Dlaczego Kościół broni nierozerwalności małżeństwa?

KS. REMIGIUSZ SOBAŃSKI

 

Kościół głosi prawdę o Bogu objawioną przez Jezusa Chrystusa. Jest to zarazem prawda o człowieku – stworzonym przez Boga i powołanym do zbawienia. Kościół stara się, aby ta prawda „mogła być ciągle głębiej odczuwana, lepiej rozumiana i stosowniej przedstawiana” (soborowa Konstytucja o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et spes”; nr 44) – po to, by wierzący w Chrystusa dostrzegali w prawdzie objawionej siłę napędową swoich zachowań. Poznanie prawdy i kształtowanie wedle niej życia dokonuje się w uwarunkowaniach i zmiennościach historii, w horyzoncie poznawczym wyznaczonym pytaniami sprowokowanymi bieżącymi problemami – prawda objawiona „na początku” pozostaje do realizacji w następującej po nim przyszłości. Pamięta też Kościół, że prawda objawiona pochodzi od Tego, który jest źródłem wszelkiej łaski i życia Ludu Bożego. Kościół nie może głosić prawdy objawionej inaczej niż ją poznał i pojmuje. Dotyczy to także prawdy o małżeństwie chrześcijan.


Małżeństwo jako sakrament


Wedle przekonania Kościoła małżeństwo chrześcijan jest sakramentem. Sakramentalność to nie dodatek do małżeństwa, to nie tylko jeden z jego przymiotów – to wyznacznik katolickiego rozumienia małżeństwa. W zdaniu o sakramentalności małżeństwa – do przyjęcia i do pojęcia jedynie na gruncie wiary Kościoła – zawiera się twierdzenie, że małżeństwo chrześcijan jest „rzeczywistością tego świata”, ale nie tylko – jest formą życia mężczyzny i kobiety będącą znakiem i odzwierciedleniem relacji Chrystusa do Kościoła (por. Ef 5,21-33). Chrześcijanie, przez chrzest wszczepieni w egzystencję Chrystusa, dają przez miłość i wierność świadectwo miłości Bożej, oni uobecniają Chrystusa i Jego miłość, stają się sługami uświęcania. Małżeństwo jest dla nich miejscem i znakiem zbawienia, człowiek w małżeństwie zostaje wezwany i uzdolniony, by być w miłości dla drugiego. Zawierając małżeństwo mężczyzna i kobieta wolnym, świadomym aktem woli wzajemnie się sobie oddają i przyjmują. 
Możliwość dysponowania sobą jest istotą wolności. Dlatego oddanie się drugiej osobie, związanie na wierność to akt wyjścia ponad siebie w wolności, małżeństwo to doświadczenie transcendencji.
Wśród sakramentów małżeństwo wyróżnia się tym, że znakiem sakramentalnym jest tu rzeczywistość, która istnieje też jako rzeczywistość „czysto” naturalna – po prostu małżeństwo. Będąc – wśród chrześcijan – sakramentem małżeństwo nie zmienia się, „pozostaje sobą”, natomiast jego istotne przymioty – jedność i nierozerwalność – doznają z racji sakramentu jeszcze głębszego uzasadnienia i nabierają szczególnej mocy.
Rozróżnienie małżeństwa „naturalnego” (wśród niechrześcijan) i sakramentalnego otwiera drogę do rozdwojenia pojęcia małżeństwa także w społeczeństwach chrześcijańskich. Dla reformatorów XVI w. małżeństwo to sprawa świecka, co dało początek cywilnej formie zawarcia małżeństwa, a następnie cywilnemu prawu małżeńskiemu. Prawo to dotyczy obywateli niezależnie od ich religii, pozostaje w wyniku procesów prawotwórczych właściwych demokratycznemu państwu, przynosi odnośnie do małżeństwa regulacje nie zawsze odpowiadające nauce Kościoła. Ten fakt nie zwalnia jednak Kościoła od głoszenia o małżeństwie prawdy, w którą wierzy.

Słowa Jezusa


Rozbieżności zaznaczają się najmocniej w odniesieniu do nierozerwalności małżeńskiej. Kościół uważa za nierozerwalne małżeństwo „jako takie”, z jego „natury”. Do tej wiedzy nie doszedł przez nawiązanie do mądrości narodów ani przez analizę pojęcia małżeństwa (z samego pojęcia małżeństwa da się wydedukować jego trwałość, ale nie nierozerwalność), lecz dzięki słowom Jezusa: „od początku tak nie było” (Mt 19,8). Słowa Jezusa to wiążąca Kościół interpretacja instytucji naturalnej. A skoro tak, to przecież nie może Kościół głosić inaczej – przepowiada orędzie Ewangelii tak, jak je rozumie. I usiłuje uzasadnić, że właśnie tak jest mądrze i z korzyścią dla małżonków i społeczeństwa. Uważa, że mądrość Boża przewyższa każdą inną w każdej sytuacji. 
Oczywiście, zawsze da się wykazać, że w konkretnym przypadku dobro małżonka czy dzieci wymaga rozłączenia się. Ale trzeba umieć przyznać, że wtedy wytworzyła się sytuacja niedobra, „zatwardziały się serca”, rozwód to nie „naturalna kolej rzeczy” – i tego faktu nie zmienią żadne statystyki, nawet jeśli dowodzą one żywotności „mentalności rozwodowej”. Kościół sprzeniewierzyłby się swej misji, gdyby jej uległ. Uczniów Jezusa też przeraziły słowa Jezusa (por. Mt 19,10). Jezus nie wdał się w dwuznaczną kazuistykę, poza historyczne prawo i jego interpretację sięga do woli Ojca i tę podkreśla. Nie należy udawać, że jej nie ma albo że można się łatwo ukryć przed jej wezwaniem.
Nie tylko uczniowie mieli kłopot z akceptacją nauki Jezusa, niełatwo przyjąć tak radykalne zdania. Stąd pytanie, czy nie należałoby jakoś dopasować doktryny do realiów, skoro np. w Polsce – w kraju zaliczanym do tzw. katolickich – rozwodzi się co trzecie małżeństwo? „Dopasowanie” to jedna z zasad ewangelizacji, idąca jednak w parze z wiernością prawdzie i troską o zachowanie własnej tożsamości. Kryterium „właściwego” dopasowania to ani zgodność z bieżącymi, dominującymi poglądami, ani poklask, ani widoczny sukces odzwierciedlony np. w sondażach, lecz wierność prawdzie i czytelność świadectwa. Dopasowanie (soborowe aggiornamento) to nie „ustępstwa” tam, gdzie chodzi o prawdę, lecz jej „wpisanie w realia”, próba przejrzystej argumentacji i przyporządkowanie różnych wartości. 
Dyspozycje dotyczące małżeństwa już od starożytności zajmowały w prawie kościelnym ważkie miejsce. Jeden z jego węzłowych problemów do uregulowania to zasady stosowania nierozerwalności małżeńskiej. Wychodząc z oczywistego założenia, że nierozerwalne jest ważne małżeństwo, Kościół ustala warunki jego ważnego zawarcia, biorąc przy tym pod uwagę zarówno definicję małżeństwa, jak i prawo człowieka do jego zawarcia. Zdając sobie sprawę, że nierozerwalność w jej radykalizmie może być pojęta tylko w wierze, uważa, że małżeństwo osoby nieochrzczonej może zostać rozwiązane na korzyść wiary. Będąc wreszcie przekonanym, że tylko małżeństwo ochrzczonych jest znakiem miłości Chrystusa do Kościoła i że dopiero przez dopełnienie małżonkowie stają się „jednym ciałem” (Ef 5,1), stosuje zasadę nierozerwalności bezwzględnie i bez wyjątków jedynie do dopełnionych małżeństw ochrzczonych. 
O ile sama zasada nierozerwalności była bezdyskusyjna, o tyle jej stosowanie – zwłaszcza do małżeństw nie wyrosłych z wiary – wcale nie było wolne od wątpliwości i niepewności. Wyznaczniki praktyki Kościoła to wierność prawdzie i wrażliwość na kondycję człowieczą. Wymaga to od Kościoła mądrości i pokory.


Prawna możliwość rozwodów


Przekonany o nierozerwalności (każdego) małżeństwa Kościół stoi na stanowisku, że prawa narodów winny jej strzec i promować ją. Ale Kościół nie stanowi praw dla społeczności politycznych, on staje wobec nich z głosem profetycznym. Zdaje sobie sprawę, jak trudno bez światła wiary pojąć i zaakceptować zasadę nierozerwalności małżeńskiej, wie też Kościół, że prawa nie tworzy się przez linearną dedukcję z zasad, lecz przez oceniające przyporządkowanie różnych chronionych wartości. Dostrzega również konieczność dochodzenia przez ustawodawców do kompromisów dla uniknięcia większego zła – ale wszystko to nie uzasadnia przecież, by godził się na uznanie rozwodu za dobro. 
Rozwód to potwierdzenie rozbicia małżeństwa (powiadamy po łacinie: naufragium matrimonii, „rozbicie się o skałę”). Nie zmienia tego faktu to, że rozwód może być postrzegany jako jedyne wyjście – czy to w konkretnym przypadku, czy nawet jako norma prawa: „jedyne wyjście” niekoniecznie znaczy „dobro”. Dlatego Kościół widzi zło w rozwodach „jako takich”, nie może on uznawać rozwodu na naturalną („zwyczajną”) konsekwencję małżeństwa. A liczby rozwodów dowodzą, że właśnie tak są niestety postrzegane. Na tym właśnie polega „mentalność rozwodowa”. I czai się tu problem cywilizacyjny, na który zwrócił uwagę Jan Paweł II – m.in. w przemówieniu z 28 stycznia.
Pomiędzy prawem a żywymi wartościami społecznymi zachodzi sprzężenie zwrotne: prawo promuje to, co w społeczności się ceni, ale zarazem też zależy od faktycznie dominujących ocen społecznych. Trudno zaprzeczyć, że prawna możliwość rozwodów prowokuje do korzystania z niej. Ale też zarazem oddaje prawo faktyczny stan świadomości społecznej. I ta jest przede wszystkim przedmiotem zatroskania Kościoła oraz ludzi poczuwających się do odpowiedzialności za profil społeczeństwa. 
Jest faktem, że nie tylko niewierzący czy niekatolicy nie podzielają nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa. Trudności, zarówno „teoretyczne”, jak zwłaszcza „praktyczne” przeżywają też katolicy. Łatwo odwołać się do statystyk i mówić o nieżyciowym radykalizmie i anachronizmie. „Nie na te czasy” powiada się. Rzeczywiście, obserwacja zachowań ludzi prowokuje nieraz pytanie, czy są (będą) oni w stanie żyć w nierozerwalnym małżeństwie? Czy są zdolni oddać się drugiej osobie, przyjąć ją i pozostając autonomicznymi osobami tworzyć wspólnotę życia? Utworzenie takiej wspólnoty zakłada akceptację drugiej osoby, wraz z jej słabościami i naleciałościami. Warunkiem utworzenia takiej wspólnoty (i ważności małżeństwa) jest zdolność do takiego oddania i takiego uznania. 

Ewangeliczny radykalizm


Trudno nieraz oprzeć się pytaniu, czy człowiek dziś jest do tego zdolny. Czy wychowujemy ludzi w atmosferze zaufania do drugiego człowieka, czy nie za dużo klimatu podejrzliwości, uprzedzeń, czy dzieci doznają od rodziców akceptacji pozwalającej im wyrosnąć na istoty ufne? Zdolne decydować się na nieznaną przyszłość – we dwoje? Sakramentalność małżeństwa oznacza, że miłość małżeństwa to świadectwo miłości Bożej. Jakby wyszedł z obiegu zwrot „wieczna miłość”. Taka, co nie ulega przypadkom, przemijalności, upływowi czasu – trwa w wierności. Która wiąże nie tylko hipotetycznie, „w zależności od...”, lecz na dolę i niedolę, cokolwiek by się działo!
Tkwi w tej bezwarunkowości radykalizm – właśnie ewangeliczny. Już uczniowie Jezusa powątpiewali: a może lepiej nie żenić się? Nie ukrywajmy: zawarcie małżeństwa wymaga i odwagi, i nadziei. Miłość, która nie chce pozostawać zdana na zmienność uczuć, żyje w nadziei pokładanej w Bogu. Bez nadziei trudno też o wierność. I dodajmy: wierność aż do śmierci ma sens tylko w łączności z nauką chrześcijańską o życiu wiecznym.
Do osłabienia społecznego rezonansu nauki o nierozerwalności małżeńskiej przyczyniło się w niemałej mierze też to, że mówi się o niej zazwyczaj tylko w aspekcie prawnym, jako o obowiązku, w oderwaniu od prawdy o małżeństwie chrześcijan zawartej w pojęciu jego sakramentalności. Nierozerwalność nakładana na „świecką mowę” o małżeństwie niekoniecznie brzmi przekonywająco. Może zgoła utopijnie. Trzeba mówić jednym tchem o nierozerwalności i o sakramentalności małżeństwa jako o darze i zadaniu realizowanym na tym świecie w społecznych, kulturowych i politycznych uwarunkowaniach. 
To, że 50 proc. katolików akceptuje rozwody, jest faktem, który należy traktować na serio, ale jest to też powód do krytycznej autorefleksji – poszczególnych wiernych i Kościoła-instytucji. Bez szukania winnych poza nami. Ale też zamiast prób złamania zasady nierozerwalności małżeństwa, warto by może przemyśleć przestrogi papieskie o „błędzie antropologicznym”. Bo wprawdzie postrzega się dziś małżeństwo mniej instytucjonalnie, a bardziej jako związek partnerski, ale zapomina się, że jest ono darem spotkania drugiego człowieka, któremu mogę się oddać i którego przyjmuję. To coś więcej niż umowny stosunek prawny. Tak przyjęty człowiek to przecież nie rzecz, której można pozbyć się przez „list rozwodowy”. W kwestii nierozerwalności małżeństwa chodzi ostatecznie o obraz człowieka. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl