Votum separatum

Nie oszukujmy się

JÓZEFA HENNELOWA

 

N ie pojmę, dlaczego Sejm in gremio słuchał przez czterdzieści minut obelg człowieka, którego za chwilę miał odwołać z jednego z najpoważniejszych stanowisk w państwie za zachowanie notorycznie stanowisku temu ubliżające. Posłowie, którzy podpisali wniosek o odwołanie, siedzieli jak trusie na swoich miejscach, milcząco łykając najpaskudniejsze inwektywy pod adresem swoich klubów i swoich kolegów partyjnych, i nikomu nie przyszło na myśl, żeby po prostu gremialnie wstać i wyjść, pozostawiając autora smutnej awantury tylko z własnymi zwolennikami. Już nie wspomnę o tych posłach, którzy od dłuższego czasu przekonywali, że to poniewierające Sejm zachowanie nie interesuje ich w ogóle, bo jest sprawą tylko tych, którzy popierali rzeczonego kandydata na posła a potem wicemarszałka – a byli to ludzie z partii zawsze mającej pełne usta patetycznych odwołań do wartości najwyższych – tyle że te wartości, okazało się, funkcjonują wybiórczo (na przykład obelga pod adresem przeciwnika jest do zaakceptowania). W czwartek 29 listopada oglądaliśmy Sejm sparaliżowany tym rodzajem bierności, którego nie sposób pojąć – i który na przyszłość też dobrze nie wróży, niezależnie od decyzji o odwołaniu rzeczonego sprawcy, którą wreszcie udało się podjąć. 
Mówiąc o przyszłości źle wróżącej, mam na myśli używany bardzo szeroko argument, że budzące najwyższy niepokój zachowanie lidera Samoobrony ma korzenie tylko i wyłącznie w krzywdzie społecznej na skalę coraz szerszą. Takie stawianie sprawy legitymizuje właściwie wszystko: każdy rodzaj protestu, każdą destrukcję, każde roszczenie. I jest samooszukiwaniem się. Udawaniem, że w ludziach tkwi tylko i wyłącznie poczucie sprawiedliwości, a zatem przy jej braku tylko oczywiste i usprawiedliwione poczucie krzywdy. Że nie ma takiego zjawiska jak pazerność, samousprawiedliwianie i zwyczajna agresja sprawiająca satysfakcję osobistą, bo odwołująca się do tego, co w człowieku niskie i małe. Stąd przecież tak łatwo ludzie wierzą kalumniom, niemal każde oskarżenie traktując jako wystarczający dowód. Stąd przecież nadużywanie wszelkich przywilejów i ulg, usprawiedliwiane subiektywnie, bo człowiek zawsze uwierzy, że należy się mu jeszcze i jeszcze więcej. Stąd wreszcie niechęć do poznawania czegokolwiek głębiej i racjonalniej, co mogłoby podsuwać trudniejsze, ale mądrzejsze i bardziej skuteczne postawy. Przed wyborami ktoś stwierdził, a prasa zacytowała: „jak mi ci ministrowie tłumaczą, to nie rozumiem nic, a jak on (tu padało znane nazwisko lidera) powie, kto ukradł, to przynajmniej wszystko jest jasne”. Można oczywiście przyjąć taką receptę socjotechniki, ale trzeba sobie wtedy powiedzieć, że oznacza to eskalację niezadowolenia bez wyjścia i bez końca. 
Jeden tylko przykład. Opublikowano niedawno w prasie listę milionerów w Sejmie. Jest ich sporo, a w partii wciąż przemawiającej w imieniu najbardziej krzywdzonych – szczególnie wielu. Są wśród milionerów rolnicy z sześciocyfrowymi kontami i gospodarstwami liczonymi w milionach. A wszyscy oni partycypują w świadczeniach ubezpieczenia rolniczego, fundowanych z budżetu, tak bowiem skonstruowana jest ustawa o KRUS. Co to ma wspólnego z biedą, której trzeba pomagać? 


Józefa Hennelowa


 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl