Wiara i zgorszenie

Z HALINĄ BORTNOWSKĄ rozmawia Krzysztof Burnetko

 

KRZYSZTOF BURNETKO: – Jakie skutki będzie mieć sprawa arcybiskupa Juliusza Paetza dla polskiego Kościoła? Co ludzi w niej gorszy, co oburza?
HALINA BORTNOWSKA: – Zgorszenie to nie jest to samo, co oburzenie. Wedle teologii moralnej zgorszony jakimś czynem jest ten człowiek, który na jego skutek staje się gorszy: traci przekonanie, że się da, że warto wybierać dobro. Dobro wydaje się słabe, nieobecne, nierealne. Zostało zdradzone i nic się nie dzieje, nikt go konsekwentnie nie broni. To pogłębia zgorszenie. Tu zgorszenie może polegać na utracie wiary w kapłaństwo. Kiedy księża tracą w oczach wiernych autorytet, pojawiają się wątpliwości co do samej treści głoszonych od ołtarza nauk, a nawet opory w przyjmowaniu sakramentów. 
Czy Polaków najbardziej miałoby w tej sprawie zgorszyć to, że biskup może być homoseksualistą?
– Przypuszczam, że w potocznym odbiorze może to być gorszące. 
Pani stwierdziła jednak niedawno publicznie, że fakt, iż kapłan katolicki jest gejem, wcale jej nie gorszy. 
– Tak. Bo rozumiem, że księża jako ludzie też muszą mieć jakąś orientację seksualną. To, czy jest ona hetero- czy homoseksualna, nie przesądza o tym, co najważniejsze. Orientacja seksualna to ważny fakt, ma liczne konsekwencje. Ale to nie ona określa moralną tożsamość osoby. Kim jesteś: egoistą, ambicjonerem, bezwzględnym poszukiwaczem przyjemności? Czy inaczej: budujesz w sobie człowieka, który chce służyć, a nie żeby jemu służono? Także gej może odkryć i przyjąć taki projekt życia i go urzeczywistniać. Może kierować się nim także w przypadku kapłana o orientacji homoseksualnej – póki dochowuje on przyjętego wobec księży w Kościele rzymskokatolickim zobowiązania celibatu, wszystko jest moim zdaniem w porządku. 
Co zatem może gorszyć w tej sprawie?
– Nie sam fakt takiej orientacji seksualnej jest czymś nieodpowiednim, ale brak panowania nad sobą oraz niestosowanie się do zasad, których się naucza. Nie sądzę, by orientację homoseksualną można było w człowieku wyplenić. Nie twierdzę też, że gejów nie powinno się w ogóle dopuszczać do kapłaństwa. Jedno jest pewne: nie jest tak, że orientacja seksualna powstaje nagle, w późnym wieku. Ona musiała istnieć wcześniej. Może była jednak poddana kontroli i dopiero teraz się spod kontroli wymknęła? To smutne, bo może oznaczać, że taki człowiek utracił panowanie i nad innymi rzeczami. Groźne byłoby zwłaszcza nadużywanie zaufania i naruszanie ojcowskiej roli, jaką pełnić ma biskup wobec podległych mu księży. 
Ale nawet i to w moją wiarę nie uderza. Dzięki mądrym przewodnikom wiem, jakby od początku, że nie wolno opierać wiary w Boga czy wiary w Kościół na czymś tak kruchym, jak przekonanie o moralnej doskonałości czyjejkolwiek – aktualnych mistrzów, nauczycieli czy też kapłanów i biskupów. Historia Kościoła zna przypadki papieży, którzy bywali wielkimi grzesznikami. Dla mojej wiary takie czy inne grzeszne postępowanie chrześcijanina jest jego prywatną sprawą. Oczywiście, jest też nieszczęściem i powodem smutku dla innych, szczególnie gdy jest to osoba, która powinna być przykładem albo której powierzono ważne obowiązki w Kościele. Wtedy sprawa przestaje być prywatna. 
Problemem jest i to, że gdy ktoś utracił kontrolę nad swoim postępowaniem i zachowuje się w wysokim stopniu nieodpowiednio, to jest to szkodliwe dla Kościoła, dla niego samego i dla poszczególnych ludzi, a jednak nikt nie jest w stanie nic zrobić. 
Ten aspekt jest chyba w tej historii dla wierzących najbardziej bolesny: że choć zarzuty krążyły od dawna, to ich wyjaśnianie trwa tak długo. A niektórzy z ludzi Kościoła w Poznaniu, którzy odważyli się podnieść ten problem, byli szykanowani. Właśnie styl, w jaki instytucje kościelne zareagowały na zgłaszane sygnały, może jednych oburzać, a dla innych być nawet powodem zgorszenia.
– Otóż właśnie: dzieje tej sprawy wskazują nie tyle na grzeszność konkretnej osoby, bo ta zawsze może się zdarzyć, ile na wadliwe funkcjonowanie całej instytucji. To ono może przynieść najwięcej szkód. Okazuje się, że procedury naprawcze, jakie winny obowiązywać w takich przypadkach, nie zdają egzaminu. Są więc albo nieadekwatne, albo zablokowane. A to już dotyka nas wszystkich i nie można zbywać problemu stwierdzeniem, że każdemu się może zdarzyć... 
Ludzie pytają: jak to możliwe, że choć problem był znany od miesięcy, a może nawet w niektórych kręgach od lat, zwlekano z jego wyjaśnieniem? Przecież jeśli zarzuty byłyby nieprawdziwe, to Kościołowi winno zależeć na oczyszczeniu dobrego imienia swego biskupa. Jeśli zaś okazałyby się prawdziwe, to tolerowanie status quo mogło mieć skutki wręcz tragiczne: nietrudno sobie wyobrazić, co mógłby zrobić młody kleryk postawiony w takiej sytuacji, nie wykluczając samobójstwa. Więcej: długo nie pomagało nawet, że w sprawę zaangażowały się poważne osoby tak spośród świeckich, jak duchownych. 
– To daje do myślenia. Chodzi o system podległości i hierarchiczności w Kościele, o zarządzanie strukturami, o rolę świeckich. Także o zjawisko charakterystyczne dla wszystkich instytucji wysoce hierarchicznych: oto człowiek mający w nich dużą władzę bywa odcięty od obiektywnej informacji o tym, jak inni reagują na jego postępowanie. Jest po prostu pozbawiony luster, w których mógłby się sobie przyjrzeć. Nie może zobaczyć siebie w oczach innych, bo te oczy z przymilności bezkrytycznie się w niego wpatrują albo ze strachu odwracają.
W tym przypadku nuncjusz apostolski list świeckich przekazał „do wiadomości” także zainteresowanemu, czyli arcybiskupowi. 
– A i tak za późno. Tymczasem wcześniej mogło być i tak, że choć arcybiskup zaczął tracić kontrolę nad tym, co robi, to ludzie z jego kręgu nie zwracali mu uwagi.
Nakłada się na to inna prawidłowość: choć Kościół ma do dyspozycji znakomity twór ludzkiego intelektu i wielowiekowego doświadczenia, jakim jest prawo kanoniczne, to chyba mało który z księży ma świadomość związanych z tym możliwości obrony. Także w środowisku kościelnym panuje poczucie, że od prawa w praktyce ważniejsze są układy, fawory i znajomości. 
I to się potwierdziło, bo sygnały o sytuacji w Poznaniu wysyłane drogą, nazwijmy to, służbową, gdzieś utykały i nie mogły się przebić do Papieża. Trzeba było dopiero pomocy „Bardzo Ważnej Osoby z Krakowa”, by Ojciec Święty mógł się o nich dowiedzieć.
– Utykać mogły na różne sposoby. Jest znany, na przykład, taki mechanizm, którego sama byłam ofiarą: że nie wolno babci nic o tym mówić, „niech się babcia cieszy”. Papież jest bardzo kochany i wobec tego może być traktowany jak ta babcia, która ma się cieszyć: nie trzeba jej martwić, nie należy jej mówić rzeczy, które są bolesne. Doceniam intencje, tyle że kiedy ktoś mnie tak traktuje, ogarnia mnie wściekłość. Zwłaszcza, że zwykle babcia i tak się o wszystkim dowie. Ale zamiast w poniedziałek, kiedy nie było jeszcze najgorzej, zła wiadomość dotrze do babci w sobotę, kiedy już prawie nic zrobić nie można. Boję się, że ten mechanizm może działać w stosunku do Papieża.
Jan Paweł II też chyba nie był z takiej sytuacji zadowolony, bo kiedy się dowiedział, zadziałał z pominięciem zwykłych procedur watykańskich.
– Prawo kanoniczne nie jest nowelizowane tak często jak ustawy świeckie. Ma to zalety, ale ceną bywa rozziew między regulacjami a życiem. Tak bywa choćby na styku: poszczególny biskup – konferencja episkopatu – nuncjatura. Do tego dochodzi pokutujące przekonanie o polskiej specyfice, wedle której wszystko należy załatwiać przez prymasa. Tymczasem w sensie prawnym taki obowiązek dawno się skończył. Bo choć w modlitwie nadal „wszystko przez Maryję”, to wcale nie wszystko przez prymasa. Istnieje wciąż niejasność co do drogi, jaką można dotrzeć do wyższej instancji. 
Na pewien czas tak się stało w znanej sprawie księdza spod Dukli. Niejasność kościelnych procedur powoduje, że zbyt wiele zależy od indywidualnej oceny ludzi na poszczególnych szczeblach hierarchii służbowej. W efekcie wiele spraw może trafić pod sukno. 
Przypadek ten był o tyle drastyczny, że zarzut molestowania dzieci jest ścigany z oskarżenia publicznego. A pierwszą czynnością wobec nauczycieli, w stosunku do których pojawiły się takie podejrzenia, jest odsunięcie ich od wykonywania zawodu do czasu zbadania zarzutów. 
Zastanawiam się skądinąd, czy w sprawie poznańskiej można mówić tylko o jaskrawej niewłaściwości moralnej? Bo jeżeli okazałoby się, że mieliśmy do czynienia z wykorzystaniem zależności w hierarchii, to pojawiłyby się znamiona przestępstwa. Tym bardziej należy cenić tych, którzy odważyli się przerwać ciszę w tej sprawie. Wierzę, że kierowali się prawdziwym dobrem ludzi Kościoła, chęcią uratowania jego autorytetu. 
Tym drastyczniej wyglądają represje, jakim przedtem poddawani byli niektórzy duchowni zaangażowani w sprawę. Doszło aż do zesłania na misję w Afryce... Znowu wraca pytanie: jak to możliwe? 
– To oskarżenie akurat budzi moje wątpliwości. Czy fakty nie są tu przekręcone? Zasadą jest przecież, że na misje można się udać wyłącznie dobrowolnie. Wysłanie księdza poza diecezję na placówkę kanonicznie nie jest możliwe. Nie można być karnie zesłanym w obce kraje.
Jest coś takiego, jak propozycja nie do odrzucenia. 
– Owszem. Można zostać pozbawionym możliwości pracy w diecezji. Człowiek może zostać zmuszony do szukania pracy gdzie indziej, ale niekoniecznie muszą to być od razu misje. Co więcej, na misje trzeba też zostać przyjętym. A kraje, które przyjmują misjonarzy, starannie sprawdzają, kto ma przyjechać, dlaczego itd. Mają doświadczenia z podrzucanymi im na zasadzie „zgniłego jabłuszka” księżmi z różnymi problemami. Sama widziałam, jak tuż po wojnie była obsadzona wonczas bardzo „misyjna” archidiecezja wrocławska. Naturalnie byli tam wspaniali ludzie. Ale byli też księża alkoholicy czy konkubinariusze, których rodzime diecezje chciały się pozbyć pod pozorem wyjazdu na „ziemie odzyskane”. Między innymi dlatego zresztą władze PRL mogły łatwiej rozpracować duchowieństwo na tamtych terenach. 
Myśli Pani o przypadkach szantażowania duchownych? 
– Nie jest tajemnicą, że za komunizmu SB często próbowała szantażu wobec księży z racji ich kłopotów obyczajowych: alkoholizmu, konkubinatu czy homoseksualizmu. Znałam takie przypadki i zawsze uważałam za tragiczne, że taki człowiek bardziej się bał swojego biskupa niż agentów, którzy grozili, że na niego doniosą. 
Przecież on sam, gdy znalazł się w niebezpieczeństwie, powinien zwrócić się z prośbą o ratunek w pierwszym rzędzie do swojego biskupa. Tymczasem tego zaufania do pasterzy nieraz brakowało. Dowodziło to, że coś złego dzieje się z Kościołem. Może słabych ludzi z góry w Kościele skreślano? I dlatego woleli brnąć w kontakty z ubekami, byleby tylko nic nie dotarło do przełożonych? To było tragiczne. I chyba jest nadal. A przecież Kościół ma być oparty na zaufaniu i ojcowskim stosunku biskupa do podwładnego księdza! Ojciec okazuje się jednak groźny, a nie rozumiejący i miłosierny. Uzależnienie od jego decyzji – głębokie i całościowe, niemal jak w strukturach autorytarnych. 
A czy powodem tak długiego milczenia wokół sprawy poznańskiej nie było to, że dotyczyła aż arcybiskupa? Przecież Kościół nie od dziś styka się z tego rodzaju sytuacjami i na szczeblu np. seminarium jakoś sobie dawał z nimi radę.
– Kandydaci do stanu duchownego są dziś poddawani różnego rodzaju testom i badaniom psychologicznym. Jeśli pojawiają się wątpliwości, czy ktoś wytrzyma w celibacie, może zostać na tym czy innym etapie skierowany na inną ścieżkę, dla dobra służby. Czasem może nawet tracimy w ten sposób wartościowych przyszłych duchownych. 
Oczywiście, im wyższy szczebel hierarchii, tym decyzja taka jest trudniejsza. I to jest też zrozumiałe, bo zwraca się już uwagę na koszty inwestycji w człowieka. Większa jest też krzywda, gdyby zarzuty się nie potwierdziły. Tytuł biskupi jest jednak barierą...
Nawet dla mediów świeckich, które uchodzą wedle niektórych za żądne wyłącznie taniej sensacji.
– Powściągliwość mediów w tej sprawie mogła mieć dwojakie przyczyny. Kościół jest pod swego rodzaju ochroną, kreowaną po części przez siebie, a po części przez same media. Jest wielką siłą społeczną. Jedni uważają, że na tyle cenną, iż nie należy jej dezawuować, więc w imię odpowiedzialności sami powstrzymują się od pochopnego działania. Inni zwyczajnie nie chcą się narażać: nie tyle myślą o tym, że Kościół jest cenny dla społeczeństwa, ile że nie opłaca się z nim ścierać. 
Niektórzy zarzucają „Rzeczpospolitej”, że za wcześnie opublikowała tekst o arcybiskupie.
– Nie wiem, co zadecydowało o tym terminie, ale wydaje mi się, że nie było to pochopne. Przecież wcześniej próbowano poruszyć problem w dyskretniejszy sposób. Nie skutkowało. Może więc z publikacją czekano, w moim odczuciu, nawet za długo? Mam tylko wątpliwości co do ilustracji, jakimi opatrzono tekst; należało je ograniczyć do minimum. Jeśli już musimy naruszyć czyjąś prywatność, bo ta osoba przyjmując tak wysoki urząd wystawiła się na ocenę publiczną, może warto byłoby jednak zachować powściągliwość z pokazywaniem jego wizerunku. To nie jest kwestia prawa, tylko gustu. 
Jak ocenia Pani dyskusję, która wybuchła w związku ze sprawą poznańską?
– Jeszcze nie sięgnęła ona głębszych warstw. Powinna na przykład dotyczyć podmiotowości jednostki w Kościele. Tak duchownej, jak świeckiej. Inna ważna kwestia to kolegialność w diecezji i kraju. Problemy te podjęły synody. Zajmował się tym kardynał Karol Wojtyła, lecz gdy został papieżem, sprawa zeszła na dalszy plan. To zadziwiające, bo on się przecież nią bezpośrednio dość krótko zajmował, ale jakby uwierzytelniał autentyczność i wagę stawianych pytań. Gdy był Metropolitą w Krakowie, można było mimo trudności wierzyć, że głosy świeckich są słuchane. Potem to się kurczyło i ruch synodalny w Polsce nie spełnił zadania udrożnienia kanałów wymiany poglądów wewnątrz Kościoła. Nie chodzi o władzę, chodzi o wzajemne słuchanie, „jak oddychamy w wierze” wedle starej rady kardynała Newmana. 
Zdaję sobie sprawę, że Papież się martwi, że dzieło synodalne, na którym mu zależało, pozostało właściwie bez efektu. I chyba trudno nawet byłoby teraz do niego wrócić. Trzeba by pomyśleć o innym trybie i formule.
Jaką lekcją może być sprawa arcybiskupa Paetza dla Kościoła?
– Najpilniejsze jest zajęcie się ludźmi, którzy mogli zostać poszkodowani. Chodzi o pomoc i duchową, i psychologiczną. Warto wreszcie uznać, że w katolickim wychowaniu więcej miejsca musi zająć realistyczne przygotowanie do życia. Chodzi o lepsze zrozumienie faktów także w kwestii orientacji seksualnych i zmianę podejścia do ludzi, którzy są naszymi braćmi. Gdyby ci klerycy byli przygotowani pod tym kątem, to nie byliby tacy bezbronni. Zniknąłby choćby ślepy strach, wynikający z niewiedzy i uprzedzeń. Skończyłaby się sytuacja, że znajomość problemu sprowadza się do emocji i obelżywych słów. 
Zdumiało mnie, że młodzi klerycy są sfrustrowani głównie faktem, iż „biskup okazał się pedałem”, jak powiedział jeden z nich dziennikarzowi. Przecież powinni raczej się smucić, że biskup chciał ich uwieść. Podkreślam: to nie homoseksualizm biskupa jest tu głównym problemem. Równie gorszące byłoby, gdyby jakiś ksiądz molestował zakonnicę, sprzątającą w kurii, bo też dowodziłoby to niepanowania nad sobą i wykorzystywania swojego stanowiska. Ale przedstawiciele hierarchii uparcie twierdzą, w niezgodzie z Katechizmem, że problem orientacji homoseksualnej jest marginalny i próbują go przemilczać. 
Tu pojawia się kwestia duszpasterskiej opieki wobec gejów: chodzi o to, by osoby, które stwierdzą, że są orientacji homoseksualnej, nie musiały od razu uznać, że są poza Kościołem, a nawet poza dobrem i złem, poza powołaniem do miłości i służby. Tymczasem wielu świeckich gejów z determinacją walczy, by normalnie funkcjonować w Kościele. Mam dla nich wielki szacunek.
I – przepraszam – tu jeszcze jedna uwaga: ta lekcja będzie w sumie bardzo bolesna, ale dobra, jeśli ją przeprowadzimy na szerszym tle, jeśli tłem można nazwać to, co najważniejsze. Musimy zrozumieć, jakie zło tkwi w lęku, gdy ten lęk prowadzi do nienawiści do ludzi. Zwłaszcza w Kościele nikt nie powinien uczyć się nienawiści ani nienawiści pogłębiać. Ksenofobiczna nienawiść często otacza gejów i to jest straszne. Oby ta lekcja jej nie pogłębiła. Musimy w sposób zdecydowany skończyć z bezsilnością wobec przerabiania Kościoła na szkołę nienawiści czy szkołę, w której są takie lekcje dodatkowe.
A czy wyobrażalny jest scenariusz odsuwania decyzji?
– Różne nonsensowne i szkodliwe scenariusze są realizowane, więc i ten nie jest wykluczony. Ale byłby to wielki błąd. Dotknąłby wielu ludzi, którzy byli tu ofiarami, w tym samego arcybiskupa. 
Oczywiście: w Kościele wszystko się dzieje nieporównanie wolniej niż w świecie świeckim. Ma to swoje pozytywy. Lecz są sytuacje, w których decyzje trzeba podejmować szybko. Ta do nich należy. To już trwa za długo. I konsekwencje duszpasterskie tego opóźnienia już widać. To jest trochę tak jak z korespondencją: świat żyje dzisiaj w rytmie e-maila, Kościół ciągle w rytmie listów pocztowych cenzurowanych po drodze. Decyzja w takiej kwestii nie musi zapaść w tempie e-mailowym, ale nie można czekać z nią miesiącami. Ludzie, owszem, przestają się z czasem interesować sprawą, bo wypierają ją nowe wydarzenia. Ale w ich pamięci ona pozostaje. Ten brzydki osad z czasem zmyć coraz trudniej. Jeśli decyzja będzie jeszcze bardziej spóźniona, może nawet nie dotrzeć do świadomości wiernych. Zostaną tylko nawarstwiające się pogłoski. I frustracja. To znaczy zgorszenie.


Z Haliną Bortnowską rozmawiał Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl