Wielkopostne rekolekcje z „Tygodnikiem” (4)

Czy jest inna droga?

S. MAŁGORZATA CHMIELEWSKA

 

Tak przyszli do Jerycha. Gdy wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: Synu Dawida, ulituj się nade mną! Jezus przystanął i rzekł: Zawołajcie go! I przywołali niewidomego, mówiąc mu: Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: Co chcesz, abym ci uczynił? Powiedział Mu niewidomy: Rabbuni, żebym przejrzał. Jezus mu rzekł: Idź, twoja wiara cię uzdrowiła. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą. (Mk10,46-52)

 

Denerwujący jest natrętny krzyk żebraka, który przeszkadza nam słuchać ukochanego mistrza. Mamy dosyć słuchania o bezrobociu, o ludziach bezdomnych, starych, głodujących, o dzieciach na ulicy, samotnych matkach. Ich krzyk psuje nam dobre samopoczucie, przeszkadza w uroczystościach, spacerze z dziećmi, zasłużonym odpoczynku. Czujemy się bezradni. Przecież i nam nie jest łatwo. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Płacimy podatki, niech oni się tym zajmą. Zatykamy uszy i rozgoryczeni własną bezradnością szukamy usprawiedliwienia, obarczając biedaków winą za to, że są biedakami, rząd za nieudolność, Kościół, że za mało robi. Zresztą nie każdy musi być Matką Teresą. Mamy swoje kłopoty, rodzinę, dzieci, pracę.
„W ten sposób rodzina chrześcijańska jest powołana do złożenia wobec wszystkich świadectwa wielkodusznego i bezinteresownego oddania się problemom społecznym, poprzez »stawianie na pierwszym miejscu« ubogich i zepchniętych na margines. Naśladując przeto Chrystusa w szczególnym umiłowaniu wszystkich ubogich, musi ona specjalnie wziąć sobie do serca los ludzi głodnych, biednych, starych, narkomanów i pozbawionych rodziny” – odpowiada Ojciec Święty („Familiaris Consortio” 47).
Na końcu mojego życia Pan Jezus nie zapyta mnie, co robił rząd, proboszcz, siostry zakonne czy mój sąsiad. Zapyta, co ja zrobiłam, ja, Małgorzata Chmielewska, w roku 2002, miesiącu lutym, kiedy stanął przede mną na stacji benzynowej, zasmarkany i brudny, z gąbką w ręku, i zaczął myć szyby samochodu. Jeśli odpowiem, że wysiadłam i postawiłam mu obiad w barze, a on zjadł połowę i zapytał, czy może wziąć resztę do domu, bo już się najadł, to Pan Jezus uśmiechnie się przekornie i będzie pytał, czy przypadkiem uwierzyłam w te bajki, bo przecież widać było jasno, że zjadłby jeszcze dziesięć porcji frytek. I ja odpowiem, że początkowo udawałam przed sobą, że w to wierzę, bo nie miałam ochoty na dalsze dobre uczynki, a gdybym nie uwierzyła, to musiałabym pójść z nim do domu, gdzie niewątpliwie spotkałabym jeszcze pięcioro Jego głodnych wcieleń, dla których właśnie zabierał resztki ze swojej uczty. I już nie byłoby ucieczki. Więc początkowo udawałam, że wierzę i spieszyłam się zakończyć to spotkanie. On wyszedł z baru i już niknął w mroku, kiedy poczułam się nie najlepiej wsiadając do samochodu i krzyknęłam, żeby zaczekał. W końcu pojechaliśmy razem: on ściskał torebkę frytek i bał się, że go porwę tym samochodem. No a w domu było nie pięcioro, lecz ośmioro i dwoje bezrobotnych rodziców. Więc ponieważ nie było już ucieczki, zaczęłam żebrać w ich imieniu, bo póki bieda nie ma twarzy, możemy jeszcze ją ominąć, ale kiedy spojrzymy Jej w twarz, staje się moim Bratem. I ten sposób zyskałam jeszcze dziesięciu braci, narzekając w duchu, o czym Pan Jezus będzie doskonale wiedział, że tych braci mam już trochę przydużo i mógłby mi dać trochę wakacji od tak kłopotliwej rodziny.
„Pełna sprawiedliwość stanie się możliwa dopiero wówczas, gdy ludzie nie będą traktować ubogiego, który prosi o wsparcie dla podtrzymania życia, jak kłopotliwego natręta czy jako ciężar, ale dostrzegą w nim sposobność do czynienia dobra dla samego dobra, możliwość osiągnięcia bogactwa większego” („Centesimus Annus” 58).
„Odbierają mi zasiłek dla matek wychowujących upośledzone dziecko – mówi mi mieszkanka naszego domu dla samotnych matek, ofiara przemocy rodzinnej, wychowująca dwoje dzieci, w tym syna z zespołem Downa. – Muszę starać się o grupę inwalidzką dla syna, żeby otrzymać dla niego zasiłek pielęgnacyjny. Dotychczas wystarczyło zaświadczenie lekarskie. Komisję inwalidzką będzie miał za pół roku. Dzieci idą w maju do Pierwszej Komunii. Muszę zapłacić za każde 150 zł w kościele, wykupić stroje komunijne, składkę na prezenty dla księdza i katechetki. Razem co najmniej 500 zł. Skąd ja to wezmę? Dostałam pracę – dwie godziny sprzątania – za 300 zł miesięcznie”.
„Kościół na całym świecie – powiedziałem w czasie moich odwiedzin w Brazylii – pragnie być Kościołem ubogich” („Redemptoris Missio” 61).
„Jesteśmy oboje z mężem po siedemdziesiątce – pisze pewna pani. – Mamy bardzo niskie emerytury, ale zdecydowaliśmy przeznaczyć 50 zł miesięcznie na edukację ubogiego dziecka”. Ten list, jak wiele innych, położyliśmy na ołtarzu.
„Ogromna społeczna energia kierowana jest w stronę bezdomnych, alkoholików, rodzin patologicznych, ludzi bez kwalifikacji i zawodu, kalekich dzieci” – pisze z goryczą czytelnik „Tygodnika”.
„Człowiek, choć powołany do radości, w swoim codziennym życiu doświadcza cierpienia i bólu w najrozmaitszych formach. Do mężczyzn i kobiet dotkniętych rozmaitego rodzaju cierpieniem i bólem Ojcowie synodalni skierowali w swoim Orędziu następujące słowa: »Wy wszyscy, opuszczeni i zepchnięci na margines naszego konsumpcyjnego społeczeństwa, chorzy, ułomni, ubodzy, głodni, emigranci, uchodźcy i więźniowie, bezrobotni, starcy, dzieci opuszczone i osoby samotne, wy ofiary wojny i wszelkiego rodzaju przemocy rodzącej się w naszym zezwalającym na wszystko społeczeństwie. Kościół uczestniczy w waszym cierpieniu prowadzącym do Pana, który włącza was w swoją odkupieńczą Mękę i pozwala Wam żyć w świetle swojego Zmartwychwstania. Liczymy na wasze świadectwa, aby uczyć świat, czym jest miłość. Zrobimy wszystko, co jest w naszej mocy, abyście znaleźli należne Wam miejsce w Kościele i społeczeństwie«.” („Christifideles Laici” 53)
Dziękuję Wam, moi bracia bezdomni, za każdy gest miłości i życzliwości. Za wasze poczucie humoru, za papierosa, którym się podzielicie, chociaż ostatni, za obiad, który dziś ugotowaliście i wspólną Mszę świętą, za waszą cierpliwość w znoszeniu poniżenia i cierpienia, walkę z alkoholem i pokorę. Dziękuję ci, mój upośledzony Arturze za to, że kiedy rano się budzę, słyszę: „Gosia, jam cię” (Gosia, kocham cię) i za to, że nawet kiedy jesteś półprzytomny po ataku padaczki, uśmiechasz się i mówisz: „Gosia, nie martw się, już nie boli.” Dziękuję ci, Tomku, za to, że kiedy przyszedłeś do nas w wieku 16 lat, jako bezdomny młody człowiek, miałeś odwagę rozpocząć naukę, mimo, że w oczach innych byłeś skazany na margines. Wstawałeś o 5 rano, szedłeś 5 km do autobusu, potem wracałeś znowu 5 km na piechotę. Codziennie spędzałeś pół godziny w kaplicy, którą wcześniej budowałeś razem z nami w upale i deszczu po 12 godzin dziennie. Twój upór i wytrwałość są dla mnie przykładem. Chociaż nie dostaniesz Nagrody Nobla, twoje świadectwo szkolne jest warte więcej niż uniwersytecki dyplom matematycznego geniusza. A twoja modlitwa, być może prędzej dochodzi do nieba niż głosy gregoriańskich śpiewów.
Cieszymy się, że Ojciec Święty znów przyjedzie do Polski. Stąd te moje dzisiejsze rekolekcje z Papieżem. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl