Światowy Dzień Chorych na AIDS

Krótka historia lęku

Ks. JAN KRACIK

 

Dlaczego AIDS wywołuje tyle dyskusji i obaw, chociaż pochłania mniej ofiar niż wypadki drogowe?


Dlaczego chorzy na AIDS często żyją do końca swych dni jako napiętnowani, niezależnie od tego, jak się zarazili, zaś pirat drogowy – odsiedziawszy swoje albo i nie – chodzi oczyszczony? Skąd bierze się żywotność archaicznego podziału na choroby szlachetne i hańbiące? Na ile to, co w chrześcijaństwie uwzniośla cierpienie, co pomaga odkryć jego trudny sens i pokrzepia, zostało przyswojone przez chrześcijan? 
W 1996 r. bractwo św. Piusa X, zwane potocznie lefebrystami, oświadczyło, że AIDS to kara Boża dla homoseksualistów. To stanowisko sprzeczne z nauczaniem papieskim (wyrażonym zwłaszcza w liście apostolskim ,,Salvifici doloris” z 1984 r.), nauczaniem, które u chorych budzi odwagę wiary, a zdrowych inspiruje do niesienia pomocy. Nie znajdziemy u Papieża moralizującego upewniania, za jakie grzechy karze Pan Bóg.
Myśl o rewanżu Najwyższego na nieposłusznych ziemianach obecna była już w religiach starożytności. Wyznawcy Chrystusa kontynuowali ją przez stulecia. Czy śladów takiego myślenia nie znajdziemy i dziś wśród chrześcijan? Ilu spośród modlących się o zdrowie-szczęście-powodzenie przeczyta bez zaskoczenia słowa, które w 1703 r. pisał do swej siostry odbywającej nowicjat wędrowny misjonarz, św. Ludwik Grignion de Montfort: ,,Uradowałem się usłyszawszy o chorobie, którą zesłał ci dobry Bóg, aby cię oczyścić jak złoto w ogniu. Prawie zazdroszczę twemu szczęściu”?
Chrystus nie żąda, byśmy, jak niektórzy święci, cieszyli się z cierpień albo rezygnowali z dążeń do ich pomniejszania. Niemniej ze zdania ,,bądź wola Twoja” wynika więcej niż zwykle rozumiemy. Oznacza ono bowiem zawierzenie Bogu, który prowadzi nas nie zawsze zrozumiałymi dla nas drogami. To właśnie wymaganie nadziei, gdy staje się bardzo trudne, odsłania rzeczywistą głębię chrystianizacji – tak w XVIII, jak i XXI wieku.
Dotknięci epidemią czy inną plagą wierni każdej epoki pytali pasterzy: Bóg nie może czy nie chce powstrzymać udręki? Nie mogąc kwestionować wszechmocy ani dobroci Boga, trzeba było wskazać na Jego sprawiedliwość wobec grzeszników albo na misterium Krzyża – ową niepojętą próbę, którą zwycięsko przeszedł Chrystus, stając się dla idących za Nim wzorem i mocą. Ale nauka o Krzyżu na masowe zrozumienie i akceptację liczyć nie mogła. Doświadczył tego apostoł Paweł (,,Skoro bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących (...) To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi”, 1 Kor 1, 21-25). Trudno oczekiwać, by najwyższe osiągnięcia duchowe stały się standardem przeciętnej religijności.
Odwołanie się do najwyższej sprawiedliwości pozwalało obronić się przed absurdem, bluźnierstwem i rozpaczą. I ocalić fundament wiary, który zapewnia, że Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Skoro spadała plaga, znaczyło to, że grzechy przepełniły miarę Boskiej cierpliwości. Ogromowi kary odpowiadała wielkość przestępstw. Trzeba je było dostrzec, wskazując i karząc winnych lub uznać, że wszyscy zawinili i podjąć intensywną ekspiację. Plaga miała się cofnąć po odbudowaniu porządku moralnego. Praca polegała nie tylko na zaakceptowaniu kary, lecz także na wymierzeniu jej własnoręcznie – sprawcy albo sobie. Funkcjonowały zatem dwa mechanizmy interpretacji i działań: kozła ofiarnego oraz odpowiedzialności zbiorowej.
Gniew bogów, ujawniający się w postaci klęsk żywiołowych, wywoływali według pogan chrześcijanie. Prześladowania miały więc uśmierzyć gniew niebian. Tą samą logiką kozła ofiarnego kierowali się później chrześcijanie, gdy w obawie przed karą Boską palili heretyków i czarownice albo dokonywali pogromu Żydów. Podczas zarazy zdarzały się samosądy wobec podejrzanych o jej roznoszenie. Czy tej mieszaniny strachu, ignorancji i nienawiści nie znajdziemy w krótkiej historii traktowania chorych na AIDS przez niektóre środowiska?
W dziejach chrześcijaństwa częściej jednak nawoływano do wspólnego rachunku sumienia i zbiorowej pokuty niż do polowania na oskarżanych o powodowanie publicznych nieszczęść. Gdy ludzi nękały choroby i inne biedy, w świątyniach rozbrzmiewały psalmy i suplikacje ,,Przed oczy Twoje, Panie” ze słowami Urbana VIII. Suplikacje mówiły o karzącym mieczu Boskim, o skamieniałych sercach, o obietnicach poprawy i powracaniu do zła po ustaniu plagi. 
Korzystając z archaicznego modelu religii sądowej, szybko bilansującej zasługi i przestępstwa, adresowano takie przesłanie do ludzi, którym bliska była współodpowiedzialność, narzucana przez życie, obyczaj, prawo. Jednocześnie uczono ich, by winy nie szukali w drugim, lecz w sobie. Im bardziej uświadamiali to sobie wierni, tym rzadziej szukali tych, na których chcieliby wyładować karmioną lękiem agresję.
To dużo. Bezdusznemu moralizatorstwu towarzyszyła pomoc w pokonywaniu paniki. Jak? Poprzez wskazywanie źródeł udręki. Poprzez ukazywanie dróg wyrwania się z paszczy śmierci. Wreszcie poprzez budzenie nadziei wśród tych, którzy śmierci się nie wywiną.
Im mocniej lokowano przyczyny choroby w sferze moralnej, tym silniejszy nacisk kładziono na terapię pokutną. Układ okazywał się odwracalny i w tym szukano otuchy. Plaga nie znikała, stawała się jednak wpierw wytłumaczalna, a potem do przezwyciężenia. W wypalonej gorączką świadomości zaczynał kiełkować optymizm. To wszystko było lepsze od bezczynnego oczekiwania na wyrok. I od szaleństwa. 
W ciężkim czasie próbie poddawane były nie tylko relacje z Bogiem. Gdy zarażony bliźni postrzegany był jako zagrożenie, więzi emocjonalne i poczucie powinności zmagały się z instynktem samozachowawczym. Trędowatych, weneryków, zadżumionych oddzielano, zamykano, omijano z daleka. Średniowieczne leprozoria, przytułki dla syfilityków, szopy dla zadżumionych – bardziej służyły izolacji niż leczeniu. Był to alians samoobrony, miłosierdzia i okrucieństwa.
Aż do XIX w. trąd, niesłusznie, uważano za chorobę zaraźliwą. Zarażenie nim oznaczało powolne i wieloletnie umieranie. Śmierć cywilna przychodziła od razu: trędowaty tracił prawa, majątek, rodzinę. Wykluczenie ze społecznego życia wyrażała odprawiana w niektórych krajach specjalna liturgia, podobna do obrzędów pogrzebowych. Po Mszy klęczącemu na czarnym suknie choremu posypywano głowę ziemią jako umarłemu dla świata, czasem wprowadzano go nawet na chwilę do otwartego grobu. W surowy rytuał kościelny wplatano zakazy dla chorego: nie będzie jadł ani pił ze zdrowymi, nie wejdzie w wąską uliczkę, gdzie przechodnie mogliby się o niego otrzeć, nie dotknie dziecka. W krajach, gdzie trędowatych nie izolowano zupełnie, lecz pozwolono im żebrać, kołacząc grzechotką musieli oni oznajmiać swoją obecność. 
Gnijące ciało, zniekształcona twarz i oddech trędowatych budziły litość i odrazę. Do heroicznych czynów miłości, wymienianych w średniowiecznych procesach kanonizacyjnych, należało pielęgnowanie czy ucałowanie trędowatego. 
Czy nic z ostracyzmu wobec trędowatych nie da się rozpoznać w reakcjach wobec chorych na AIDS?
Syfilis zawsze postrzegano jako chorobę wulgarną i upokarzającą. ,,Która niemoc w Polsce jako osobliwa plaga Boga za wszeteczeństwo ludzi swywolnych prędko się wzmogła” – pisał Maciej Stryjkowski. Potoczna nazwa choroby sugerowała, iż pochodzi ona z daleka, że nie jest „swojska”. We Francji zwano ją chorobą neapolitańską, we Włoszech, Niemczech i Polsce – francuską, zaś w Rosji – polską.
Stereotyp ten odżył w czasach AIDS. W Europie, Azji, Ameryce podkreśla się, że jego kolebką jest Afryka, co niezależnie od prawdziwości tego stwierdzenia podtrzymuje uprzedzenia rasowe wobec tzw. Trzeciego Świata.
W cywilizacji, w której śmierć stała się nieprzyzwoita, choroby śmiertelne uznano za wstydliwe. Tak było kiedyś z gruźlicą, potem rakiem. W zsekularyzowanym wieku XX postrzega się chorobę nie jako plagę zsyłaną z nieba, lecz częściej jako karę natury za nierozważne życie. Ostatnio zaś pierwsze miejsce pośród chorób wstydliwych zajął AIDS. Mimo że szerzył się przede wszystkim wśród heteroseksualistów, inwektywy rzucano głównie na homoseksualistów, biadając przy tym nad upadkiem obyczajów. AIDS przydał się także niektórym politykom jako ksenofobiczny argument przeciw imigrantom, przed którymi należy zamknąć granice, bo to rzekomo oni są głównymi nosicielami wirusa HIV(sto lat wcześniej obcy zarażał tyfusem, gruźlicą lub żółtą febrą). 
,,Byłem chory, a odwiedziliście (nie odwiedziliście) mnie” (Mt 25, 36, 43). Takiemu testowi obiecał Chrystus poddać kiedyś nasze życiorysy, szukając w nich sprawdzianu naszej do Niego miłości. Nie dodał przy tym, na co i dlaczego cierpiący i chorzy są Mu bliżsi od innych. Nie poddał ich selekcji ani dyskryminacji.
Na naszej planecie żyje prawie 40 mln chorych na AIDS i nosicieli wirusa HIV. W latach 1982-98 zmarło ich ok. 12 milionów. To jedno z głównych wyzwań, które stają przed ludzkością na przełomie wieków. Przed medycyną, polityką, etyką.

Ks. Jan Kracik

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl