Alarm z obu stron

TADEUSZ JAGODZIŃSKI z Londynu

 

Kiedy po atakach 11 września z ust polityków Zachodu padło słowo „wojna”, prawnicy nad Tamizą natychmiast podnieśli alarm. Znajomy londyński adwokat nie miał złudzeń: „Zobaczysz, że ta logika doprowadzi do ograniczania naszych praw”.


Rzeczywiście, intencje przyświecające wypowiedziom anglosaskich przywódców wydawały się czytelne. Jeśli zamachy były „aktem wojny”, to tuż za rogiem musiało czyhać typowe dla stanu wojny zawieszenie praw obywatelskich. Na formalno-prawne skutki stosowania tej terminologii nie trzeba było długo czekać. W Wielkiej Brytanii powstał projekt zmian ustawodawczych, mających ułatwić ochronę obywateli i ich mienia przed skutkami terroryzmu. Propozycje te idą w kierunku poszerzenia zakresu władzy państwowej, co budzi coraz liczniejsze sprzeciwy, choć milcząca większość – z uwagi na okoliczności – zdaje się je aprobować. 
Projekt brytyjskiej ustawy w sprawie bezpieczeństwa narodowego oraz zwalczania terroryzmu i przestępczości (przeszło stustronicowy Anti-Terrorism, Crime and Security Bill) zawiera 125 artykułów: od zabezpieczania elektrowni atomowych i przetrzymywania w areszcie, przez wzniecanie nienawiści na tle religijnym, produkcję broni masowego rażenia, po elektroniczny przepływ informacji. Rzecz jasna w tak wszechstronnych planach musiały znaleźć się propozycje niekontrowersyjne, które – jak podkreślali publicyści – „mogą być przyjęte bez najmniejszych oporów przez ludzi obdarzonych choćby odrobiną rozsądku”. Można do nich zaliczyć te, które jedynie w niewielki sposób ograniczają dotychczasowe swobody, np. zmiany dotyczące pracy w laboratoriach wykorzystujących materiały toksyczne albo śmiercionośne bakterie. Nowa ustawa zobowiązywałaby te instytucje do informowania policji, kogo i w jakim charakterze zatrudniają. 
Oczywiście, nie te uprawnienia budzą najwięcej wątpliwości w gremiach prawniczych i czy wśród działaczy człowieka. Według tych ostatnich najbardziej kontrowersyjny jest projekt internowania osób podejrzanych o prowadzenie bądź wspieranie terroryzmu. Tym bardziej ryzykowny, że doświadczenia Brytyjczyków w tym zakresie nie są najlepsze. Podobne rozwiązanie stosowano podczas II wojny światowej wobec osób pochodzenia niemieckiego. A w latach 70. jednostronna polityka internowania oraz sądów kapturowych przyniosła fatalne skutki polityczne w Irlandii Północnej, gdzie zantagonizowała wspólnotę katolicką, wyraźnie „nakręcając” rekrutację do IRA. 
Sam pomysł internowania, a więc długotrwałego pozbawienia wolności bez procesu, należy do bardziej drakońskich rozwiązań. „To naruszenie praw, do których obrony demokratyczne rządy są przecież powołane” – zagrzmieli krytycy, gdy opublikowano projekty zmian legislacyjnych. Istotne jest też powiązanie systemów prawnych poszczególnych państw z konwencjami międzynarodowymi. I tak władze w Londynie, chcąc posłużyć się internowaniem w walce z Al-Kaidą, muszą czasowo zawiesić „podpis” pod V artykułem Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który zabrania deportacji uchodźców do krajów pochodzenia, jeśli miałoby tam im grozić torturowanie lub śmierć oraz uznaje za bezprawne przetrzymywanie podejrzanych o terroryzm, jeżeli władze nie zamierzają ich deportować ani wytaczać im sprawy. Według rządu w Londynie to klasyczny „paragraf 22”: „W przypadku zagrożenia ze strony cudzoziemców, którzy uzyskali w naszym kraju azyl albo o niego występują, mamy związane ręce”. Władze podkreślają, że chodzi jedynie o wąską grupę kilkunastu osób, wobec których przewiduje się postulowaną sankcję. Lecz przeciwników internowania to nie przekonuje: czy nie lepiej zaostrzyć wobec podejrzanych nadzór policyjny? Propozycja internowania godzi w fundamentalną dla Brytyjczyków zasadę „habeas corpus”. 
Proponowany przez brytyjskiego ministra spraw wewnętrznych pakiet nakłada też na firmy internetowe obowiązek dostarczania policji informacji na temat poczty elektronicznej, co kłóci się z prawem do prywatności. Minister David Blunkett ripostuje, że jego pomysły są adekwatną odpowiedzią na realne zagrożenia, rzecznik zaś Downing Street, nie kryjąc irytacji głosami krytyków, deklarował: „Zamkniemy Wielką Brytanię dla terrorystów podejmując te działania, które będą konieczne. Pewnym ludziom może się to nie podobać, my jednak jesteśmy zdeterminowani i znajdziemy właściwą równowagę między prawami człowieka, a prawem społeczności do życia wolnego od terroru”. 
Jaka przyszłość czeka system prawny Brytyjczyków po 11 września i interwencji w Afganistanie? Czy w państwie prawa naprawdę realne jest zagrożenie wszechmocą jego agend? Czy w XXI wieku nie nabierze nowego, makabrycznego sensu anegdota o Hitlerze: nagabywany o perspektywę ćwierćwiecza wojny partyzanckiej na podbitych terytoriach przywódca III Rzeszy miał powiedzieć, że nic lepszego nie mogłoby Niemiec spotkać, gdyż zmusiłoby to kraj do stanu permanentnej gotowości. Niedawna debata w Izbie Gmin nie pozostawia złudzeń przeciwnikom proponowanych zmian – 458 deputowanych poparło rządowy projekt, 5 było przeciw. Niespodziankę może jeszcze sprawić Izba Lordów, ale eksperci twierdzą, że nowa ustawa wejdzie w życie przed Bożym Narodzeniem. I dopiero wtedy przekonamy się, czy jej zasięg będzie w praktyce tak ograniczony, jak to sugerował minister Blunkett, czy też Brytyjczycy zapłacą za zwycięstwo w wojnie z terroryzmem erozją tradycyjnych swobód. I to bez żadnych gwarancji, że zwycięstwo przywróci im prawa, których się dziś wyrzekają. 

Tadeusz Jagodziński

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl