Spóźnione wyznanie Güntera Grassa

JOACHIM TRENKNER

 

Swoją nową książkę, która w ciągu miesiąca osiągnęła półmilionowy nakład, Günter Grass poświęcił tragedii „Wilhelma Gustloffa”. Statek ten, zatopiony – razem z dziewięcioma tysiącami uchodźców, z czego połowę stanowiły dzieci
– w styczniu 1945 przez sowiecką łódź podwodną na Bałtyku, stał się w niemieckiej świadomości symbolem cierpień uciekinierów i wypędzonych. Książką o nim Grass łamie tabu, które kiedyś sam tworzył.

Grass najwyraźniej trafił w czuły punkt Niemców: niemal w ciągu jednej nocy powieść „Im Krebsgang” („Rakiem”, albo: „Pełzając rakiem”) zdobyła szczyt listy bestsellerów. Tylko w pierwszym tygodniu sprzedano 250 tys. egzemplarzy; wydrukowano już prawie pół miliona. W powieści prawie 75-letni niemiecki noblista rodem z Gdańska opisuje cierpienia niemieckich uchodźców z Prus Wschodnich na przykładzie zagłady reprezentacyjnego parowca nazistowskiej organizacji „Kraft durch Freude” („Siła przez radość”, zajmującej się zorganizowanym wypoczynkiem), który w 1945 r. przewoził Niemców uciekających przed Armią Czerwoną z Prus Wschodnich. W dniu pojawienia się powieści swoistego „wsparcia ogniowego” udzielił Grassowi poczytny tygodnik „Der Spiegel”, poświęcając jej główny materiał numeru. Tytuł na pierwszej stronie „Spiegla” brzmiał: „Niemiecki Titanic – historia statku z uchodźcami, którą wyparliśmy z naszej świadomości”. 


„NARESZCIE KTOŚ POWIEDZIAŁ!”


Pierwsze słowa książki brzmią: „Dlaczego dopiero teraz?”. Ostatnie: „To się nigdy nie skończy. Nigdy”. Między tymi dwoma biegunami – między pytaniem o przyczyny tak spóźnionej pamięci a lękiem, że „nasienie nazistów” nigdy nie obumrze – Grass rozwija opowieść o tragedii „Gustloffa”, jak „niemieckie requiem” albo „wschodniopruski taniec śmierci”. „Im Krebsgang” to nie tylko akrybiczna rekonstrukcja historycznego dramatu, ale równocześnie dialog między autorem a postaciami z jego własnego dzieła. Tulla Pokriefke, namiętna konduktorka z gdańskich tramwajów, występująca już wcześniej u Grassa (w powieści „Psie lata” i opowiadaniu „Kot i mysz”) jest centralną postacią książki i zarazem upartym adwersarzem swego słabowitego syna Paula, który urodził się w szalupie ratunkowej w chwili, gdy „Gustloff” zanurzał się w Bałtyku.
Do punktu kulminacyjnego Grass zbliża się przyciężkawo. Roztacza biografię patrona statku – Wilhelma Gustloffa, lidera NSDAP w Szwajcarii; szuka motywów, które żydowskiego studenta medycyny Davida Frankfurtera skłoniły w 1936 r. do zastrzelenia tego szwajcarskiego akolity Hitlera; szkicuje życiorys Aleksandra Marinesko, dowódcy łodzi podwodnej, który zatopił „Gustloffa”, a potem padł ofiarą NKWD. Potem następuje wstrząsający opis okrutnej śmierci rozbitków w lodowatym Bałtyku.
Przede wszystkim jednak Grass stawia własnemu pokoleniu zarzut. „To dręczy Starego” – czytamy, domyślając się, że w osobie Starego Grass widzi samego siebie – bo „właściwie było to zadaniem jego pokolenia, dać wyraz nędzy i cierpieniom uchodźców z Prus Wschodnich. (...) Nigdy nie wolno było milczeć o tak wielkim cierpieniu tylko dlatego, że własna wina była przemożna, a przyznanie się do zbrodni i skrucha przez te wszystkie lata stały na pierwszym miejscu; nigdy nie wolno było unikać tego tematu i zostawiać go prawicowcom”.
Niektóre reakcje na książkę sprawiają wrażenie od dawna tłumionego krzyku. „To naprawdę dobry uczynek, że po pół wieku milczenia mówi się o niesłychanym cierpieniu Niemców. Nareszcie własną twarz uzyskała śmierć tysięcy – zamarzających i zdychających na poboczach dróg, rozrywanych bombami w niszczonych miastach” – pisała do „Spiegla” starsza wiekiem czytelniczka. Inny czytelnik: „Najwyższy czas, by tabuizowany dotąd temat »cierpień i ofiar cywilnej ludności w Niemczech podczas II wojny światowej, których sprawcami były zwycięskie mocarstwa« stał się przedmiotem publicznej dyskusji”. Konserwatywny dziennik „Die Welt” pochwalił Grassa, że podejmuje (jak mówią Niemcy: „przezwycięża”) ten „rozdział z historii wypędzenia Niemców” i „ocala naszych zmarłych od zapomnienia”.

 
DZIECI NIE MIAŁY SZANS


A więc: koniec milczenia o cierpieniu wypędzonych i o zbrodni zwycięzców? Trzymajmy się faktów historycznych. Zacznijmy od „Gustloffa”. Wieczorem 30 stycznia 1945 r. trzy sowieckie torpedy trafiły statek, znajdujący się na wysokości dzisiejszej Ustki. Zginęło około 9 tys. ludzi, w tym 4 tys. dzieci (małe dzieci nie miały szans: świadkowie wspominali, że topiły się, nawet gdy miały kapoki ratunkowe – ich główki były cięższe od nóżek). Większość pasażerów stanowili uchodźcy. 
Nie ma wątpliwości: z moralnego punktu widzenia zatopienie „Gustloffa” było czynem okrutnym. Jednak trwała wojna, a każda wojna, nawet najbardziej sprawiedliwa, niesie tragiczne skutki dla niewinnych, cywilów, dzieci, po obu stronach. W 1945 r. „Gustloff” nie był statkiem pasażerskim: podczas wojny został włączony do Kriegsmarine, był pomalowany w barwy ochronne, a tego dnia na pokładzie byli także żołnierze: ok. tysiąca marynarzy (z II Dywizji Szkolnej Okrętów Podwodnych) i 370 dziewcząt z Pomocniczej Służby Kobiet (tzw. Marine-Helferinnen). Dowódca sowieckiego okrętu podwodnego nie widział żadnego powodu, aby nie atakować „Gustloffa”, który płynął w eskorcie torpedowca. 
Tragedia „Gustloffa” nie była, niestety, wydarzeniem wyjątkowym; np. w 1940 r. niemieckie U-booty zatopiły brytyjski statek „City of Benares”, oznakowany jednoznacznie jako cywilny, z ponad tysiącem dzieci na pokładzie, ewakuowanych z bombardowanych miast Wielkiej Brytanii do Ameryki. A dzień po tragedii „Gustloffa” – to także część historii tamtej potwornej wojny – oddziały SS urządziły ostatnią i największą masakrę w tym rejonie: 5 tys. więźniów z kacetu Stutthof pod Gdańskiem spędzono po „marszu śmierci” na plażę i rozstrzelano.
Zatopiony „Gustloff” nie był w żadnym razie – wbrew temu, co pisze „Spiegel” – „niemieckim Titanikiem”. Brytyjski liniowiec zatonął w 1912 r., w czasie pokoju, po zderzeniu z górą lodową. Także ludzie, którzy zginęli na „Gustloffie”, nie byli wypędzonymi (niem. Vertriebene), ale uchodźcami wojennymi. Tak zwane wypędzenie, czyli przymusowe przesiedlenie Niemców z terenów za Odrą i Nysą, które przypadły Polsce, zaczęło się po zakończeniu wojny i było legitymizowane przez postanowienia konferencji poczdamskiej, z udziałem trzech wielkich mocarstw (USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR). 
Dopiero po powstaniu w 1949 r. Republiki Federalnej uchodźcom i przymusowo wysiedlonym nadano tam jednakowy status, by mogli w takim samym stopniu korzystać ze świadczeń przysługujących im na mocy zachodnioniemieckiego ustawodawstwa.


WŁASNE TABU GRASSA 


Ale dlaczego akurat teraz do głosu dochodzi „spoźniona pamięć”? Skąd to samooskarżenie Grassa, który swej protagonistce Tulli Pokriefke wkłada w usta słowa, że w Niemczech przez dziesięciolecia nie wolno było mówić o „Gustloffie”, a więc o niemieckich ofiarach wojny: „na Wschodzie tak czy inaczej nie, a na Zachodzie [mówiono] stale tylko o tych innych złych sprawach, o Auschwitz i innych”? Grassa na pewno nie można podejrzewać o to, że pragnąłby przywoływać mit o Niemcach jako głównych ofiarach. Za zajęcie się tematem niemieckich cierpień jest on dziś chwalony przede wszystkim przez prasę konserwatywną: mówi się, że Grass łamie nareszcie „polityczno-poprawny” nakaz milczenia, który po wojnie miał przykryć, jak nagrobna płyta, cierpienia niemieckich cywilów. Być może wzięcie na warsztat katastrofy „Gustloffa” jest zamierzoną autokreacją pisarza. Ale czy na pewno jest to złamanie tabu, jak głoszą w euforii jego zwolennicy? 
W najlepszym razie Grass złamał coś, co kiedyś sam tworzył, gdy mówił, że w obliczu niemieckich zbrodni wspomnienie o niemieckich ofiarach musi zejść na plan dalszy. Taką tezę powtarzał on przez lata. A kiedy nadeszło zjednoczenie, Grass uważał, że Niemcy nie mają prawa stać się znowu jednym narodem. Nigdy nie spoczął, ostrzegając przed „Wielkimi Niemcami”. W 1990 r. pisał: „Kto myśli o Niemczech, ten musi myśleć także o Auschwitz”.
Naprawdę nie ma żadnego powodu, aby fetować Grassa jako tego, który łamie dziś tabu. Tak też mówią jego krytycy. Na przykład Freya Klier, kiedyś działaczka opozycji demokratycznej w NRD, zarzuca mu „wykrzywianie rzeczywistości”. Ci z wysiedleńców, którzy trafili do późniejszej NRD, byli zmuszeni do milczenia, gdyż „więzienie groziło temu, kto kwestionował wizerunek chwalebnej Armii Czerwonej” – napisała Klier we „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”. A teraz? Teraz całe Niemcy „skazane są na przyglądanie się, jak autor, którego wątpliwym osiągnięciem było kiedyś wypychanie ze świadomości [tych faktów], dziś przezwycięża sam siebie. (...) Zamiast »wszyscy Niemcy są winni« Goldhagena [autora oskarżycielskiej książki „Gorliwi kaci Hitlera” z 1996 r. – red.] historycznym hasłem staje się dziś odkrycie Grassa, że »także inni zadawali cierpienia«”. Z kolei pisarz Ralf Giordano (niemiecki Żyd, który przeżył Hitlera w Niemczech, w ukryciu) domaga się, by dyskusja o niemieckich ofiarach, która teraz zacznie się ze wzmożoną siłą, opierała się na jednej podstawowej prawdzie: że „pierwszymi odpowiedzialnymi za każdego zabitego cywila czy żołnierza w II wojnie światowej są ci, którzy ją systematycznie przygotowywali, planowo wywołali i prowadzili w sposób najokrutniejszy z możliwych – Hitler i jego zwolennicy. Efektem było 50 mln zabitych, w większości cywilów, z czego ogromną większość stanowili nie-Niemcy”.
Krytycznie wypowiada się też tygodnik „Die Zeit”, sztandarowe pismo liberalnej inteligencji: to „charakterystyczne wyznanie Grassa, tego »naczelnego-i-państwowotwórczego-intelektualisty« Republiki Federalnej, że przez te wszystkie lata żył z »czarną dziurą« we własnej pamięci. A mowa jest [w książce] przecież nie tylko o nim, ale o całym literackim pokoleniu, a więc o niezgłębionym zaniechaniu niemieckiej literatury powojennej”. Co więcej, bezlitosny werdykt narratora w powieści Grassa obejmuje też generację młodszą, tzw. pokolenie ‘68, które miało zawieść w obliczu historii, gdyż nie zapobiegło powstaniu nowego prawicowego ekstremizmu. 

MILCZENIE? 


Prawdą jest, że w latach 70. i 80. zachodnioniemiecka lewica, na czele z Günterem Grassem, lekkomyślnie nazywała rewizjonistą każdego, kto wskazywał na wojenne i powojenne cierpienia Niemców. Nieprawdziwa jest jednak stawiana dziś teza, że w przeszłości w Niemczech Zachodnich za mało mówiono o tragedii Niemców uciekających ze Wschodu, o okrucieństwie wypędzenia albo o potwornościach alianckich bombardowań, które równały z ziemią niemieckie miasta. W rzeczywistości nic nie było przemilczane – ani w literaturze, ani w historiografii, ani w publicystyce.
Kto dziś poszuka hasła „Gustloff” w internecie, ten znajdzie około dwóch tysięcy stron z informacjami o statku (bądź jego patronie). Już w 1951 r. w RFN ukazała się wstrząsająca książka Jürgena Thorwalda „Zaczęło się nad Wisłą” (Es begann an der Weichsel), w której opisane jest obszernie także zatopienie „Gustloffa”. W latach 60. tłumy przychodziły do kin w Niemczech Zachodnich, aby obejrzeć film fabularny z 1959 r. pod patetycznym tytułem „Noc zapadła nad Gotenhafen” (podczas okupacji polską Gdynię przemianowano na Gotenhafen, Port Gotów). O „Gustloffie” istnieje obszerna dokumentacja telewizyjna, trudno też zliczyć publikacje prasowe (co wiąże się także z długo podtrzymywaną hipotezą, wedle której we wraku znajduje się legendarna Bursztynowa Komnata). Wszystko to dowodzi, że największa katastrofa morska II wojny światowej nie popadła całkiem w zapomnienie.
Grass mówi o zaniechaniu literatury, gdyż nie uczyniła ona swym tematem doświadczenia wypędzenia. To nie pierwsza taka teza: kilka lat temu zmarły niedawno pisarz W.G. Sebald ubolewał (w książce „Luftkrieg und Literatur”, München 1999), że literackie przetworzenie tematu nalotów na niemieckie miasta wypada zbyt skąpo. 
Oba zarzuty są niesprawiedliwe. Już w późnych latach 50. i wczesnych 60. ukazały się powieści Ericha Nossacka (Untergang; Zagłada), Gerta Lediga (Vergeltung; Odwet) czy Alexandra Klugego (Luftangriff auf Halberstadt; Nalot na Halberstadt). Arno Schmidt, wielki narrator, który sam musiał uciekać ze Śląska, jak mało który powojenny autor podejmował w swych dziełach temat wypędzenia, w powieściach (m.in. Steinernes Herz; Kamienne serce) i opowiadaniach (jak Umsiedler; Przesiedleńcy). Potem ukazały się książki Waltera Kempowskiego, zwłaszcza wielotomowe dzieło z lat 90. „Echolot” (Kempowski przygotował rodzaj kolażu, kolektywnego pamiętnika: zebrał wspomnienia, listy, zdjęcia i z ich fragmentów skomponował kronikę wojny, dzień po dniu).

WIĘC DLACZEGO?


Trudno nie wymienić także wspomnień, licznych i poruszających. Już na początku lat 60. „Dziennik z Prus Wschodnich” (Ostpreussisches Tagebuch) Hansa Grafa von Lehndorffa osiągnął w RFN nakład 300 tys. ezgemplarzy, a jego wydanie popularne jest dostępne do dziś. Potem pojawiło się kilka kolejnych książek Marion Gräfin Dönhoff, pochodzącej z Prus Wschodnich (wydanych także w Polsce – red.), jak „Nazwy, których nikt już nie wymienia” (Namen, die keiner mehr nennt) czy „Długa jest droga na Wschód” (Weit ist der Weg nach Osten) i relacje Christiana Grafa von Krockow „Czas kobiet” (Die Stunde der Frauen) i „Podróż na Pomorze” (Reise nach Pommern). Wszyscy ci autorzy zostawili swoje strony ojczyste za Odrą, a trudno ich podejrzewać o poglądy rewanżystowskie. Do tego trzeba dodać niezliczone i solidne prace znanych historyków albo książki publicystyczne, jak np. „Naloty na Drezno” (Dresden im Luftkrieg) Götza Bergandera. Również telewizja publiczna zajmowała się tymi tematami: w 1981 r. kanał ARD wyemitował trzyczęściowy dokument „Ucieczka i wypędzenie” (Flucht und Vertreibung), a później serial „Niemcy w II wojnie światowej” (Deutsche im Zweiten Weltkrieg) i „Na froncie wewnętrznym” (Heimatfront). Z kolei ZDF, drugi program publiczny, emitował „Wielką ucieczkę” (Die große Flucht), a teraz pokazuje „Wojnę stulecia” (Der Jahrhundertkrieg).
Nie, deficytu pamięci, na jaki skarży się Grass w „Im Krebsgang”, po prostu nie było.
Skąd wziął się zatem tak wielki sukces jego spóźnionego wyznania? Skąd tak emocjonalne reakcje i cała debata, tak żywa i gwałtownie prowadzona? 
Żaden kraj Europy nie jest tak jak Niemcy uwikłany we własną historię, w dobrym i w złym. Chyba w żadnym kraju nie ma dziś tylu dyskusji historycznych. Teraz – takie można odnieść wrażenie – Niemcy prowadzą „debatę odciążającą”. A gdańszczanin z „blaszanym bębenkiem” przybywa im tym razem z odsieczą, ze swoim „wschodniopruskim tańcem śmierci”. Przez kilkadziesiąt lat Grass uważał się za głównego strażnika (zachodnio)niemieckiego konsensu, który nakazywał, by niemieckich cierpień nie przeciwstawiać zbrodniom, które popełnili Niemcy. Gdy teraz ktoś taki jak Grass wypowiada ten konsens, Niemcom najwyraźniej łatwiej jest czuć się nareszcie – także – ofiarami. 


Przełożył Wojciech Pięciak


Joachim Trenkner, były reporter tygodnika „Newsweek” i niemieckiej telewizji publicznej, jest berlińskim publicystą, stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl