdziwe w swoim wyrazie. Głoszone przez niego słowa docierają do ludzi, wypowiada myśli ludzi najbardziej dotkniętych i pokrzywdzonych (...) Mówiąc językiem polskiej wsi, miasteczek (sic! – J. H.) wyraża również ich obawy, oczekiwania i beznadzieję”. Otóż to: demagogia i prostactwo lekceważące jakąkolwiek rzeczowość i fachowość są faktycznie (choć samemu autorowi „Niedzieli” się dziwię) upragnioną strawą masową, bo rozumienie jest trudne i prowadzi czasem do wniosków trudnych, a emocje i ich ciąg dalszy – agresja – rozładowują napięcie. I tego są chyba świadomi wszyscy dziennikarze dalej zapraszający tak chętnie przed kamery i mikrofony tych, których program sprowadza się do wyrazistych banałów (jeśli nie przekłamań) i niewybrednych inwektyw. Nie tylko podtrzymują byt polityczny takich osób i ich przekazów, ale go wręcz stwarzają, Wielu z obecnych polityków istnieje przede wszystkim dzięki mediom. Ba, ma się coraz lepiej. Moi wspaniali koledzy z radia i telewizji musieli zauważyć już dawno, że ich goście przestali być gośćmi, stosującymi się do jakichś obowiązujących w studio reguł: oni teraz już są tu gospodarzami, nie pozwalają sobie przerwać ani odebrać głosu; nie odpowiadają na pytania, mówią obok tematu, a nawet sami zaczynają pytania zadawać (już nie wspominając tych, którzy na jakąkolwiek uwagę pod swoim adresem odpowiadają impertynencją). A gospodarze czasem robią wrażenie bezradnych, pozwalając na przykład kłócić się albo mówić kilku rozmówcom na raz
A ci inni potencjalni rozmówcy, już nawet niekoniecznie politycy spoza „pierwszej ligi”, ale w ogóle fachowcy, ludzie znający temat, o którym mowa, ludzie z prawdziwym doświadczeniem? Wydaje się, jakby dla dziennikarzy byli po prostu nudni, mało barwni, i wobec tego o ileż rzadziej stają się partnerami do dziennikarskich dialogów czy gawęd w kilkoro... Cóż stąd, że mówią do rzeczy i na rzeczy się znają? Napisała w „Tygodniku” dziennikarka „Wiadomości” telewizyjnych, Katarzyna Kolenda-Zaleska (nr 10, „Platformy Obywatelskiej pożegnanie z polityką”): „Gdy trzeba zdecydowanie stanąć w opozycji do rządu (...) wybiera formułę merytorycznej dyskusji. Ale fachowy spór przegrywa z hasłami Ligi i Leppera. W ich wystąpieniach dominują emocje, u Platformy jest chłodna analiza szczegółu. (...) Jeśli już zabiera głos, to zamiast sporu wybiera formułę naukowego wykładu”. Faktycznie, wielu dziennikarzy najwidoczniej wcale nie ma ochoty, by wypożyczywszy sobie takiego polityka na rozmowę, wydobyć z niego te wszystkie edukacyjne wartości, o jakie kiedy indziej się upomina i których na pewno nie dostarczy odbiorcom najbardziej nawet atrakcyjny hochsztapler polityczny. Podobnie zresztą, dodajmy, postępują i wtedy, gdy na antenie czy na swoich łamach nie dopuszczają do głosu żadnych polemistów, żadnych krytyków, a nawet nie zamieszczają sprostowań, I jeszcze dużo mówią przy tym o manipulacji medialnej...
W masowych mediach aż huczy od polityki – tej najbardziej doraźnej. Dziennikarze nie są tu przekazicielami, lecz współkreatorami. To od nich w ogromnej mierze zależy, na co w programie padną akcenty i kto będzie popularny, a kto zapomniany z kretesem. Co szczególnie niepokoi – że gra doraźna pochłania prawie całą uwagę, a najpoważniejsze zagadnienia są na planie dalekim. Posłowie rzeczywiście ciągle wchodzą w zwarcia – każda okazja jest im dobra. Mogą czekać sprawy kraju, nie może czekać partyjna przepychanka. Dlatego marnuje się wielogodzinne debaty na awantury i pustosłowie. Dlaczego jednak ta sama proporcja miałaby być zachowana w mediach? Nieraz, gdy czytam także bliskich mi autorów, zajmujących się nieustannym wbijaniem szpil obecnej koalicji bądź pojedynczym jej przedstawicielom, zapytuję z niepokojem, czy nie można skupić się bardziej na pytaniu podstawowym: jeśli nie oni, to kto? Jaką mamy alternatywę? Kto w tej chwili mógłby być faktycznie zmiennikiem rokującym lepiej, budzącym nadzieje oparte na solidniejszych podstawach? Jeśli tacy są – to o nich powinna być mowa, nie ciągle tylko o tych, którzy nam się nie podobają. A już na pewno najmniej o tych, którzy żadnej prawdziwej nadziei nie budzą, tylko obawy przed kompletną kraksą, gdyby sprawy państwa kiedykolwiek ujęli w ręce.
I uwaga ostatnia. Coraz częściej myślę, że nasze bieżące życie publiczne podniosłoby poziom choć o parę stopni i nabrało trochę więcej rozsądku, gdyby dokonać tylko jednej jedynej zmiany na początek: zrezygnować z bezpośrednich transmisji posiedzeń sejmowych w TVP. Bo przed kim popisywać by się mieli wówczas ci, którzy tak naprawdę do powiedzenia nie mają nic, tylko bardzo pragną zaistnieć? Nie byłoby komu ich stwarzać, przynajmniej w takich jak teraz rozmiarach. 


Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl