Niemcy o sprawie Jedwabnego

Co komu przystoi

JOACHIM TRENKNER z Berlina

 

Od powstania „Solidarności” nie informowano tak intensywnie w Niemczech o żadnym wydarzeniu w Polsce: w ostatnich miesiącach przez niemieckie media przetoczyła się fala publikacji, poświęconych pogromowi w Jedwabnem i polskiej debacie wokół książki ,,Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa. A głosy te oraz niemiecka edycja książki Grossa sprowokowały nawet niemiecko-niemiecki spór: czy i jak pisać o antysemityzmie w Polsce i innych krajach. 


Hanna Krall powiedziała kiedyś, że można mówić o polskim antysemityzmie, ale nie w Niemczech, pod żadnym pozorem. Niemcom – można by rozwinąć tę myśl – z powodu dokonanej przez nich zagłady Żydów, nie wypada osądzać antysemityzmu Polaków czy innych narodów. Gdyby trzymać się tej reguły, niemieckie media nie powinny pisać o Jedwabnem, o „Sąsiadach” Jana T. Grossa i związanych z nimi sporach polskich historyków. 
Stało się jednak inaczej: we wszystkich wielkich, ogólnoniemieckich tytułach, a nawet w prasie prowincjonalnej można było w ostatnim czasie przeczytać nadspodziewanie wiele relacji, komentarzy i analiz zbrodni, dokonanej na jedwabieńskich Żydach. Na ogół były to relacje rzeczowe i skrupulatne. Jednak zdarzały się też artykuły jednostronne, skażone stereotypami, pogardliwe w tonie. Nawet niemieckie stacje telewizyjne, które rzadko bądź w ogóle nie informują o polskim życiu społecznym i politycznym, uznały, że ten temat wart jest medialnej story. 
Że w Polsce antysemityzm był i ciągle jeszcze istnieje, i że czasem prowadził do pogromów, w Niemczech jest faktem znanym. Ale do tej pory nie było to przedmiotem poważniejszej debaty. Przykład: w połowie lat 80. niemiecka telewizja wyemitowała serial dokumentalny „Shoah” francuskiego historyka Claude’a Lanzmanna, który opisywał polski antysemityzm podczas II wojny światowej. Reakcja na film była wprawdzie gwałtowna, koncentrowała się jednak na sprawcach Holocaustu: Niemcach. Artykuł Jana Błońskiego, który w 1987 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego” postawił tezę, że w czasie okupacji polscy katolicy uczynili za mało dla ratowania żydowskich współobywateli, pozostał w Niemczech niezauważony. Także o późniejszej publikacji autobiografii Romana Fristera czy książce „Sztetl” Evy Hoffman, kompetentnych opisach życia i cierpienia Żydów w Polsce słyszy się w Niemczech mniej niż o „Sąsiadach”.

„NIE MOŻEMY OSĄDZAĆ”

„Przyczyną tego, że niewielka książka Grossa sprowokowała taką debatę, nie było zniszczenie przez nią [polskiego] »mitu ofiary«, lecz fakt, że złamała ona ostatnie tabu bohaterskiego mitu Polaków – oceniał na przykład lewicowo-liberalny dziennik „Frankfurter Rundschau”. – Zawarta w »Sąsiadach« teza dotycząca »społeczeństwa«, które w 1941 r. dopuściło się napaści na swych sąsiadów, obala podstawowe założenie tekstu Błońskiego sprzed 15 lat i dowodzi, że Polacy byli nie tylko pasywnymi świadkami, ale również współsprawcami”. 
Relacjonując uroczystości w Jedwabnem „Frankfurter Rundschau” zauważał: „Odmówiono żydowską modlitwę za zmarłych. Gdziekolwiek spojrzeć, widać było Żydów, którzy przed telewizyjnymi kamerami chcieli dokonać cudu i wskrzesić Żydów z Jedwabnego. Przez moment można było przenieść się w świat Brunona Schulza i Marca Chagalla”. A porządkując historyczną perspektywę, komentator dodawał: „II wojna światowa była dla Polaków bardziej traumatycznym i brzemiennym w skutki wydarzeniem niż dla wielu innych dotkniętych nią narodów. Polska nigdy nie będzie w stanie uwolnić się od tego, że Auschwitz, Majdanek, Bełżec, Chełmno i Treblinka leżą w tym kraju. Polska i Holocaust to jedna całość. Polska po wojnie była zniszczona i splądrowana, jej elity wymordowane, zaprzedane przez Zachód Stalinowi. Jedyne, co pozostało temu krajowi mimo stalinizmu, to etniczna jednorodność. Tej jednolitości towarzyszyła świadomość niewinnej ofiary. Zamordowani przez polskich sąsiadów Żydzi przewrócili teraz wszystko do góry nogami”.
Także inny ponadregionalny tytuł, liberalny „Süddeutsche Zeitung”, potraktował temat ze starannością i wyczuciem. W komentarzu – opatrzonym tytułem „Polskie męczarnie”, jakby podkreślającym empatię – dziennik opisywał obawy Polaków, że prośba o przebaczenie za pogrom z 1941 r., wypowiedziana przez prezydenta Kwaśniewskiego, może ich napiętnować jako współsprawców eksterminacji Żydów i zepchnąć na drugi plan cierpienia polskiego narodu. W ten sposób Niemcy mogą zyskać wreszcie tani argument dla umniejszenia swej winy i odpowiedzialności. Tymczasem Niemcy, komentował „Süddeutsche Zeitung”, nie mają prawa do odgrywania roli sędziego w ocenie dwóch grup ofiar: Żydów i Polaków. „A już w ogóle nie przystoi [Niemcom], aby w obliczu doniesień o pogromach Żydów podczas wojny i po jej zakończeniu cieszyć z nieszczęścia Polaków. Niemcy powinni raczej docenić to, że w tej trudnej i bolesnej rozprawie z własną przeszłością Polska jest pionierem w dawnym bloku wschodnim, z wszystkimi po części żywymi tam jeszcze tematami tabu i zakłamaniami historii”.

CO POLACY POWINNI

Hamburski tygodnik „Die Zeit” podszedł do sprawy bardziej krytycznie i uznał, że dyskusja o Jedwabnem ma dla Polski „o wiele istotniejsze znaczenie” niż dla Republiki Federalnej miał słynny „spór historyków” (Historikerstreit), kiedy to w połowie lat 80. w Niemczech Zachodnich z pasją debatowano nad specyfiką niemieckiego ludobójstwa i roztrząsano, czy można porównywać zbrodnie Stalina i Hitlera. W końcu tym razem nie chodziło o relatywizację faktów, ale o rewizję obrazu historii Polski i rozprawę z „wciąż głęboko zakotwiczonym polskim antysemityzmem” (,,Zeit”). „Prawda głęboko ukryta” takim tytułem liberalny tygodnik opatrzył recenzję z niemieckiego wydania „Sąsiadów” (wyd. C. H. Beck, München 2001). 
Autor ,,Die Zeit” wskazał wprawdzie na kilka braków książki Grossa, ale zaznaczał: „Mimo tych niewyjaśnionych kwestii, wielką zasługą »Sąsiadów« pozostaje to, że we właściwym czasie stawiają pytania o zakłamany narodowy autoportret. Dzięki tej książce wydaje się, że antysemityzm w Polsce opuści wreszcie salony, na których jeszcze przed rokiem był akceptowany przez intelektualistów. W końcu słychać [teraz] bardziej zdecydowany protest, gdy w kościołach – mimo wszystkich gestów pojednania ze strony prymasa Glempa – nadal sprzedawane są antysemickie paszkwile”.
Z kolei tygodnik ,,Die Woche”, wydawany także w Hamburgu, wytoczył najcięższe działa przeciw polskiemu Kościołowi. W tekście pod tytułem „Zatrute przebaczenie” czytamy: „Kardynał Glemp musi jeszcze powalczyć z duchem pokuty. Podczas nabożeństwa pokutnego [w warszawskim kościele Wszystkich Świętych w maju – red.] Prymas właściwie chciałby przeprosić za mord, dokonany latem 1941 przez katolików na ich żydowskich sąsiadach w Jedwabnem (...). Ale kogo przeprosić? Najprędzej samego Pana Boga, uznał prymas, nadrabiając miną”. Bez żadnych historycznych dowodów, autor zarzucał Kościołowi milczenie wobec 150 pogromów, których mieli dokonać Polacy w latach 1937-39, a więc przed okupacją. Tygodnik wskazywał też na napięte stosunki między hierarchią a Kwaśniewskim, który swoim gestem pod znakiem zapytania postawić miał moralny autorytet polskiego Episkopatu. Podczas uroczystości w Jedwabnem Polacy powinni prosić Żydów o przebaczenie „wcale nie w tym sensie, że »wszyscy jesteśmy grzesznikami«, co zmniejsza własny udział w winie”. Zamiast tego Polacy winni ,,wreszcie złożyć do grobu mit o »Chrystusie narodów« i jednocześnie pochować polski »kompleks ofiary«, który przez wieki zniekształcał spojrzenie na los mniejszości”. 
Z kolei relacja magazynu „Der Spiegel” z Jedwabnego obfitowała w obraźliwe wręcz uwagi na temat Polaków. Uroczystość ta była „absurdalnym przedstawieniem na miejscu zbrodni”, wyrokował wysokonakładowy (ponad miliona nakładu) tygodnik. Z trudnym chyba do prześcignięcia cynizmem autorzy „Spiegla” pisali: „Mieszkańcy Jedwabnego nie wydają się zbytnio rozgarnięci. Zamiast oskarżać złych Niemców i wymyślać na Żydów, powinni już dawno otworzyć tu »miejsce spotkań« na wzór Auschwitz, najlepiej niedaleko stodoły, w której sfajczyli Żydów, i urządzać koncerty muzyki klezmerskiej. To odświeżyłoby reputację miejscowości i rozkręciło biznes”; ale zamiast tego 10 lipca wystawiono sztukę z teatru absurdu, w najlepszym stylu Mrożka i Kantora.

NIEMIECKI SPÓR O POLSKĘ

Jakby tych obelg było mało, jeden z autorów tekstu w „Spieglu”, Henryk M. Broder, na swojej stronie internetowej (www.henryk-broder.de) zwymyślał tych Polaków, którzy po opublikowaniu jego artykułu nadesłali krytyczne listy do hamburskiej redakcji, wskazując na jednostronność i nierzeczowość relacji. Oto cytat z internetowej tyrady Brodera: „Polska kultura cieszy się na Zachodzie dobrą opinią przede wszystkim dlatego, że poza Polską niewielu ludzi mówi po polsku i niewiele może zrozumieć. Ale jeśli lepiej się przyjrzeć i przysłuchać, to trzeba stwierdzić: polska kultura opiera się w istocie na antysemityzmie i alkoholizmie. Są to, by tak rzec, filary polskiej kultury”.
Przytoczone cytaty to jednak wyjątki w relacjach o Jedwabnem. Uderza natomiast intensywność recepcji tego tematu w Niemczech. Można wręcz stwierdzić, że polska dyskusja o Jedwabnem z czasem przeniosła się za Odrę, wywołując spór między samymi Niemcami. 
Niełatwo jest odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Niemcy tak bardzo zainteresowali się tym tematem. Czy chodziło o opisane przez Grossa potworności, o brutalność jedwabieńskiego pogromu? A może raczej Niemcy chcieli uwolnić się wreszcie od poczucia ekskluzywnej winy? Jakby wreszcie, 60 lat po wojnie, Niemcy znaleźli sobie w Polakach wspólników w przestępstwie, i to takich, którzy dotąd jako pierwsza ofiara Hitlera mieli nieposzlakowaną opinię moralną? A może po prostu w zjednoczonych Niemczech, w ,,Republice Berlińskiej” opanowanej przez młodsze pokolenie polityków i dziennikarzy, historię XX w. traktuje się już bez takich samoograniczeń? Ziarno prawdy tkwi zapewne w każdej z tych trzech możliwości. 
A kolejnej odpowiedzi może dostarczyć spór, który wybuchł pomiędzy niemieckimi dziennikarzami po tym, jak Thomas Urban, warszawski korespondent „Süd-deutsche Zeitung”, zarzucił Grossowi niedbałość w gromadzeniu materiału do „Sąsiadów” [tekst przedrukowała ,,Rzeczpospolita” z 1 września – red.]. Polacy, pisał Urban, nie dokonali zbrodni w Jedwabnem sami, ale byli wspomagani przez grupę esesmanów pod dowództwem Hauptsturm-führera Hermanna Schapera. Publikacja opierała się na badaniach Instytutu Pamięci Narodowej, który współpracuje z Centrum Dokumentacji Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu i wiosną 2002 ma opublikować raport ze śledztwa. Odkrycie w Jedwabnem niemieckich łusek miało potwierdzić tezę, że „niemieckie komando nie tylko kierowało dokonanym przez Polaków pogromem, ale strzelało też do Żydów”. 
Artykuł Urbana wywołał natychmiast głosy oburzenia w Niemczech. Tak, jakby nie wolno było kwestionować tezy, że to wyłącznie Polacy są winni masakry... Zwłaszcza lewicowy dziennik „die tageszeitung” – który wcześniej pisząc o Jedwabnem sięgał po takie przesadne zwroty jak „Polska stoi w obliczu ruin, pozostałych po micie swej historii” albo „Porażka polskich historyków” – surowo skarcił kolegę po fachu. „Akurat teraz, gdy książka ukazuje się po niemiecku, niemiecki dziennikarz usiłuje ożywić stary mit historii Polski jako narodu ofiar” – pisał ,,tageszeitung”, zarzucając Urbanowi sabotowanie zapoczątkowanego przez Grossa procesu oczyszczania polskiej pamięci z antysemityzmu.

UKRYTY REŻYSER ZBRODNI

„Republika Federalna to być może jedyny kraj w Europie, który oficjalnie opłakuje ofiary swych agresji i o nich nie zapomina” – zauważył izraelski pisarz Amos Elon. To zapewne prawda: Niemcy, a przede wszystkim Niemcy Zachodni, od zakończenia wojny rozliczali się intensywnie w niezliczonych debatach historycznych z nazistowskiej przeszłości. A że akurat niemieccy dziennikarze postanowili zatroszczyć się o zbawienie duszy innych, w tym przypadku Polaków – sądząc najwyraźniej, że niemieckie sposoby na rozliczenie się z przeszłością powinny być przeniesione do Polski – jest nie tylko jakościowo czymś nowym, ale i, powiedzmy od razu, niepotrzebnym. Czasem można odnieść wrażenie, że Niemcy, przez nikogo nieproszeni, podejmują się roli adwokata Żydów. Czasem są w tym nawet ,,bardziej żydowscy” niż sami Żydzi. Rzadko niestety dostrzegając, że takie przemieszanie ról ,,sprawcy” i ,,ofiary” jest nie tylko niewiarygodne, ale poza granicami Republiki Federalnej musi spotykać się z niezrozumieniem. 
Współczesność historii – ona jest obecna także w niemieckich relacjach o Jedwabnem. Potwierdza to edycja „Sąsiadów” w wydawnictwie Becka, którą opatrzono specjalnym wstępem i posłowiem. W posłowiu, skierowanym do niemieckich czytelników, Gross ostrzega ich przed poszukiwaniem w ,,Sąsiadach” fałszywej pociechy: „Byłoby, łagodnie mówiąc, zuchwałością, gdyby niemiecki czytelnik w jakimkolwiek sensie odebrał mordercze okrucieństwo polskiego pospólstwa jako zwolnienie z własnej odpowiedzialności”. A w napisanej specjalnie do niemieckiego wydania przedmowie Adam Michnik konstatował: „My (Polacy) nauczyliśmy się czegoś nowego o nas samych. Niemieckiemu czytelnikowi nie wolno (jednak) ani na sekundę zapomnieć, że zbrodnia w Jedwabnem, za którą najszlachetniejsi Polacy biją się dziś w piersi, miała zarazem ukrytego reżysera: niemiecki nazizm”.
 
Przełożył Marek Zając 

Autor jest niemieckim publicystą, byłym reporterem tygodnika „Newsweek” i korespondentem zachodnioberlińskiej telewizji publicznej SFB w Europie Środkowej i Wschodniej. Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl