Opowieść demiurgów

Paweł Dudziak


 


– Urodziliśmy żywą istotę ze śmierci.
– Coś w rodzaju Łazarza?
– Z tą różnicą, że to przedtem nie żyło.
– Mimo wszystko cud!
– Nie, właśnie o to chodzi, że akurat nie cud. 
Właśnie tym moim „brzydkim faktem” zniszczyłem cud.




„Procedura” Harry Mulischa jest traktatem o stwarzaniu i narodzinach, u których początku zawsze, oprócz bólu, jest Słowo. To poprzez Słowo autor powołuje do życia powieść – figurę tajemnicy stworzenia.



Początek powieści Mulischa, pierwszych 28 stron, obiecuje przygodę literacką, której nie można się oprzeć. „My dalsze pisanie i czytanie poprzedzimy najpierw jednym dniem postu, potem kąpielą w chłodnej i czystej wodzie, a na koniec przepaszemy się szatą z najdelikatniejszego białego lnu”. Najpierw zatem post – kilka stron testu pokory i cierpliwości, który oczywiście nie każdy może przetrzymać, który dla większości musi się okazać końcem podróży, zamknąć ostatecznie tajemnicę, obiecywaną przez autora. Do tych, którzy wytrwali: „A zatem zamysł się powiódł. Jesteśmy ze sobą. Współczytelnicy nieczyści uciekli na łeb na szyję przed wszystkimi tymi upiornymi literami. (...) I zostałeś tylko ty”. 
Jest szansa, że ty poradzisz sobie w trudnym, bo „lingwistycznym i ortograficznym” świecie „Procedury”, że twoja wrażliwość językowa pozwoli ci wyłowić z potoczystej i banalnej w gruncie rzeczy fabuły to, co naprawdę istotne – być może tylko kilka słów, a może liter. Możliwe, że ty jesteś jedynym, który nie da się zwieść rozterkom i melodramatom. Trzeba przyznać, że z jednej strony nie każdy pisarz tak łatwo rezygnuje z czytelnika (czy zresztą Mulisch to robi, czy tylko wymusza na mnie poczucie odpowiedzialności za moją lekturę?), z drugiej zaś nie wszyscy są skłonni tak głęboko czytelnikowi zawierzyć. 
„Procedura” jest traktatem o stwarzaniu i narodzinach, u których początku zawsze, oprócz bólu, jest Słowo. To poprzez Słowo autor powołuje do życia powieść – figurę tajemnicy stworzenia. Trudno się doprawdy obyć bez cytatu: „Jak powstaje opowiadanie? Pomyśl o filmie nakręconym podczas wysadzania fabryki w powietrze. (...) A później film powoli się cofa. W powietrzu tworzy się cudowna chmura pyłów, która powoli zapada się w gruzowisko, które z kolei przekształca się w budynek, komin wznosi się zygzakiem, ściany się dźwigają, aż w końcu staje fabryka. (...) Czyżby zabudowania istniały już w jakiś sposób, zanim zaistniały? Może. Gdzie? Nie wiem”. 
Od razu inne pytania: jak wyjaśnić tajemnicę narodzin?, czy można stworzyć coś, czego nie ma?, co takiego istnieje, co pozwala tworzyć coś z niczego?, według jakiej procedury trzeba postępować? To pytania, na które usiłuje znaleźć odpowiedź Żyd z XVI-wiecznej Pragi (bohater przy-powieści), Wiktor Werker (bohater powieści) i Harry Mulisch (bohater o-powieści). Chociaż wszyscy oni powołują do życia – Żyd Golema, Werker eobiont (ożywioną materię), Mulisch „Procedurę”; chociaż wydaje się, że poznali tajemnicę, czyli procedurę posługiwania się literami – alef-betem mistyki żydowskiej, czterema literami kodu DNA, słownikiem literackim, to jednak wszyscy oni ponoszą klęskę. 
Przede wszystkim tracą kosztem eksperymentu „prawdziwe”, czyli narodzone życie – Golem zabija Żydowi zięcia, Werkerowi umiera nieurodzone jeszcze dziecko, a Mulisch musi zrezygnować z uroków powieści, z gładkości i przejrzystości – „wycinając i wklejając te litery, można stwarzać najbardziej dziwaczne rzeczy”. „Procedura” jest niezgrabna i sztuczna, nawet kiczowata, jakby powołana z trudem i nie bez pomyłek w procedurze tworzenia. Ale też nie sposób jej rozliczać przez porównania do innych powieści, tak jak nie można porównywać Golema z człowiekiem – liczy się samo jej niedoskonałe istnienie. Może zresztą nic podobnego tu nie zachodzi, możliwe, że to refleksje „źle dobranego partnera”, czyli mnie-czytelnika. Bez partnera tworzenie nie jest możliwe. Musi być dwóch współtwórców – Żyd i jego zięć, Werker i Brock. W obu przypadkach są oni jednak źle dobrani – grzeszą nieuwagą, niedowiarstwem, zawiścią. Płacą za to wysoką cenę, ale też narażają albo wręcz niweczą eksperyment. To dlatego Mulisch z taką gorliwością poszukiwał partnera, dlatego zastosował osobliwą procedurę eliminacji tych, którzy mogą się pomylić, źle zrozumieć. Czy mu się to udało? A czy mogło się udać?
„Procedura” opowiedziana jest na sposób melodramatyczny. Wiktor Werker (Wiktor Robotnik) jest biologiem, od którego odeszła żona, zaraz po tym jak poroniła dziecko. Powód rozstania – Wiktor wybiegł z sali porodowej tuż przed rozwiązaniem. O swojej przeszłości (która freudowsko rzutuje na dzisiejsze jego życie), pracy, kłopotach, a przede wszystkim wciąż żywej miłości do żony Clary, pisuje w listach adresowanych do córki Aurory (tej nieżyjącej), a wysyłanych oczywiście do żony. Dużą część swojego czasu trawi na rozmyślaniach, jak te, czy zadzwonić do Clary, czy też nie, projektując sobie przy okazji możliwe scenariusze rozmowy, i wpatrując się w jej zdjęcie. Ostatnia część opowieści jest sensacyjna, kryminalna wręcz, a zatem o zakończeniu już ani słowa, żeby nie zranić amatorów kryminałów.
To jest prawdziwy test – czy z tej fabuły da się w porę otrząsnąć, na tyle szybko, żeby uświadomić sobie, że nie o tani melodramat tu chodzi, żeby nie utonąć w banale i ciągle mieć się na baczności. Co i rusz bowiem pojawiają się tutaj wskazówki, rozmyślania o „istocie”, elementy idealnie łączące się w całość. Na tym polega trud czytania „Procedury” – nie dać się zwieść. Jest z nią trochę jak z Talmudem albo kodem DNA – pozornie niewiele da się zrozumieć, niewiele w ogóle jest do rozumienia, ale jednak „bez tych liter nie byłoby, że tak powiem, ani Egipcjan, ani Ciebie, ani mnie”.
W końcu pytanie, które pozostawiam otwarte: po co ten trud – pisarski i czytelniczy? Na pewno nie jest to bowiem głos w dyskusji o klonowaniu. Po pierwsze dlatego, że Werker powołuje do życia materię nieorganiczną; po wtóre, robi to dla nauki samej w sobie, dla eksperymentu. Poza wszystkim temat, jaki podjął się postawić Mulisch, jest z całą pewnością znacznie bardziej fundamentalny i odwieczny (od Pigmaliona, przez Rabbiego Löwa, po genetyka Werkera) niż doraźne dyskusje i polemiki. 
„Wydaje mi się, że powieściopisarz pisze swoją książkę w taki sposób, w jaki ta »książka« chce być napisana. Coś jak maszyna, która się sama konstruuje, a czytelnik musi się sam z tym uporać”. Oto wyzwanie, które rzuca Mulisch.


Harry Mulisch, „Procedura”, przełożył Jerzy Koch, Warszawa 2001, Wydawnictwo W.A.B., seria Don Kichot i Sancho Pansa.

Harry Mulisch (
ur. 1927) – holenderski pisarz uznawany dziś za jednego z najwybitniejszych twórców europejskich. Uprawia prozę, dramat, poezję, eseistykę literacką i filozoficzną. Jego książki przetłumaczono na ponad 26 języków, w tym m.in. na chiński, islandzki i wietnamski. Sławę zdobył powieścią „Odkrycie nieba”. Na język polski, poza „Procedurą” zostały przełożone dwa tytuły: „Zamach” (1988) i „Dwie kobiety. Stare powietrze” (1990). W Holandii „Procedura” została wydana w 1998 r., wyróżniono ją najważniejszą holenderską nagrodą literacką Libris-Preis. W 2001 roku Harry Mulisch odwiedził Polskę na zaproszenie wydawnictwa W.A.B.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl