Votum separatum

Słowo na dzień

JÓZEFA HENNELOWA

 

Tak nazywa się pięciominutowy codzienny program radiowej Dwójki, nadawany tuż przed szóstą rano. Różnych ma autorów i wykonawców, ale uważam go za jeden z najpotrzebniejszych w medialnym przekazie. A właściwie nie program, lecz jego ideę: by ludzi rozpoczynających nowy dzień (nie musi to być już o świtaniu) obdarować czymś, co może ich wesprzeć, gdy tego potrzebują. A potrzebuje chyba każdy. I owym „czymś” jest właśnie słowo.
Bywa różnie. W szpitalu, gdzie tak ciężko wracać od nowa do świadomości choroby (ksiądz Tischner w ostatnich tygodniach życia przekazał – pisany już tylko – komunikat: śni mi się, że się już nie obudziłem, ale znowu się budzę...), taką pomocą codzienną nie jest oczywiście uderzenie jaskrawym, z nagła zapalonym w sali światłem lamp i stukotem drewniaków pielęgniarki w milczeniu roznoszącej termometry, ale jej ściszony głos pozdrawiający chorych już obudzonych i łagodnie przywołujący do świadomości jeszcze śpiących. W rodzinie codzienna pobudka do wstawania może mieć swoje rytuały i jest to jeden z testów na sprawdzenie, dobrze czy nie bardzo dobrze dzieje się w naszym domu. Zaspieszeni chcieliby może momentu uciszenia, oddechu; samotni – sygnału, że ktoś jest obok; bardzo zmęczeni – podtrzymania woli do dalszego trudzenia się. Nie przy pomocy kazania, rzecz jasna, ani moralitetu, ani uczonej perswazji. To słowo właściwe, jedyne potrzebne, występować winno jakby w liczbie pojedynczej, bo gadania mamy po uszy, byle przekręcić gałkę nadajnika, byle sięgnąć po słuchawki i poddać się szumowi informacji albo po prostu hałasu dźwiękowego. „Słowo na dzień”, gdy mam wstawać, powinno mieć czarodziejską siłę przynoszenia „motywów życia i nadziei”, jak o tym mówi najpiękniejszy z dokumentów Kościoła soborowego. I jest sprawą intuicji sterujących programami albo odpowiadających za funkcjonowanie wspólnoty – każdej wspólnoty, nie tylko rodziny, zakonu, domu opieki, ale przecież i zespołu zabierającego się do pracy – czy takie słowo znajdzie dla innych. Im częściej zamiast „słowa na dzień” jest mechaniczny sygnał pobudki albo agresja, albo głuche potwierdzenie samotności i zbędności obudzonego człowieka, tym smutniej na świecie. A to przecież nie jest pogoda, która niczyjej woli nie podlega.
„Słowo na dzień” zależy od nas. Wracając do Dwójki, w której ten właśnie punkt programu na pewno odbierany jest z wdzięcznością, wyrażam nieśmiało życzenie, by nie upierać się przy pracowicie przygotowanych pięciominutowych prelekcjach, jakich słucha się często. Może kształt medytacji, refleksji, osobisty charakter myśli, którą mówiący dzieli się z innymi, lepiej krzepiłyby słuchacza? Naprawdę nie najważniejsza jest obfitość materiału, za to intonacja głosu ma znaczenie ogromne. Może też nie jest zawsze konieczny nowy tekst, specjalnie na tę okazje napisany? Można przecież wrócić do mistrzów, można przywołać poetę. Księdza Twardowskiego albo i Mickiewicza.
„Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojej i bliskie mam serca mego rodzeństwo...” Marian Stala właśnie o lirykach lozańskich napisał swoją nową książkę i nad jej lekturą pomyślałam, że dobrze byłoby akurat ten wiersz usłyszeć o ciemnym poranku, gdy wiem już, że wschodu nie da się zobaczyć, bo „zachmurzenie wzrasta a opady deszczu przechodzą w ulewy”.
Józefa Hennelowa

Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl