Przegląd prasy
Nie sam cenzor
System cenzury dzieł literackich w PRL nie opierał się jedynie na Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, choć instytucja ta stanowiła jego jądro. Tylko ok. 20 proc. interwencji pochodziło bezpośrednio z GUKPPiW – pisze w ODRZE (2) Andrzej Krajewski
Ingerencji dokonywano bowiem od samego momentu powstania dzieła. Już redaktor w wydawnictwie oceniał, czy dany tekst spełnia kryteria ideologiczno-polityczne. Skądinąd często zatrudniano tam byłych cenzorów, jako najlepiej znających obowiązujące wymogi. Następnie książka trafiała do odpowiednio dobranych recenzentów. Każdy wydawca, by uniknąć kłopotów, dysponował listą specjalistów, przeznaczonych do kontrolowania dzieł. Zdarzało się, że utwór z ich wyroku ulegał natychmiastowej konfiskacie. Gdy to zabezpieczenie nie zadziałało, pozostawało jeszcze kolegium w wydawnictwie.
Doświadczeni wydawcy dodatkowo zabezpieczali się przed wpadką poprzez tzw. konsultacje pozawydawnicze. Przeprowadzali je ludzie z tzw. pozycją polityczną. Choć przeważnie nie mieli żadnej wiedzy na temat poruszany w publikacji, to ich obecność zmniejszała odpowiedzialność edytora. Dopiero po tych zabiegach politycznie poprawny tekst trafiał do GUKPPiW. Tam już cenzor mógł wykreślać drażliwe fragmenty, proponować poprawki bądź skonfiskować całe dzieło. Zdarzało się jednak, że choć książka została zaakceptowana przez GUKPPiW, to była nadal w jakimś sensie niewygodna dla władz. Wówczas jej szkodliwy wpływ mogła ograniczyć Główna Składnica Księgarska poprzez rozprowadzenie pozycji małymi partiami, przez długi okres i głównie po księgarniach peryferyjnych. Dzieło można też było równocześnie przemilczeć w środkach masowego przekazu. Tu rolę „knebla” spełniali krytycy. Rolę w nadzorowaniu środowisk twórczych miał też Naczelny Zarząd Wydawnictw, który m.in. ustalał nakłady książek, dysponował drukarniami i miał wpływ na przydziały papieru. Funkcje kontrolne spełniały nawet biblioteki. Na szczeblu wojewódzkim dokonywano ocen nowości książkowych i wystawiano nakazy zakupów. Zalecano też, czy dana pozycja trafić ma na najlepsze półki w wypożyczalni, czy też znaleźć się na tylnych regałach. Czasami na polecenie władz zwierzchnich ustalano, że biblioteki wykupią „podejrzaną” pozycję, aby po zmagazynowaniu utrudnić dostęp do niej przeciętnemu czytelnikowi. Biblioteki dostawały także z GUKPPiW listy nazwisk twórców, których nie powinny zapraszać na spotkania autorskie.
Oczywiście o losach tekstu mogły zdecydować, nie oglądając się na GUKPPiW, najwyższe władze partii.
„System ewoluował zatem w kierunku powstania »supercenzury«, posiadającej absurdalne rozmiary i formy, na którą składałyby się najważniejsze instytucje państwowe”.
Kontrola obiegu informacji w PRL opierała się jednak w dużej mierze także i na tym, że ludzie kultury „w swej większości wcale nie chcieli narażać się władzy”. Już w 1977 r. Stanisław Barańczak w pierwszym numerze ukazującego się poza zasięgiem cenzury pisma „Zapis” stwierdzał: „Pisarz tłamsi swą twórczość przy pomocy wewnętrznej autocenzury, bo obawia się oporu ze strony redakcji czy wydawnictwa. Redaktor bezprawnie wprowadza cenzurę wewnątrzredakcyjną, bojąc się reprymendy ze strony cenzora (czy raczej dalszych skutków służbowych tej reprymendy)”.
KB
|