Komentarze do „Traktatu Teologicznego” Czesława Miłosza

Samotność poety w wierze

WACŁAW HRYNIEWICZ OMI

 

Może gorzka to prawda, że „katolickie dogmaty są jakby parę centymetrów za wysoko”. Trudności poety są trudnościami wielu ludzi zastanawiających się nad swoją wiarą. Płycizna jest wrogiem wiary dojrzałej i przemyślanej.

W 1950 roku niemiecki teolog i filozof Romano Guardini opublikował książkę pt. „Koniec nowożytności. Próba orientacji”. Była to niezwykle wnikliwa analiza współczesności, dokonana krótko po katastrofie II wojny światowej. Już wówczas nie wahał się pisać o końcu epoki nowożytnej, o przemianach w rozumieniu człowieka, kultury i religijności. Na ostatnich stronach swej książki zastanawiał się nad przyszłością chrześcijaństwa.
Chrześcijaństwo przestało być czymś oczywistym i samo przez się zrozumiałym w świecie coraz bardziej zróżnicowanym i niespokojnym. Guardini wyczuwał przed laty, że bycie chrześcijaninem będzie wymagało coraz więcej odwagi i zaufania. Dla wielu chrześcijaństwo, z istoty swej eschatologiczne, stanie się kamieniem obrazy i zgorszenia. Będzie to czas wielkich możliwości i najwyższych zagrożeń, czas podejmowania ostatecznych decyzji. Rozważając eschatologiczne teksty Pisma Świętego, myśliciel napisał przejmujące słowa. Jest w nich zarówno diagnoza sytuacji, jak i prognoza przyszłości: „Samotność w wierze będzie straszna. Miłość zniknie z ogólnego zachowania w świecie (Mt 24,12). Nie będzie już rozumiana ani praktykowana. Stanie się tym cenniejsza, kiedy iść będzie od samotnego do samotnego...”.
Trudno wyrokować, w jakiej mierze słowa te spełniają się dzisiaj w życiu chrześcijan. Sam fakt osamotnienia w wierze daje często o sobie znać. Niech każdy zajrzy we własne wnętrze. Czytając „Traktat teologiczny” Czesława Miłosza przypomniałem sobie o diagnozie Guardiniego...

ból codziennego doświadczenia

Poeta nie kryje swoich myśli i uczuć. Można mu zawierzyć. Jego „Traktat” jest wielowątkowy, bogaty w doświadczenie całego życia i osobiste wyznania. To prawda: „Takiego traktatu młody człowiek nie napisze”! A został napisany „po wielu próbach”. Błogosławione obwodnice, takie jak ta do San Francisco i Sacramento, na których poecie przychodzą nieoczekiwanie takie pomysły! Nie zmarnował inspiracji, odkładanej przez lata. Czy tylko chciał złożyć życiu akt dziękczynienia? Czy tylko chciał „okupić swój grzech samolubnej pychy”? On sam wie najlepiej. W innym miejscu traktatu nazywa siebie przecież tylko „jednodniowym mistrzem”. Myślę, że chciał również podzielić się swym niełatwym i niejednoznacznym doświadczeniem wiary.
Poeta może czuć się osamotniony w swojej wierze. Nie tylko zresztą on. Teologowie, z którymi często dialoguje i którym czyni wyrzuty za nadmiar pewności, nie chodzą na co dzień w „fiolecie swojej togi”. Oni także mają swoje rozterki i wątpliwości. Teolog może powiedzieć z ręką na sercu, tak jak poeta: „Nie jestem i nie chcę być posiadaczem prawdy”. Nie musi zawsze śpiewać unisono ani „szczebiotać o słodkim dzieciątku Jezus na sianku”. Jemu także nie jest obce „wędrowanie po obrzeżach herezji”. Myśl odważna nie lęka się takiej wędrówki. Zresztą czy to, co tak chętnie nazywają mianem herezji, jest nią rzeczywiście?
Pragnienie wiary trwa żywe w poecie. Tak jak „chęć pozostania wiernym” wobec niedocieczonej intencji niezwykłych boskich interwencji. Jak zatem znaleźć „miejsce środkowe między abstrakcją a zdziecinnieniem, żeby można było rozmawiać poważnie o rzeczach naprawdę poważnych”? I o prawdzie, i o „sensie, niemożliwym bez absolutnego punktu odniesienia”? O pojawieniu się dobra i zła w przed-świecie, o buncie aniołów i grzechu pierworodnym, o Chrystusie, który „przybrał ciało i umarł, żeby nas oswobodzić od prometejskiej pychy”, o sensie religii i chrześcijaństwie, o nieszczęściu i cierpieniu, o trudnościach wiary w duszę nieśmiertelną, o śmierci i sprawach ostatecznych „po tamtej stronie”? Tyle pytań, tyle spraw niedocieczonych.
Poezja godna tego miana nie jest wolna od eschatologicznego niepokoju. Nawet nie pytany poeta wyznaje: „Nie z frywolności, dostojni teologowie, zajmowałem się wiedzą tajemną wielu stuleci – ale z bólu serdecznego, patrząc na okropność świata. Jeżeli Bóg jest wszechmocny, może na to pozwalać, tylko jeżeli założymy, że dobry nie jest. Skąd granice jego potęgi, dlaczego taki a nie inny jest porządek stworzenia...”? I to widowisko, jakim jest życie, „kończące się nie tyle opadnięciem kurtyny, ile gromem z jasnego nieba”. A gromem tym śmierć, „ogromna i niezrozumiała”, co wydaje się „niestosowną karą dla nieszczęsnych lalek, za ich gry samochwalstwa i wiarołomne sukcesy”. Rozumiem szczerość poety, gdy wyznaje: „Myślę o tym ze smutkiem, siebie widząc pośród uczestników zabawy. I wtedy, przyznaję, trudno mi wierzyć w duszę nieśmiertelną”.
Wyznanie sięga jeszcze dalej: „Tak naprawdę nic nie rozumiem, jest tylko ekstatyczny taniec, drobin wielkiej całości. Rodzą się i umierają, taniec nie ustaje, zakrywam oczy, broniąc się od natłoku biegnących do mnie obrazów”. A przecież i on w innym miejscu „Traktatu” sam daje zgoła inną odpowiedź: „Kto pokłada ufność w Jezusie Chrystusie, oczekuje Jego przyjścia i końca świata, kiedy pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminą i śmierci już nie będzie”. To jednak odpowiedź wiary i głos nadziei, a nie ból codziennego doświadczenia.

być samotnym w wierze?

Samo pytanie może dla wielu wydawać się gorszące. Wszyscy rozmiłowani we wspólnotach mniejszych lub większych gotowi wykrzyknąć z oburzeniem, że to nieprawda, że nikt nie jest samotną wyspą. Śpieszę z wyjaśnieniem, że istnieją różne rodzaje chrześcijańskiej samotności w świecie takim, w jakim żyjemy. Najczęściej bywa tak, że przenikają się one wzajemnie i nie należy ich od siebie w rzeczywistości oddzielać.
Jest to najpierw pewien rodzaj samotności w obliczu tajemnicy „Boga ukrytego” (Iz 45,15). Świadczą o niej doznania mistyków i wielkich postaci w dziejach chrześcijaństwa. Każdy musi odnaleźć siebie w bezpośredniej relacji do Boga, w głębi własnego serca. Fakt, że żyjemy we wspólnocie wiary z innymi ludźmi bynajmniej tej bezpośredniej relacji nie usuwa. Wierzę, że każdego Bóg wzywa po imieniu. Człowiek wierzący musi na to wezwanie odpowiedzieć również we własnym imieniu. W tej bezpośredniej relacji nikt nie może drugiego zastąpić. To jego odpowiedzialność, jego sumienie, jego decyzje. Każdy pisze życiem dzieje własnej miłości i własnej winy. Droga doświadczeń jednego człowieka nie jest drogą innego. Nie można przeżyć życia zamiast kogoś innego. Każdy ma własną drogę. To, co najważniejsze, dokonuje się wewnątrz, w samotności bezpośredniej relacji do Boga.
Czy nie jest to pewnego rodzaju samotność? Krąg tej samotności może się niepomiernie poszerzyć, kiedy wierzący dostrzega sprzeczność swoich najgłębszych przekonań z doktryną i praktyką wspólnoty, do której przynależy. Jeżeli w dodatku wypowiada swoje poglądy, naraża się na podejrzenie, nieufność, oskarżenie o brak lojalności lub ortodoksji. Poświadczają to konflikty i napięcia w dzisiejszym Kościele. Samotność człowieka przed obliczem Boga staje się wówczas jeszcze większa, zwłaszcza wtedy, gdy zachwieje się w nim lub osłabnie wiara w Boga miłującego, dobrego, troskliwego i miłosiernego. Wbrew pozorom jesteśmy istotami kruchymi i „ranliwymi”. Czy pamiętają o tym stróżowie czystości wiary?
Może to i gorzka prawda, że „katolickie dogmaty są jakby parę centymetrów za wysoko”. Może to rzeczywiście tak, że „wspinamy się na palce i wtedy przez mgnienie wydaje się nam, że widzimy”. A przecież największe tajemnice wiary, „opancerzone przeciw rozumowi”, wymykają się łatwym wyjaśnieniom. Trudności poety są trudnościami wielu ludzi zastanawiających się nad swoją wiarą. Płycizna jest wrogiem wiary dojrzałej i przemyślanej. Rozumiem poetę, gdy nie chce sprzymierzyć się z „wrogami Oświecenia, którzy słyszą diabła przemawiającego językiem liberalizmu i tolerancji dla wszelkich innowierców”. Teologowie zbyt łatwo powołują się na niedoskonałość ludzkiego języka w obliczu tajemnicy. W ten sposób można usprawiedliwić także niechęć i brak odwagi do samodzielnego myślenia. Poszukiwać jednak trzeba. Nie jesteśmy ludźmi ostatecznego widzenia prawdy. Ostateczne zdumienie w jej obliczu odłożone jest na później. Tak głosi chrześcijańska nadzieja.
Nie potrafię podzielać skłonności poety do „ciemnej tonacji”, „do szczególnej, niemal manichejskiej, odmiany chrześcijaństwa”. Może to skutek tego, że jak sam wyznaje, zaznał „prawdziwych, nie urojonych tragedii”: „tym trudniejszych do znoszenia, że nie czułem się niewinny”. Nie tęsknię za czasem, kiedy straszono piekłem i strachem trzymano ludzi przy wierze. Ten czas przeminął.
Miłosz stwierdza, że „chrześcijanie stracili wiarę w surowego Sędziego, który skazuje grzeszników na kotły z wrzącą smołą”. Tak przecież kiedyś uczono, nie zdając chyba sobie sprawy z tego, że bluźnierstwem jest przypisywanie Bogu tych okrucieństw, które wymyśla ludzka wyobraźnia. Poeta nie wyklucza, w poczuciu własnych win, swego pójścia do „Piekła artystów”, ale w jego twórczości są przecież inne myśli, choćby nie wyrażone precyzyjnie do końca. W ostatniej części poematu „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” pisał: „Należę jednak do tych, którzy wierzą w apokatastasis./ Słowo to przyobiecuje ruch odwrotny, Nie ten co zastygł w katastasis, / I pojawia się w Aktach Apostolskich 3,21. / Znaczy: przywrócenie. Tak wierzyli święty Grzegorz z Nyssy, / Johannes Scotus Eriugena, Ruysbroeck i William Blake”. Gdzie indziej, m.in. w „Ziemi Ulro” oraz w rozmowach „Podróżny świata” zastrzegał się, iż nie chce być „zanadto dokładny”; dystansował się od poglądów Orygenesa i Grzegorza z Nyssy o zbawieniu szatana. Pod tym względem o wiele bliższy jest mi Stanisław Vincenz, zwłaszcza w chasydzkim opowiadaniu o nawróceniu szatana pt. „Sámael w niebie” („Na wysokiej połoninie”), gdzie padają słowa: „Pan jest niespodzianką ponad nadzieją, wbrew nadziei, na samym końcu szlaku tęsknoty”, że „cudem jeszcze większym będzie koniec niż stworzenie”.
Miłosz ma wiele zrozumienia dla ludzkiego poszukiwania i błądzenia. W „Traktacie” z dużą sympatią odnosi się kilkakrotnie do mistycznych spekulacji Jakuba Böhme o „ciemnej stronie samego Bóstwa”. Uważa, że „błędy i dziecinne pomysły poszukiwaczy tajemnicy powinny być wybaczane”. Jak każdy myślący człowiek ma swoje wewnętrzne przekonania, swoją „prywatną religię”, która nierzadko oddala go od „religii obrzędu”.
Nie szczędzi słów krytycznych pod adresem pewnych przejawów religijności, także polskiej, rzadko refleksyjnej, zamiłowanej w obrzędowości: „Moi polscy współwyznawcy lubili słowa kościelnego obrzędu, ale nie lubili teologii”. Poeta chce uniknąć tego, co nazywają „spokojem wiary, a co jest po prostu samozadowoleniem”. Szczerze wyznaje, że choć przywykł zwracać się o pomoc do Matki Boskiej, z trudem Ją rozpoznawał w „Bóstwie wyniesionym na złoto ołtarzy”. Nawet w Lourdes nie było mu dane zapomnieć, że przybywa z kraju, gdzie Jej sanktuaria „służą umacnianiu narodowej ułudy” i uciekaniu się pod obronę „przed najazdem nieprzyjaciela”. A więc nawet na obcej ziemi obecność zamącona jest „obowiązkiem poety, który nie powinien schlebiać ludowym wyobrażeniom”. Niech inni rozstrzygają, czy i na ile słuszne to zarzuty. Ja tylko o nich wspominam.

Cierpienie z powodu Kościoła

W sytuacji podejrzeń i nieufności samotność chrześcijanina przed Bogiem nie jest łatwa do znoszenia. W dodatku wystawiony jest również na krytykę wiary pochodzącą z zewnątrz – na zarzut, że trzymając się wiary marnuje jedynie swoje życie. Słyszy wiele głosów ludzi niewierzących, nie dostrzegających w ogóle sensu wiary. Poeta mówi: „Na próżno w Dzień Zaduszny chcemy usłyszeć głosy z ciemnych podziemnych krain, Szeolu, Hadesu. Jesteśmy igrające króliczki, nieświadome, że pójdą pod nóż. Kiedy zatrzyma się serce, następuje nic, mówią moi współcześni wzruszając ramionami”. Pokusa nihilizmu nie jest wydumanym straszakiem.
Samotność wierzącego w jego bezpośredniej relacji do Boga nie jest raz na zawsze zabezpieczona przed pokusą niewiary. To, co dzieje się w otaczającym świecie, jakże często do wiary nie nakłania. Wręcz przeciwnie – zdaje się przeciwko niej świadczyć. Ogrom cierpienia, okrucieństwo i przemoc, zwłaszcza wtedy, gdy bezpośrednio dotykają konkretną osobę, wywołują niejedno pytanie o sens takiego istnienia oraz o obecność Boga w świecie. Zbyt wiele doświadczeń zdaje się przeczyć świadectwu Biblii, że „Duch Pański... wypełnia ziemię” i jest „Tym, który ogarnia wszystko” (Mdr 1,7), a więc świat ludzi i ludzkie dzieje (w Septuagincie pojawia się tu słowo oznaczające cały zamieszkany świat) oraz całą przyrodę. Samotność w wierze może być tym bardziej dotkliwa i bolesna.
Nie jest to wszakże jedyny rodzaj samotności chrześcijanina. Istnieje również pewna samotność wierzących w Kościele. Nie należy wstydliwie przemilczać tego faktu w imię wzniosłej, teologicznej wizji wspólnoty Ludu Bożego. To ten sam Kościół, który nieustannie celebruje misterium Paschy Chrystusa i przyzywa Ducha Świętego. Ten sam Kościół, w którym są ludzie święci i grzesznicy. Kościół, który głosi Ewangelię, a wciąż za nią nie nadąża. Kościół, który potrzebuje nieustannej reformy i odnowy. Kościół, który głosi szacunek dla życia i każdego człowieka, a potrafi ranić swoje własne dzieci. Cierpienie z powodu Kościoła ma swoje długie dzieje. Zawsze niosło ono z sobą doświadczenie osamotnienia, zniechęcenia, niezrozumienia, braku uznania i zagubienia.
Poeta nawołuje: „Miejcie zrozumienie dla ludzi słabej wiary. Ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę”. Szuka pokrzepienia, jak sam wyznaje, „w modlącym się tłumie”. Widzi w tym pewne lekarstwo na swój własny sceptycyzm: „Ponieważ oni wierzą, pomagają mi wierzyć w ich własne istnienie, istot niepojętych. (...) Pod swoją brzydotą, piętnem ich praktyczności, są czyści, w ich gardłach, kiedy śpiewają, pulsuje tętno zachwytu. (...) Naturalnie, jestem sceptyczny, ale razem śpiewam, pokonując w ten sposób przeciwieństwo pomiędzy prywatną religią i religią obrzędu”.

współczucie dla mieszkańców ziemi

Doświadczenie osamotnienia i niezrozumienia skłania dziś wielu wierzących do szukania czegoś głębszego, większego braterstwa i ciepła, w mniejszych wspólnotach, stowarzyszeniach i grupach, a nawet w innych religiach. Kościół nie istnieje jako rzeczywistość abstrakcyjna. Wzrasta, dojrzewa, owocuje lub marnieje w sercach konkretnych ludzi. Nie zawsze jest w nim miejsce na „radość i nadzieję” (gaudium et spes). Dlatego codziennie musi wyznawać swoje własne winy.
Dzieje osamotnienia w Kościele nadal pisane są w konkretnych życiorysach ludzi wierzących, oddanych Kościołowi, lecz często nie rozumianych. To nie przypadek, że wielu ludzi, także chrześcijan, szuka inspiracji w innych religiach i praktykach religijnych. Dlaczego chrześcijańska Eucharystia nie zaspokaja potrzeby braterstwa i wspólnoty? Dlaczego nie jest w stanie przezwyciężyć, a przynajmniej osłabić poczucia samotności? Dlaczego w tak małym stopniu tworzy atmosferę wzajemnej życzliwości, przyjaźni i bliskości na co dzień?
Miłosz pisze: „Chrześcijaństwo niech nie udaje, że jest przyjazne światu, skoro widzi w nim grzech pożądania...” Czy nie za mało w nas rozumienia ludzi i współczucia dla ich doli? Poeta przypomina, że filozof pesymizmu, Schopenhauer, „w chrześcijaństwie i buddyzmie znajdował rys wspólny, współczucie dla mieszkańców ziemi”. Wysuwa nawet myśl, że „religię bierzemy z naszego litowania się nad ludźmi. Są za słabi, żeby żyć bez boskiej opieki. Za słabi, żeby słuchać zgrzytliwego obrotu piekielnych kół”. Jeśli nawet nie tylko taki jest początek religii, jeśli nawet wyrasta ona nie tylko z przerażenia w obliczu świata, rola wzajemnego współczucia jest niezastąpiona. „Kto z nas pogodzi się z wszechświatem bez jednego głosu Współczucia, litości, zrozumienia? Człowieczeństwo oznacza zupełną obcość pośród galaktyk. Dostateczny powód żeby wspólnie z innymi wznosić świątynie niewyobrażalnego miłosierdzia”. Jakże bliskie są mi te słowa! Jest w nich odpowiedź na dzisiejsze debaty o potrzebie dialogu, zrozumienia, sprawiedliwości i globalnego etosu życia na naszej wspólnej Ziemi.
Chrześcijaństwo było, jest i chyba pozostanie mniejszością w dziejach świata. Fakt ten decyduje o pewnym osamotnieniu chrześcijan w skali całego globu. Może niepokoić. Nie wykluczone, że w przyszłości będzie to tylko chrześcijaństwo diaspory. Z drugiej strony trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że ekumenia boska jest większa niż granice Kościoła. Bóg nie staje się mniejszy wskutek tego, że chrześcijanie stanowią mniejszość. Bóg ma różne sposoby i różne drogi zbawiania ludzi. Chrześcijanie zdani są na dialog z innymi religiami i światopoglądami. A jest to zadanie niełatwe.

Błogosławiona nadzieja

Wszyscy odchodzimy w końcu w Nieznaną Krainę. Mamy tylko doświadczenie tego, co jest po naszej stronie. „Po tamtej stronie żadnej rzeczy, którą moglibyśmy zobaczyć, dotknąć, usłyszeć, posmakować. Wybieramy się tam, ociągając się, niby emigranci nie oczekujący szczęścia w dalekich krajach wygnania”. Jakże dosadne i świeże jest to porównanie!
Wiara zapewnia, że Bóg prawdziwie przenika wszystko, co istnieje, i troszczy się o los ludzi. Wiara mówi językiem nadziei. Lepszego, mądrzejszego i piękniejszego języka tutaj na ziemi nie posiada. Nie można od niej wymagać całkowitej oczywistości, gdyż wówczas przestałaby być wiarą. Nadzieja jest obroną przeciwko samotności w wierze. To ona zapewnia o ostatecznym zwycięstwie dobra w całym stworzeniu. Kiedy Bóg obiecuje: „Oto czynię wszystko nowe”, są to „słowa wiarygodne i prawdziwe” (Ap 21,5). Do Boga należy ostatnie słowo. Trzeba słowu temu zaufać. Innej i pewniejszej drogi chrześcijanin nie zna. Błogosławiona nadzieja!

Autor jest teologiem, kierownikiem Instytutu Ekumenicznego KUL, stałym współpracownikiem „TP”. Ostatnio wydał „Nad przepaściami wiary” (Wydawnictwo ZNAK).

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl