Papież, rozwody i prawnicy
JAN WOLEŃSKI
Czy małżeństwo jest nierozerwalne z natury? Nauka Kościoła daje pozytywną odpowiedź na to pytanie. Dał temu wyraz Jan Paweł II w przemówieniu do Roty Rzymskiej z 28 stycznia. Z papieskim wystąpieniem oraz z komentarzem do tego wystąpienia opublikowanym zez ks. Adama Bonieckiego („TP” nr 6/2002)
polemizuje Jan Woleński, profesor filozofii UJ, z wykształcenia prawnik.
Publikujemy również tekst ks. Remigiusza Sobańskiego, profesora prawa kanonicznego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Uniwersytetu Śląskiego, przedstawiający naukę Kościoła o nierozerwalności małżeństwa.
Wystąpienie Jana Pawła II z 28 stycznia 2002 r. do sędziów Trybunału Roty Rzymskiej wywołało spore poruszenie. Cóż takiego oświadczył Jan Paweł II? Poruszył nie po raz pierwszy kwestię rozwodów. Uznał je, też nie po raz pierwszy, za zło zagrażające podstawom życia społecznego. Padły słowa o mentalności i cywilizacji rozwodowej adresowane nie tylko do katolików, ale do wszystkich. Wezwał prawników, by w miarę możliwości nie uczestniczyli w procedurach rozwodowych. Podkreślił, że sędziom jest trudno zadośćuczynić temu postulatowi i wezwał ich do przekonywania stron procesów rozwodowych do poniechania zerwania małżeństwa. Bardziej kategoryczne było wezwanie do adwokatów. Papież postuluje, aby nie angażowali się w sprawy rozwodowe.
Konsekwencje papieskiego apelu
Nie jest całkowicie jasne, czy apel papieski był skierowany tylko do katolickich sędziów i adwokatów, czy też do wszystkich przedstawicieli tych profesji, niezależnie od wyznania. Mniejsza jednak o to. Sytuacja sędziego na tym polega, że nie może odmówić sądzenia sprawy i powiedzieć np. tak: ponieważ moje sumienie nie pozwala mi udzielać rozwodu, proszę udać się do innego sędziego. Papież zdaje się to rozumieć, o czym świadczy uwaga, że sędziemu trudno jest odmówić udziału w postępowaniu sądowym. Wszelako nie „trudno”, ale jest to wykluczone z uwagi na zasady prawne, a nie tylko ze względu na sumienie (ks. Adam Boniecki w tegorocznym 6. numerze „Tygodnika Powszechnego” powiada, że zdaniem Jana Pawła II właśnie przez sumienie). Sędzia może ewentualnie zmienić zawód czy starać się o pracę w innym wydziale (to zaleca przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa), ale dopóki pracuje tam, gdzie rozpatruje się sprawy rozwodowe, nie może odmówić ich sądzenia i wydawania wyroków.
Papież wyważa niejako otwarte drzwi, gdy apeluje do sędziów o namawianie ludzi do wycofania pozwów rozwodowych, bo trzeba to czynić w większości procedur (w Polsce pierwsza rozprawa w sprawie rozwodowej ma obligatoryjnie charakter pojednawczy). Oczywiście zawsze można twierdzić, że sędziowie mogą energiczniej naciskać na strony, by rezygnowały z rozwodów, ale owo „energiczniej” jest trudne do oszacowania. Lepiej więc nie występować wobec sędziów z apelami, które nie są zbyt jasne. To na pewno nie przynosi pożytku wymiarowi sprawiedliwości.
Przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa sędzia Włodzimierz Olszewski w swym komentarzu zaznaczył, że sędzia (miał na myśli Polskę, ale sytuacja jest oczywiście ogólna) podlega tylko i wyłącznie konstytucji, ustawom i sumieniu. Ponieważ konstytucja jest jedną z ustaw, wystarczy powiedzieć, że sędzia podlega ustawom i sumieniu. Łącznie, a nie z osobna ustawie, a z osobna sumieniu. Sumienie nie może przekreślić ustawy, a ustawa sumienia. Sprawa rozwodowa, jak każda inna, podlega określonej procedurze, a rozwód jest orzekany stosownie do takich lub innych warunków ustawowych. Sumienie sędziego nie jest władne uchylić ani warunków proceduralnych, ani materialnych (np. ustalających, że trwały i zupełny rozkład pożycia małżeńskiego uzasadnia orzeczenie rozwodu).
Ktoś jednak może powiedzieć, że sędzia winien słuchać sumienia wtedy, gdy ustawa jest zła. Tego wszelako papież nie wymaga, przynajmniej wedle litery tego, co powiedział 28 stycznia. Ale jego słowa mogą być tak właśnie interpretowane (por. moje uwagi końcowe). Trzeba sprawę postawić jasno. Przemówienie papieża dotyczy sędziów w państwie prawa, więc w kulturze prawnej, w której konflikty pomiędzy ustawą a sumieniem są raczej wyjątkowe. Wszelkie apele skierowane wobec sędziów działających w takiej sytuacji, że współdziałają ze złem, a tak to jest interpretowane, gdy orzekają rozwody, są w istocie rzeczy działaniami przeciwko powadze wymiaru sprawiedliwości, a więc jednej z fundamentalnych gwarancji ładu społecznego. I to jest główny negatyw słów papieża w tym zakresie, w jakim zostały skierowane do sędziów. Mogą też wywołać konflikty w środowisku sędziowskim, gdy jedni będą rozumieć wezwania Jana Pawła II bardziej radykalnie, a drudzy mniej. Pewność i jednolitość judykatury (jeszcze raz powtarzam, w państwie prawa, a nie gdziekolwiek) są wartościami, które trudno przecenić
Adwokat może odmówić pomocy prawnej, jeśli ma ku temu słuszne powody. Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej mec. Stanisław Rymar zauważył, że jej udzielenie jest etycznym obowiązkiem każdego członka palestry. Przypuśćmy, że adwokaci posłuchają papieża i zaczną odmawiać swej pomocy w sprawach rozwodowych. Po pierwsze, trudno oczekiwać, że tak będą postępować wszyscy, a nawet większość. Po drugie, zapewne brak pomocy ze strony adwokata nie odwiedzie zbyt wielkiej ilości osób od dążenia do rozwodów, a na pewno skomplikuje i skonfliktuje przebieg procesów, ponieważ częste będą przypadki, gdy przynajmniej jedna ze stron zostanie pozbawiona możliwości skorzystania z fachowej pomocy prawnej. Po czwarte, apel Jana Pawła II, o ile znajdzie posłuch, będzie działał przeciwko ludziom biednym, gdyż wzrosną ceny usług prawnych przy rozwodach (zgodnie z prawem popytu i podaży na nie). I w tym przypadku należy oczekiwać negatywnych skutków w środowisku adwokackim, w szczególności niezdrowej rywalizacji. A dlaczego tylko apelować do sędziów i adwokatów? Niech np. notariusze nie uczestniczą w dzieleniu wspólnego majątku rozwodników, a i dla innych profesji prawniczych (i innych) też na pewno znajdą się jakieś działania antyrozwodowe. Myślę jednak, że prawnicy niezbyt przejmą się wezwaniami Jana Pawła II z 28 stycznia, chociażby dlatego, iż zbyt wielu innych ludzi zajmuje w tej kwestii stanowisko niezgodne z papieżem.
Trwałość czy nierozerwalność?
Apel Jana Pawła II do sędziów i adwokatów jest bagatelizowany przez środowiska katolickie. A to dlatego, że był rzekomo adresowany tylko do sędziów Roty Rzymskiej lub dlatego, że główna treść papieskiego przemówienia dotyczyła sprawy nierozerwalności małżeństwa. Pierwsze wyjaśnienie jest dziwaczne, bo Rota Rzymska nie udziela rozwodów i nie byłoby po co zwracać się do niej w tej materii, a drugie nie usprawiedliwia papieskiej interwencji w sprawy świeckiego wymiaru sprawiedliwości, o ile ten stosuje obowiązujące prawo przewidujące rozwód. Ale skoro kwestia akcentów wystąpienia Jana Pawła II została poruszona, to zajmijmy się także nierozerwalnością małżeństwa. Papież jej broni z powołaniem się na kanon 1056 Kodeksu Prawa Kanonicznego: „Istotnymi przymiotami małżeństwa są jedność i nierozerwalność, które w małżeństwie chrześcijańskim nabierają szczególnej mocy z racji sakramentu”. Ks. Boniecki powiada, że „nierozerwalność więc jest rozumiana jako przymiot wynikający z samej istoty małżeństwa i natury ludzkiej”. Skoro istota małżeństwa została tak określona, że jest ono nierozerwalne, to nierozerwalność jest jego przymiotem esencjalnym. Jest to w gruncie rzeczy konstatacja trywialna, bo wynikająca z definicji. Gdy ktoś zdefiniuje małżeństwo jako rozerwalne, to taka też będzie jego istota. Inny charakter ma nierozerwalność jako przymiot wynikający z natury ludzkiej. Znaczy, że ów przymiot związku małżeńskiego jest elementem prawa naturalnego.
Otóż to ostatnie jest nadzwyczaj wątpliwe. Gdyby było tak, jak twierdzi ks. Boniecki, to nierozerwalność obowiązywałaby powszechnie. Tymczasem jest ona charakterystyczna jedynie dla katolickiego rozumienia małżeństwa. Katolików jest zaś 18 proc. ludności świata. A wiadomo, że co najmniej 50 proc. wyznawców tej religii akceptuje rozwody. Tedy wychodzi na to, że prawem naturalnym jest to, co około 9 proc. ludzkości (faktycznie, przedstawiciele tej zbiorowości) za nie uważa. Stanowczo za mało. Godzi się przy tym zauważyć, iż kanon 1056 uzurpuje sobie prawo do definiowania małżeństwa chrześcijańskiego całkowicie bezpodstawnie. Protestantyzm i prawosławie dopuszczają rozwody, a to znaczy, że małżeństwa w tych religiach jako rozerwalne nie są chrześcijańskie, przynajmniej w świetle prawa kanonicznego. Oczywiście, Kościół, ustami swoich przedstawicieli, może utrzymywać, że to właśnie tylko on ma Wiedzę o Prawie Natury, a inni trwają w Błędzie, ale trudno liczyć, że takie postanowienie zyska powszechną aprobatę, nawet wśród samych katolików, ponieważ nie wyraża wiedzy o prawie natury, czymkolwiek ono jest. W każdym razie kontrast pomiędzy prawno-naturalnym charakterem nierozerwalności małżeństwa z jednej strony i takimż statusem zasady „Nie zabijaj” jest uderzający, gdy powszechność jest brana pod uwagę.
Nierozerwalność małżeństwa jest również broniona ze względu na jej wartość społeczną. Kościół katolicki myli jednak dwie rzeczy, mianowicie trwałość małżeństwa i jego nierozerwalność. Ochrona trwałości rodziny była zawsze jednym z celów normalnego ładu społecznego. Chrześcijaństwo tego nie wymyśliło. Stosowne reguły były znane np. prawu rzymskiemu, podobnie jak te, które zabezpieczają prawa i interesy rozwodzących się stron i dzieci. Trwałość małżeństwa jest ważna nie tyle sama dla siebie, ile z uwagi na trwałość rodziny i regularność ładu społecznego. W ogólności, trwałość rodziny w skali społecznej jest kategorią statystyczną, jak każde zjawisko szacowane w skali masowej. W Polsce rozwodzi się, co trzecie małżeństwo, w USA 45 proc. pierwszych małżeństw i 60 proc. drugich, a w Rosji nawet 70 proc. Dane te podaje wspomniany numer „Tygodnika Powszechnego”, zapewne dla podparcia papieskiej kampanii przeciwko rozwodom. Jeśli tak, to jest w tym sporo demagogii. Nie jest np. powiedziane, ilu rozwodników w Polsce wstępuje w nowe związki małżeńskie, nierzadko bardziej społecznie pozytywne od dawnych.
Tak więc nie można powiedzieć, że bilans zawieranych i rozwiązywanych małżeństw jest ujemny. Olbrzymia ilość rozwodów w Stanach Zjednoczonych nie ma większego znaczenia dla spójności i pomyślności tego społeczeństwa. Sytuacja w Rosji jest zapewne groźna dla tego kraju, ale jest to rezultat warunków życia Rosjan w ostatnich kilkudziesięciu latach i traktowania rozwodu jako sprawy niemal administracyjnej. Tak więc skutki ilości rozwodów zależą od wielu czynników. Niekiedy są powody do alarmu (zapewne w Rosji), a niekiedy tylko do niepokoju, co być może jest uzasadnione w Polsce. Dla sprawiedliwości trzeba zaznaczyć, że „Tygodnik Powszechny” cytuje i inne dane (na temat sytuacji w Polsce i USA), z których wynika, że opinie w sprawie złych skutków rozwodów, np. dla dzieci, wcale nie są jednoznaczne. Wszelako jakoś nikt w tejże gazecie nie zauważył, iż zdanie wielu socjologów koliduje ze stanowiskiem papieża w sprawie rozwodu jako zła bezwzględnego.
Rozwód sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. Dlatego pojawił się niemal we wszystkich systemach prawnych jako instytucja ułatwiająca ludziom życie. I powinien być uregulowany w sposób należyty, tak np., by nie był całkowicie automatyczny (aczkolwiek niewykluczone, że niektórym społeczeństwom, to nie szkodzi), ale również tak, by odpowiadał elementarnym prawdom o ludzkiej naturze, np., że należyte funkcjonowanie rodziny ma miejsce tylko w atmosferze spokoju i wzajemnego uczucia jej członków. Dlatego rozpad złych małżeństw jest z punktu widzenia zdrowia społecznego nie mniej ważny jak trwałość związków dobrych, a właściwie przeciętnych, bo tych ostatnich jest zdecydowana większość.
Rozwód, jak każda instytucja prawna i społeczna, staje się dobry lub zły w zależności od okoliczności. Ludzie rozwodzili się, rozwodzą się i będą tak czynić z powodów ważnych i błahych, a żadne ustawodawstwo nie wykluczy zrywania małżeństw z tych drugich. Można i trzeba przeciwdziałać temu, co w rozwodach jest złe, ale w pełnej świadomości tego, że nigdy nie zapanuje stan doskonałości w tej sprawie. Papież ignoruje to wszystko i poprzestaje na wezwaniach, o których z góry można założyć, że będą bezskuteczne. Patrząc na sprawy z socjologicznego punktu widzenia, nie ma uzasadnienia dla papieskiej tezy, że rozwody są zagrożeniem dla ludzkości. Nikt nie wykazał, że takowe wynika z obecnej intensywności rozwodów, bo też nikt nie wykazał, że przekroczyła ona dopuszczalną barierę statystyczną.
Dobro małżeństwa
Jan Paweł II postawił sprawę tak: „Nierozerwalność małżeństwa jako dobro małżonków, dzieci, Kościoła i ludzkości”. O ludzkości i dzieciach już mówiłem wyżej. Małżonkowie mają na ten temat często zdanie odmienne niż papież. Jeśli dobro małżonków ma polegać na tym, że ich związek jest nierozerwalny, to mamy kolejną i w miarę arbitralną definicję dobra małżeńskiego. Wynika z niej m.in., że złe małżeństwo nierozerwalne jest lepsze niż dobre małżeństwo rozerwalne, a w praktyce, że złe małżeństwo kościelne jest lepsze niż kolejny dobry związek cywilny. Pewna znajoma, nieszczęśliwa w pierwszym małżeństwie zawartym w kościele i bardzo szczęśliwa w drugim, opowiadała mi o rozmowie z księdzem. Ten powiedział jej: „Gdybyś córko przynajmniej żałowała, że zawarłaś nowy związek cywilny”. Odparła: „Jakże mam żałować, skoro naprawdę jestem szczęśliwa. Czy mam kłamać?”. W sumie, Jan Paweł II mówi najwyraźniej o jakimś Prawdziwym Dobru i Prawdziwym Szczęściu, ale to niekoniecznie odpowiada dobru i szczęściu w sensie codziennym, przeżywanym przez zwykłych ludzi.
Osobom, których małżeństwa są złe, Kościół proponuje separację. Dość bezskutecznie. W Polsce orzeka się ponad 40 tys. rozwodów rocznie, a tylko w około 1800 przypadków strony wnoszą o separację, a więc formę zalecaną przez Kościół. Trudno zresztą zrozumieć, dlaczego separacja ma być czymś zasadniczo lepszym od rozwodu. Wprawdzie pozostaje w zgodzie z nierozerwalnością małżeństwa, ale zagraża trwałości w równym stopniu jak rozwód. Na razie nikt nie wykazał, że małżeństwa w stanie separacji powracają do wspólnego życia.
Natomiast nie ma żadnych wątpliwości, że nierozerwalność małżeństwa jest dobrem dla Kościoła, bo zrywanie małżeństw kanonicznych przez rozwody cywilne jest oczywistym złem dla tej instytucji. W szczególności, oddala wielu wiernych od Kościoła. Traci on po prostu poważny instrument kontroli życia osobistego ludzi, przez wieki skuteczny. Może to jest powodem pewnej zmiany w postawie Kościoła wobec rozwodów. Dawniej Kościół niezbyt interesował się rozwodami dla nich samych, natomiast wiele zrobił dla uniemożliwienia wstępowania rozwodników w nowe związki małżeńskie. Obecnie sprzeciwia się rozwodom jako takim. Mimo pewnych zmian w stosunku Kościoła do osób rozwiedzionych, a żyjących w nowych związkach świeckich, są one nadal na marginesie życia religijnego. „Pozostańcie we wspólnocie kościelnej, nie możecie przystępować do sakramentów, ale niewykluczone, że Bóg wam wybaczy” – takie w największym skrócie jest nowe stanowisko w tej sprawie. Ludzie Kościoła reklamują je jako „koniec złej tradycji” (ks. Jan Pałyga, duszpasterz związków niesakramentalnych w rozmowie zamieszczonej w tym samym numerze „Tygodnika Powszechnego”) i prawdziwe nowatorstwo, ale w istocie rzeczy jest to podział na lepszych i gorszych katolików, wedle kryterium formalnego, a nie merytorycznego, np. popełnianych uczynków.
Ci gorsi mogą znacznie polepszyć swą sytuację, gdy zachowają pełną abstynencję seksualną w ramach nowego małżeństwa. Są wtedy pełnoprawnymi członkami Kościoła. Lepiej więc zlać od czasu do czasu żonę (męża) i dzieci oraz mieć na boku niewielki romansik, byle tylko nie współżyć z partnerem (partnerką) w małżeństwie niesakramentalnym, w każdym razie lepiej niż współżyć jako przykładny mąż (żona) i ojciec (matka). Podobnie, lepiej rozwieść się (pozostając uprzednio w związku sakramentalnym) i używać sobie seksualnie od czasu do czasu (lub nawet dość często) z kim popadnie niż czynić to ze stałym partnerem (partnerką) w małżeństwie cywilnym. Nie wątpię, że księża szczerze wierzą, iż związki niesakramentalne są wyjątkowo ciężkim grzechem, ale byłoby dobrze, gdyby czasem zastanowili się, jaką w gruncie rzeczy pokrętną moralność propagują.
Wyjątek od zasady
Katolicka nauka o nierozerwalności opiera się na fragmentach Ewangelii św. Mateusza (19,3-12) i św. Marka (10,2-19). Oba są niemal tożsame. Zacytuję pierwszy: ,,[...] przystąpili do Niego faryzeusze, chcąc Go wystawić na próbę, i zadali Mu pytanie: »Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu«. On odpowiedział: »Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę?«. I rzekł: »Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje a jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela«. Odparli: »Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją?«. Odpowiedział im: »Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba, że w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo«”. Kluczowy jest tutaj fragment: „Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela”. Z innych, zwłaszcza ostatniego, wynika tyle tylko (we współczesnej terminologii), że zawarcie małżeństwa w trakcie trwania innego jest niedopuszczalne.
Niewykluczone, że fragment kluczowy został dodany później (wedle informacji udzielonej mi przez teologa, jest to rzeczywiście przedmiotem sporu). Wygląda na wtrącony, przerywa naturalną wymianę zdań pomiędzy Jezusem a faryzeuszami, w ewangeliach św. Łukasza i św. Jana go nie ma, nie ma odpowiednika w Starym Testamencie (podobnie zresztą, jak słowa „od początku tak nie było”) i wreszcie, gdyby miał uzasadniać bezwzględną nierozerwalność małżeństwa, to nie jest do końca zgodny z oddalaniem niewiernej żony. Wszelako nie należy przywiązywać większej wagi co do pierwotnej autentyczności dyskutowanego fragmentu. Nawet gdyby okazało się, że został dodany później, Kościół ma sporo środków, by sprawę wyjaśnić tak, by zasada „Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela” miała dokładnie taki sam walor, jak dotychczas.
Zwróćmy się zatem do Kodeksu Prawa Kanonicznego, gdzie znajdujemy praktyczne uregulowania nierozerwalności małżeństwa. Spotyka nas spora niespodzianka w związku z tzw. przywilejem Pawłowym (kanon 1143): „Małżeństwo zawarte przez dwie osoby nie ochrzczone zostaje rozwiązane na mocy przywileju Pawłowego dla dobra wiary strony, która przyjęła chrzest, przez sam fakt zawarcia nowego małżeństwa przez stronę ochrzczoną, jeśli strona nieochrzczona odeszła”. Ochrona strony nieochrzczonej wyrażona w końcowym fragmencie jest godna uznania, wszelako okazuje się, że by zerwać małżeństwo w pewnych okolicznościach, wcale nie trzeba nawet formalnego rozwodu. Zapewne Paweł z Tarsu miał ważne powody, by wprowadzić swój przywilej. Zrozumiałe, że Kościół przyznaje beneficja dla tych, którzy zechcą się ochrzcić, ale przywilej Pawłowy, nawet jeśli jest tylko reliktem przeszłości, niejako koliduje z oświadczeniami Jana Pawła II o godności każdego małżeństwa niezależnie od religii.
Kodeks Prawa Kanonicznego nie zna rozwodu, ale małżeństwo sakramentalne może zostać unieważnione z rozmaitych powodów, z których wiele (w gruncie rzeczy, wszystkie poza ściśle wyznaniowymi) ma korzenie nie w Nowym Testamencie, ale w tradycji prawnej wielu narodów. Co więcej, najwyższa władza kościelna (kanony 1075 i 1077) może ustanowić nowe przeszkody zawarcia małżeństwa, jak i dodać nowe klauzule jego nieważności. Nic nie stoi na przeszkodzie w świetle powołanych kanonów, by papież dodał nowe klauzule nieważności małżeństwa bardziej odpowiadające współczesnemu prawu rodzinnemu (np. przemoc, alkoholizm czy nawet rażącą niezgodność charakterów).
To jest rzecz jasna sprawa Kościoła, czy to uczyni czy nie, ale zewnętrzny obserwator nie może powstrzymać się od uwagi, że katolicyzm, a przynajmniej jego oficjalni przedstawiciele, wybrał, nie pierwszy raz zresztą, politykę konfrontacyjną z przemianami zachodzącymi we współczesnym świecie.
PS. Stanowisko Jana Pawła II, aczkolwiek bezkompromisowe, zostało przez niego wyrażone w sposób, jak zwykle, elegancki. Są także rozmaici komentatorzy. U nas zabrał głos m.in. bp Stanisław Stefanek, skądinąd przewodniczący Rady ds. Rodziny Episkopatu Polski. Stwierdził on (komentarz do przemówienia papieskiego wedle „Naszego Dziennika” z 1 lutego 2002): „Ojciec Święty przypomniał dwa istotne przywileje, tj. klauzulę sumienia i wolności od nacisku, by brać udział w złym. Przypomnienie tych dwóch przywilejów daje właściwie rozumianą niezawisłość sędziego. Powoływano się wprawdzie na niezawisłość, którą krępuje tylko Konstytucja w komentarzach. [Jest to zapewne aluzja do wypowiedzi sędziego Olszewskiego – J. W.] Przecież wiemy, że sędzia nie ma prawa powoływać się na sumienie, a jeżeli tak się stanie, znajdzie się pod pręgierzem nacisków ekonomicznych czy politycznych. Wypowiedź Papieża jest również poważnym upomnieniem się o wolność sędziów. [...] Z przerażeniem widzimy, jak na naszych oczach, w naszym współczesnym świecie powstaje tzw. cywilizacja rozwodowa: wchodzę do domu i do końca nie rozpakowuję nawet swoich rzeczy, bo muszę mieć możliwość wyprowadzenia się z tego domu. Nigdy to nie będzie mój dom i nigdy w takim domu nie otworzę się na drugiego człowieka. [...] Reakcja mediów na przemówienie papieża była dosyć nerwowa. [...] Ze strony społecznej pokazano od razu gotowe obrazy pobitych żon, ze strony prawnej nagłośniono specjalistów, którzy powoływali się na legalność rozwodów. Ani jedna, ani druga reakcja nie odnosiła się do istoty przemówienia, była tylko emocjonalnym, powierzchownym odreagowaniem medialnej wrzawy. Ten właśnie moment wymaga głębszej refleksji”. Natomiast żadna głęboka refleksja nie wymaga dostrzeżenia, że bp Stefanek wypaczył słowa przewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa i zaleca sędziom Prawdziwą Wolność w postaci kierowania się sumieniem (nie tyle ich własnym, ale wedle podpowiadania z zewnątrz), a nie ustawami. Jest to jawne wezwanie do anarchii prawnej. Ponadto, przewodniczący Rady ds. Rodziny (sic!) Episkopatu Polski okazuje głęboką pogardę wobec pobitych żon („pokazano gotowe obrazy”), lekceważenie prawnych aspektów rozwodów i publicznej dyskusji na te tematy (to tylko medialna wrzawa). A fragment o „wchodzeniu do domu” jest wyjątkowo obraźliwy wobec miliardów zwykłych ludzi żyjących w zwyczajnych małżeństwach.
Nie ukrywam, że chętnie przeczytałbym komentarz Jana Pawła II do wypowiedzi bp Stefanka. Podobnie jak do następującej uwagi kard. Józefa Glempa: „Adwokaci mogą czekać na rozwód, tak jak zakłady pogrzebowe czekają na nieboszczyków”. Ta subtelna aluzja porównująca pracę adwokatów do nekrobiznesu mówi sama za siebie. Po prostu, ubogaca.
|